Sprawa była tutaj tak naprawdę bardzo prosta: faceci albo zostali obudzeni w środku nocy hałasami, albo właśnie kładli się do snu, będąc przekonanym, że wartownicy w razie czego zaalarmują o niebezpieczeństwie, a nie że dwie laski władują im się do pokoju i pozbawią różdżek w zasadzie w kilka sekund. A należało też przy tym nadmienić, że byli w okrojonym składzie, bo polega poszedł za potrzebą i nigdy nie wrócił… Panowie raczej nie mieli czasu zastanawiać się, co z rzeczonym bożyszczem, Adonisem, bo teraz mieli tutaj pełne ręce roboty i to dosłownie, skoro jakoś trzeba się było ratować a byli na przegranej pozycji.
Jeden rzucił się na Brennę i to dość skutecznie, ale Victoria nie miała czasu się temu przyglądać, bo w jej kierunku poleciał taborecik, który chyba o tej porze dnia robił za bardzo prowizoryczny stolik nocny, bo pospadały z niego rzeczy, robiąc większy hałas. Lestrange odchyliła się odruchowo, lecz może niepotrzebnie, bo ten gruchnął o ziemię i przetoczył się, nigdy jej tak naprawdę nie dosięgając, choć teraz robił za ruchomą przeszkodę terenową.
Brenna i pierwszy typ byli zajęci bardzo fizyczną walką, ale ten drugi chyba zrobił jedyną sensowną rzecz, czyli spróbował się ratować ucieczką i już otwierał okno, a wtedy Victoria machnęła różdżką, chcąc i na nim wytworzyć liny ciasno oplatające ciało i krępujące ruchy, żeby przypadkiem nie zdążył zwiać zbyt daleko ani sobie tych lin odwiązać.
// Kształtowanie ◉◉◉◉○
Sukces!
Facet miał niestety pecha i o ile zdążył się podciągnąć tak, żeby już prawie wyskoczyć za okno, to teraz zawisł smętnie jak parówka albo gąsienica. Victoria tylko cmoknęła niecierpliwie i rozejrzała się, widząc, że Brenna już właściwie była o włos od rozprawienia sie ze swoim przeciwnikiem.