24.01.2026, 16:54 ✶
Jeśli wcześniej Robert był blady, teraz jego twarz przybrała odcień kartki papieru. Morderca. I to seryjny... Teraz upatrzył sobie właśnie Croucha, dybał na jego życie. A potrafił przecież manipulować siecią Fiuu, chować się w tłumie. A skoro BUM ani aurorzy nie byli w stanie go złapać... Na Matkę, czy to był jeszcze sen? Wydawał się zbyt rzeczywisty, szczególnie, gdy lęk trzymał go za gardło zimną dłonią.
Był Gryfonem, takie rzeczy nie powinny być mu straszne. A jednak przed jego oczami wciąż malowała się twarz nieznajomego mężczyzny. Czarne oczy, takie puste i pozbawione wyrazu. Niemrugające. A ten uśmiech – niepokojący, zbyt szeroki i wykrzywiający twarz w niejako diabolicznym grymasie. Robert zaczął się rozglądać dookoła. Za każdym krzewem mógł czaić się zabójca. Cienie jakby tańczyły w nikłym księżycowym świetle.
Musiał wziąć się w garść. Pokiwał więc głową, wyjął z kieszeni różdżkę. Zrobił kilka kroków w stronę rezydencji. Może tam mogło znajdować się wyjście z tego koszmaru? Liście chrzęściły pod jego stopami, każdy oddech wydawał się zbyt głośny jak na panującą dookoła nienaturalną ciszę. Żadnego hukania sów, szumów zwierząt nocy. Tylko kroki zdradzające ich pozycję.
Rzucił Homenum Revelio, zaklęcie wykrywające wrogów. Jednak, gdy zdążyło wykryć mordercę, było już za późno.
Z gałęzi, na którą Robert spojrzał pod wpływem zaklęcia, spadła na niego pętla. Lina natychmiast zacisnęła się na szyi sędziego, wbiła się w jego skórę. Dusiła nieubłaganie. Na drzewie siedział człowiek z atrium, trzymał stalowym chwytem linę. Ciągnął ją w górę powolutku, by Crouch dłużej cierpiał.
– Brenna... Pomóż... – wycharczał Robert, bezskutecznie próbując ściągnąć linę z szyi. Błagającym, załzawionym od braku oddechu wzrokiem popatrzył na kobietę. Była jego ostatnim ratunkiem. Bez niej miał umrzeć, zostać zamordowanym, zginąć powolną, bolesną śmiercią. Zostawi Enid samą, bez nikogo na świecie... Wszystko przez to siedzące na drzewie straszydło.
Był Gryfonem, takie rzeczy nie powinny być mu straszne. A jednak przed jego oczami wciąż malowała się twarz nieznajomego mężczyzny. Czarne oczy, takie puste i pozbawione wyrazu. Niemrugające. A ten uśmiech – niepokojący, zbyt szeroki i wykrzywiający twarz w niejako diabolicznym grymasie. Robert zaczął się rozglądać dookoła. Za każdym krzewem mógł czaić się zabójca. Cienie jakby tańczyły w nikłym księżycowym świetle.
Musiał wziąć się w garść. Pokiwał więc głową, wyjął z kieszeni różdżkę. Zrobił kilka kroków w stronę rezydencji. Może tam mogło znajdować się wyjście z tego koszmaru? Liście chrzęściły pod jego stopami, każdy oddech wydawał się zbyt głośny jak na panującą dookoła nienaturalną ciszę. Żadnego hukania sów, szumów zwierząt nocy. Tylko kroki zdradzające ich pozycję.
Rzucił Homenum Revelio, zaklęcie wykrywające wrogów. Jednak, gdy zdążyło wykryć mordercę, było już za późno.
Z gałęzi, na którą Robert spojrzał pod wpływem zaklęcia, spadła na niego pętla. Lina natychmiast zacisnęła się na szyi sędziego, wbiła się w jego skórę. Dusiła nieubłaganie. Na drzewie siedział człowiek z atrium, trzymał stalowym chwytem linę. Ciągnął ją w górę powolutku, by Crouch dłużej cierpiał.
– Brenna... Pomóż... – wycharczał Robert, bezskutecznie próbując ściągnąć linę z szyi. Błagającym, załzawionym od braku oddechu wzrokiem popatrzył na kobietę. Była jego ostatnim ratunkiem. Bez niej miał umrzeć, zostać zamordowanym, zginąć powolną, bolesną śmiercią. Zostawi Enid samą, bez nikogo na świecie... Wszystko przez to siedzące na drzewie straszydło.