- Znasz mnie - zaczął w odpowiedzi i może tu powinno pojawić się jakieś przewrotne niedopowiedzenie, będące idealnym przeciwieństwem tego, co właściwie spowodowało że wywiało go z dusznych sal rezydenci rodziny Lestrange. Ale gdyby to zrobił, przeczyłby samemu wstępowi. - Nienawidzę ludzi - wybrzmiało wreszcie cicho i spokojnie.
Posiadał ograniczone zasoby sił, jeśli chodziło o tego typu bale. Ba, o jakiekolwiek spędy grona większego niż własna rodzina, a i to z reguły było dla niego męczące. Był tutaj tego wieczora, bo nalegała na to matka, usilnie dbająca by po letnim zgrzycie, kiedy musiał zerwać zaręczyny z młodą Macmilanówną, wciąż pokazywał się w towarzystwie. Nie mógł zniknąć, zaszyć się w swoim lesie, ze swoimi smokami, bo Evelynn zaciekle przypominała mu, że miał pewne obowiązki.
Potrzebował więc oddechu. Chwili ciszy i bliskości natury, bo nawet jeśli dookoła były tylko te różane, przeklęte krzewy, to i tak wolał ich towarzystwo niż kolejnych rozwrzeszczanych ciotek. Całe szczęście też, że Astoria była wystarczająco wyrozumiała i potrafiła bawić się tak samo sama, jak i w jego towarzystwie.
- Stado matek nie jest mi aż tak straszne, szczególnie kiedy nie każda matka chce by na jej wnuczęta spłynęła brzydka klątwa. A Astoria i bez mojego ramienia potrafi sobie poradzić - siedział pochylony, ze ściągniętą maską, która teraz leżała obok niego na ławeczce. Wsparł się łokciami o kolana i zwyczajnie siedział, ani nie zajmując rąk papierosem, ani kieliszkiem. Był, trwał, czuwał, zastygły w bezruchu niczym zaklęty w posążek, jakby faktycznie chłonął całym sobą ten spokój, który można było znaleźć w tej części ogrodu.
- Miałem ostatnio sen, który mnie zastanawia - zignorował zwyczajnie jej pytanie o dobrą zabawę. To już mieli raczej ustalone - zwyczajnie nie był w stanie powiedzieć, że bawi się tu dobrze. Znośnie? To już prędzej. Lestrange mogli postawić parafkę za obecność przy jego nazwisku i to było najważniejsze. - Nie wierzę, w jakieś wyższe znaczenie tego, co śnimy. Żadne profetyczne bzdury. Śniło mi się, że ktoś stoi nad moim łóżkiem. To było tak cholernie prawdziwe, że nawet kiedy się obudziłem, to musiałem nieco zastanowić się nad tym czy sen już minął i to jawa. Ale w tym śnie ten człowiek uśmiechnął się do mnie i powiedział, że pozbył się... kogoś. Że ten ktoś powinien dać mi spokój... - zmrużył oczy, przez moment jeszcze wpatrując się w krzewy przed sobą, zanim nie odwrócił wreszcie spojrzenia na nią. Mówił cicho, łagodnie i spokojnie, poddając się nieco atmosferze, która panowała dookoła nich. - Nie interesowałoby mnie to aż tak, gdyby nie fakt, że poprzedniego dnia miałem... wiesz, to dziwne uczucie jakby ktoś cię obserwował. Od rana, do nocy. Cień zawsze na granicy spojrzenia, który znikał kiedy tylko spojrzałeś w tamtą stronę. Szczerze myślałem, że to jakieś stworzenie czai się między drzewami, obserwując naszą pracę, ale potem chodziło za mną i w posiadłości, i w moim domu. Słyszałaś może o czymś podobnym?
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast