Był to ten dziwny moment na nabranie oddechu, pomiędzy pobojowiskiem, a skutymi facetami. Victoria rozcierała sobie właśnie kark dłonią, jakby to jej miało pomóc pozbierać myśli i ustalić dalszy plan działania. Miała nadzieję, że jedyny głos, jaki teraz usłyszy, to Brenna, zamiast jednak otrzymać od niej odpowiedź na to, czy wszystko w porządku, usłyszała… śpiew.
I skrzywiła się niezadowolona, mierząc teraz faceta spojrzeniem od góry do dołu z obrzydzeniem. Miał być cicho, a nie śpiewać! Westchnęła przy tym cierpiętniczo i po prostu bez słowa zamknęła okiennice, żeby tu koleżce nie przyszło nic głupiego do głowy, a potem, wciąż zaciskając ze złości usta, schyliła się, by pozbierać te różdżki, które walały się po podłodze. Tak na wszelki wypadek, jakby panowie mieli pod ich nieobecność jakimś cudem dorwać się do nich i uwolnić. Po jej trupie…
Brenna w tym czasie wydostała się z pomieszczenia i Victoria słyszała nieco zniekształconą rozmowę z Apollem – znaczy się chłopakom nic nie było, to bardzo dobrze i Victoria miała teraz nadzieję, że ta piątka, która została spacyfikowana, to już wszyscy. Sama w końcu wyszła, ani myśląc tłumaczyć się przed Apollem, dlaczego spętany i skuty kłusownik śpiewa, choć była bliska rzucenia mu komentarza, że może trzeba było zostać muzykiem, a nie przestępcą.
– Brenn – rzuciła, gdy rozglądała się po wyjściu, czy przypadkiem nie da się stąd dostać w inna część zamku… a i owszem, dało się, bo z tego miejsca dostrzegła schody i teraz już nie zamierzała ryzykować, więc zapaliła światełko na końcu swojej różdżki, żeby się nie pozabijały. – Tu jest zejście chyba do podziemi. Jak na moje to idealne miejsce… – nie dokończyła, bo chyba nie było takiej potrzeby. I zresztą jako pierwsza skierowała się w prawo, trzymając różdżkę tak, by ta oświetlała korytarz.