- Komplementy, Lou? Przestań, bo jeszcze się zarumienię, a może i przyzwyczaję do takich przemiłych słów - odpowiedziała, nie patrząc już na niego, a opuszczając spojrzenie niżej, na prezentowane jej pudełko. A dokładniej na jego zawartość.
Wyciągnęła dłoń, opuszkami palców dotykając chłodnych kamieni, które rozłożone były na zamszowym materiale. Prezencja mówiła już sama za siebie; biżuteria spoczywająca wewnątrz była nie tylko cenna, ale i skrupulatnie wykonana. Rzemieślnik u której ją zamówiono, najpewniej poświęcił jej długie godziny, pracując nad każdym misternym elementem, ale pojawiało się pytanie czy w swojej pracy chociaż raz zastanowił się nad tym co przyszło mu tworzyć?
Oda do łączącej ich więzi grała cichutko między każdym oczkiem wiążącym jeden element z drugim. Każda kolejna nuta rozbrzmiewała leniwie w jej głowie, kiedy palce przechodziły od heliotropu, przez agat, aż wreszcie i ametyst - nie mogłaby chyba nazywać siebie prawdziwą wróżbitką, gdyby nie liznęła chociaż trochę informacji o kamieniach szlachetnych i ich symbolice. Chociaż trochę było tutaj małym niedopowiedzeniem. Jeśli coś wiedziała z nauk przyrodniczych, to chyba właśnie to, omijając swoją wiedzą tak samo roślinne właściwości, jak i zwierzęce tendencje.
Heliotrop lśnił niczym słońce i błyskał na nią rozpromienionym oczkiem, a jej na ten widok robiło się trochę niedobrze. Ładnie to sobie wszystko rozegrał, na tyle że gorycz podchodziła jej do gardła, kiedy zdawała sobie sprawę z tego, że gdyby odsunąć na bok to wszystko co było między nimi, całą tą symbolikę, zawiść i przywiązanie, to naszyjnik jej się podobał.
Podobał jej się gest, który za nią stał. Bo ile pracy i myśli Louvain musiał włożyć w to, by te kamienie dobrać? Mógł iść do jakiegoś specjalisty, ale i tak musiałby mu powiedzieć chociaż ułamek na temat łączącej ich więzi. Musiał opowiedzieć o słońcu, o miłości i wreszcie chociażby wiedzieć, kiedy do cholery się urodziła.
- Rozczula mnie za każdym razem twoje oddanie - powiedziała bardzo cicho, niemal szeptem, kiedy na nowo podniosła na niego spojrzenie, tym razem o wiele bardziej badawcze. W prezencie nie było nic aż tak dziwnego. Nie, kiedy już od dawna obsypywał ją upominkami i wypełniał jej szafę modnymi kreacjami prosto z domu mody Rosierów. Dbał o nią. Oh, jak on o nią dbał, chyba tylko po to żeby móc oglądać jak niszczy coś, co sam tworzył.
- Mogę zapytać kart. Chcesz?
sort of horror