Jej oskarżycielski ton stawał się z każdą chwilą coraz bardziej nieznośny, aż w końcu budził w nim nie gniew, lecz zażenowanie, ciężkie, palące, niemal wstydliwe. Czuł je pod skórą, w napięciu zbierającym się nad brwiami, w palcach, które zaciskały się w pięść bez jego udziału, jakby ciało pamiętało rozwiązania prostsze i starsze niż on sam. Przez krótką, niebezpieczną chwilę pomyślał o dziadku i babce, o tamtym pokoleniu, dla którego spór kończyło się szybko, brutalnie, tradycyjnie. Bez słów, bez świadków, bez tej całej emocjonalnej kakofonii. Myśl była niemal kusząca. Odsunął ją jednak i zamiast tego po prostu się odwrócił. Plecami do niej. Gest był chłodny, zamierzony, bardziej upokarzający niż jakiekolwiek słowo. Jego uwaga skupiła się na butelce wina stojącej na stoliku, na szkle, na korku, na obietnicy chwilowego ukojenia. Skupił się na ruchu dłoni, na cichym trzasku, gdy korek wreszcie ustąpił. Ten dźwięk był przyjemniejszy niż jej głos, bardziej kojący niż jakiekolwiek wyjaśnienia. Uśmiechał się szczeniacko i opryskliwie znad krawędzi kieliszka, kiedy z jej ust padały kolejne ostre słowa. Te wszystkie “kurwiszcza” i “dziwki”, wypluwane z desperacją, która miała ranić, a zamiast tego odsłaniała tylko pęknięcia. Widział w tym nie siłę, lecz słabość. Upokorzenie, którego nie potrafiła już ukryć pod wyprostowaną postawą i uniesionym podbródkiem. Każdy wulgarny akcent brzmiał dla niego jak potwierdzenie, że straciła kontrolę nad rozmową, nad nim, nad własnym wizerunkiem.
- Przyzwyczaisz się - odezwał się w końcu spokojnie, wciąż do niej nie odwracając. Słowa zawisły w powietrzu nabrzmiałe od wielości znaczeń. Nie doprecyzował ich i właśnie w tym tkwiła ich siła. Przyzwyczai się do tego, że plotkarskie magazyny zawsze będą obsmarowywać jego nazwisko. Albo do tego, jak podle będzie się do niej zwracał. A może do myśli, że wierność nie była już czymś, co zamierzał jej oferować. nigdy więcej. Kiedy zasłaniała się rzekomą akceptacją faktu, że w jego bliskim towarzystwie bywają inne kobiety, odbierał to jak akt kapitulacji. Jak próbę ubrania porażki w pozory dumy i nowoczesności. Dla niego było to tylko przyznanie, że przegrała, że nie ma już narzędzi, by walczyć inaczej niż słowami. Coraz wyraźniej dostrzegał to, co zawsze w niej widział, choć może wcześniej nie chciał tego nazywać. Głęboko w środku wciąż była tą samą małą, szarą Zabini. Tą, dla której nie były pisane gorące romanse ani ryzykowne namiętności, tylko co najwyżej kolejny rozdział podręcznika historii magii. Uporządkowany, bezpieczny, przewidywalny. Jakby nawet teraz, w samym środku skandalu, uważała, że jej rolą jest stać z boku i patrzeć.
I choć w teorii miała rzeczowy dowód jego obietnicy, oddania i lojalności, pierścionek, nazwisko, przyszłość zapisaną na pergaminie. W praktyce pozostawało jej jedynie obserwować. Patrzeć, jak odnajduje przyjemność w ramionach wszystkich dziewcząt, tylko nie jej. Louvain uniósł kieliszek do ust i upił łyk wina, pozwalając, by ciepło alkoholu rozlało się w nim powoli. W tej scenie nie widział własnej winy. Widział tylko jej słabość i swoją wyższość. Widok pękniętej Desiderii był dla niego wystarczający. Nie potrzebował już kolejnych słów, kolejnych ciosów. To, co zobaczył pod pękającą skorupą kobiety, która tak chętnie przedstawiała się jako opanowana i rozsądna, było aż nadto wymowne. Tam, głęboko pod warstwami godności i wyuczonych reakcji, wciąż jątrzyła się nastoletnia rana: wspomnienie tamtego wyboru, tamtej decyzji, kiedy wybrał jej przyjaciółkę. To bolało ją bardziej niż wszystko, co mógłby teraz sklecić na poczekaniu. I było od tego boleśniejsze właśnie dlatego, że nie wymagało żadnego wysiłku z jego strony. Poczuł satysfakcję. Chłodną, wyciszoną, niemal estetyczną. Na tyle pełną, że stracił ochotę, by dokładać jej jeszcze więcej. Jej milczenie, jej pęknięcie, mówiły wystarczająco dużo.
- Nawet gdybym przez cały kwartał nie pokazywał się nigdzie publicznie - odezwał się w końcu, spokojnie, bez śladu złośliwości - ”Czarownica” i tak wypuściłaby zestawienie wszystkich moich byłych. Z datami. Z adnotacjami. Z domysłami. Obrócił kieliszek w dłoni, jakby ważył słowa razem z winem. - A kiedy dowiedzą się, że Loretta przeniosła się do Francji, uznają oczywiście, że dlatego bo nosi naszego bękarta. - Wzruszył ramionami. - To zawsze wygląda tak samo. Skandal albo zniesławienie. Najlepiej jedno i drugie naraz. Mówił o tym bez emocji, jak o prawie natury, z którym nie ma sensu polemizować. Jakby był już dawno pogodzony z faktem, że jedynym językiem, jakim media potrafią o nim mówić, jest język brudu i sensacji. Spojrzał na nią wtedy wprost, pierwszy raz od dłuższej chwili. - Zawsze będą mnie atakować - powiedział cicho. - Więc albo nauczysz się z tym żyć, albo życia ci nie starczy do przełknięcia tej beczki goryczy bez dna. I w tym tonie była wyraźna informacja, że dalsze roszczenia wymieszane z oskarżeniami nie będą odnosiły żadnego skutku. Louvain nie był typem który przyznawał się do czegokolwiek i który ponosiłby odpowiedzialność za jakiekolwiek swoje czyny.