24.01.2026, 11:36 ✶
Proszek Fiuu był w teorii dobrym pomysłem, lecz Woody od początku wątpił w powodzenie tego projektu. Coś w tym, że zawiodła zarówno teleportacja Cathala, jak i jego własny świstoklik, podpowiadało mu, że nie ma co liczyć na magię translokacyjną w żadnej formie. Wzbudził się w nim ponadto zmysł detektywa — jeśli ktoś tu urządzał nielegalny trójkąt bermudzki, nie zamierzał odpuścić sobie szepnięcia o tym miejscu słówka stróżowi prawa wyłonionemu drogą losowania.
Gdy ich gospodarz się przedstawił, w głowie Tarpaulina otworzyło się okienko ze skojarzeniem. Binns? Jak ten stary nudziarz z Hogwartu, profesor Cuthbert Binns. Och, jak go młody Clemens Longbottom nie lubił. Biorąc pod uwagę populację czarodziejów Wielkiej Brytanii, ci dwaj byli wedle wszelkiego prawdopodobieństwa spokrewnieni. Leczy czy coś z tego wynikało? Z pewnością nie w tej chwili, gdy zbity z tropu Woody stanął u stołu, przy którym biesiadowała ta osobliwa rodzina.
Sytuacja była dziwna — lepszego słowa nie potrafił na to Tarp odnaleźć. Złowieszcza atmosfera dworku pośrodku niczego, szwankująca magia, ferajna zupełnie niezdziwiona obrotem wypadków. I oczywiście — proszku Fiuu wygodnie nie było pod tym dachem.
— To proszę jeszcze łaskawie, gdzie jesteśmy? — docisnął Woody, nie przerywając swojego szorstkiego przesłuchania.
— W Ochrowym Dworku — padła serdeczna odpowiedź pana Binnsa.
— Nie o to mi chodzi. Pan świetnie wiesz. Ten tu gentleman był w drodze do Hangleton, ja miałem świstoklik do Hogsmeade — skłamał gładko i bez zająknienia. Nie było powodu, aby ktokolwiek z tu obecnych wiedział, że Woody Tarpaulin odwiedzał tak naprawdę Dolinę Godryka. — To gdzie nas zniosło? Konkretniej.
— Przez ulewę nie widać gdzie — rzekła zatroskana Flosie.
— Jakie „nie widać”?! Nie wiecie wszyscy, gdzie mieszkacie? — Tarp stracił cierpliwość. Uderzył dłonią w stół, aż szklanki zadrżały.
Nikt sobie tu jednak nic nie robił z impulsywnego charakteru starego nokturnowego chytrusa.
— Proszę bez nerwów. To stresujący incydencik, ja rozumiem, ale apeluję o rozsądek. Proszę sobie z nami odpocząć, może uszczknąć coś z kolacji — zachęcał niestrudzenie gospodarz, po czym dla ustanowienia przykładu ukroił sobie kawałek mięsa w ciemnym sosie i zjadł ze smakiem. Jedna z dziewcząt przechyliła dzban z lemoniadą, napełniła swoją szklaneczkę. Wszyscy byli tu w wyśmienitych humorach, chichotali, uśmiechali się.
Przemoczony, zły Woody stał nad tym obrazem niezdecydowanie. Czy mu się widziało siedzieć z tymi dziwakami? A gdzie tam!
Łypnął na Cathala, który zdawał się w tej sytuacji jedynym jego sojuszkiem. Albo też: jedynym człowiekiem, z którym dało się sensownie rozmówić.
— Nie zamierzasz pan tego jeść, co? — zapytał dyskretnie, bo sam ani myślał dołączać do dziwacznej uczty i próbować tutejszych frykasów, niezależnie od tego jak pięknie się prezentowały. — Długo żem tu szedł, nic dookoła jak okiem sięgnąć. Nie wiem, co tu się święci, ale ja oka tu nie zmrużę. Co to, to nie.
Postawiony pod ścianą (metaforyczną), stary klapnął na krzesło przy stole, wyciągnął z kieszeni kurktki piersiówkę i — łąmiąc zasady etykiety — polał sobie własnego bourbonu do szklaneczki zaoferowanej przez gospodarza.
— Woody Tarpaulin — przedstawił się. Uniósł szklankę w geście toastu, ale próżno było w hardej i obcesowej manierze Tarpa szukać tej przyjaznej barwy, jaką zdradzał się przy rodzinie i przyjaciołach. Czuł się tu zakładnikiem.
Gdy ich gospodarz się przedstawił, w głowie Tarpaulina otworzyło się okienko ze skojarzeniem. Binns? Jak ten stary nudziarz z Hogwartu, profesor Cuthbert Binns. Och, jak go młody Clemens Longbottom nie lubił. Biorąc pod uwagę populację czarodziejów Wielkiej Brytanii, ci dwaj byli wedle wszelkiego prawdopodobieństwa spokrewnieni. Leczy czy coś z tego wynikało? Z pewnością nie w tej chwili, gdy zbity z tropu Woody stanął u stołu, przy którym biesiadowała ta osobliwa rodzina.
Sytuacja była dziwna — lepszego słowa nie potrafił na to Tarp odnaleźć. Złowieszcza atmosfera dworku pośrodku niczego, szwankująca magia, ferajna zupełnie niezdziwiona obrotem wypadków. I oczywiście — proszku Fiuu wygodnie nie było pod tym dachem.
— To proszę jeszcze łaskawie, gdzie jesteśmy? — docisnął Woody, nie przerywając swojego szorstkiego przesłuchania.
— W Ochrowym Dworku — padła serdeczna odpowiedź pana Binnsa.
— Nie o to mi chodzi. Pan świetnie wiesz. Ten tu gentleman był w drodze do Hangleton, ja miałem świstoklik do Hogsmeade — skłamał gładko i bez zająknienia. Nie było powodu, aby ktokolwiek z tu obecnych wiedział, że Woody Tarpaulin odwiedzał tak naprawdę Dolinę Godryka. — To gdzie nas zniosło? Konkretniej.
— Przez ulewę nie widać gdzie — rzekła zatroskana Flosie.
— Jakie „nie widać”?! Nie wiecie wszyscy, gdzie mieszkacie? — Tarp stracił cierpliwość. Uderzył dłonią w stół, aż szklanki zadrżały.
Nikt sobie tu jednak nic nie robił z impulsywnego charakteru starego nokturnowego chytrusa.
— Proszę bez nerwów. To stresujący incydencik, ja rozumiem, ale apeluję o rozsądek. Proszę sobie z nami odpocząć, może uszczknąć coś z kolacji — zachęcał niestrudzenie gospodarz, po czym dla ustanowienia przykładu ukroił sobie kawałek mięsa w ciemnym sosie i zjadł ze smakiem. Jedna z dziewcząt przechyliła dzban z lemoniadą, napełniła swoją szklaneczkę. Wszyscy byli tu w wyśmienitych humorach, chichotali, uśmiechali się.
Przemoczony, zły Woody stał nad tym obrazem niezdecydowanie. Czy mu się widziało siedzieć z tymi dziwakami? A gdzie tam!
Łypnął na Cathala, który zdawał się w tej sytuacji jedynym jego sojuszkiem. Albo też: jedynym człowiekiem, z którym dało się sensownie rozmówić.
— Nie zamierzasz pan tego jeść, co? — zapytał dyskretnie, bo sam ani myślał dołączać do dziwacznej uczty i próbować tutejszych frykasów, niezależnie od tego jak pięknie się prezentowały. — Długo żem tu szedł, nic dookoła jak okiem sięgnąć. Nie wiem, co tu się święci, ale ja oka tu nie zmrużę. Co to, to nie.
Postawiony pod ścianą (metaforyczną), stary klapnął na krzesło przy stole, wyciągnął z kieszeni kurktki piersiówkę i — łąmiąc zasady etykiety — polał sobie własnego bourbonu do szklaneczki zaoferowanej przez gospodarza.
— Woody Tarpaulin — przedstawił się. Uniósł szklankę w geście toastu, ale próżno było w hardej i obcesowej manierze Tarpa szukać tej przyjaznej barwy, jaką zdradzał się przy rodzinie i przyjaciołach. Czuł się tu zakładnikiem.
piw0 to moje paliwo