Obrzydliwy wzrok, który za nią podążał i obelgi wyśpiewywane pod jej adresem nie zrobiły na Victorii większego wrażenia ani gdy zamykała okno, ani gdy na czworaka zerkała pod łóżko, by wydobyć stamtąd drugą z różdżek. Może powinna się tym przejąć, gdyby któryś z panów miał się uwolnić i zwiać, ale gdyby bała się przestępców i tego, że ci mogłyby chcieć się zemścić, to nigdy nie podjęłaby się tej pracy. Nie byli pierwsi i z pewnością nie mieli być ostatni.
– Nie – odparła jej, samej przyglądając się twarzy Brenny. – Czego nie można powiedzieć o tobie… Dać ci później coś na to? – kiwnęła w stronę Longbottom, dając tym samym znać co ma na myśli, bo krew na policzku zobaczyła.
Poczekała, aż Brenna zgarnie swoją różdżkę i potem ruszyła przed siebie. Zdumiała się nieco, gdy była mowa o pułapce, bo wydało jej się to już straszną przesadą, dowalić sobie pułapkę w takim miejscu, w którym najpewniej poruszają się ludzie i wystarczał tylko drobny błąd, by ją uruchomić, ale z drugiej strony, może „załączali” ją na noc, a w dzień rozbrajali. Lestrange równie mocno się na pułapkach znała, na pułapkach i mechanizmach, znaczy się wcale. Ale zatrzymała się dla spokoju, pozwalając Brennie obmacać ścianę, bo ta by jej pewnie nie posłuchała, gdyby jej powiedzieć, żeby dała spokój, albo, że ona to zrobi i wtedy coś kliknęło, coś się przesunęło, a schody po prostu… po prostu zniknęły. Zresztą razem z Brenną, bo Victoria nie zdążyła nawet zareagować (a może wylewitowałaby Brennę w powietrzu, tak jak już kiedyś zrobiła po pijaku…), a sekundę później usłyszała głuche uderzenie.
– Kurwa – mruknęła pod nosem nim krzyknęła: – Brenna, żyjesz?! – Lestrange trochę pobladła i wychyliwszy się znad dziury poświeciła różdżką. Kształt na dole się poruszył, ale to jeszcze nic nie znaczyło. Zresztą już siadała na skraju dziury, żeby być gotowa do skoku, kiedy Longbottom się odezwała. – Dobra, odsuń się trochę, już schodzę – i gdy Brenna się odsunęła, zsunęła się w dół, mając znacznie miększe lądowanie niż przyjaciółka. – Koszmarnie wyglądasz – powiedziała do niej zresztą, gdy była już na dole, nim się nawet rozejrzała i już bez słowa sięgnęła do swojej torebki, by wydobyć stamtąd eliksir wiggenowy, był nawet podpisany, i wyciągnęła go w stronę Brenny. – Potem mogę ci dać coś na… – pomachała palcem w kierunku swojej twarzy, ale miała na myśli siniaki i ewentualne krwiaki na całym ciele. Znaczy się maść na to, ale to był kiepski moment. – Jak to jest, że jak gdzieś jest dziura, to zawsze w nią wpadniesz – mruknęła jeszcze pod nosem idąc już w kierunku klatek. – Och, biedactwa! – rozszczebiotała się, widząc maluchy – prześliczne, trochę zabiedzone i ewidentnie źle karmione, sądząc po zapachu. Ale całe, bo Victoria stała teraz bardzo blisko klatek i przyglądała się małym smoczkom, które w odpowiedzi gapiły się na nią. Doliczyła się wszystkich skrzydeł, ogonów i kończyn, to już było coś. – I co, cały czas musicie być w klatkach? Żadnego biegania, nauki latania? – gadała do nich, jakby miały jej odpowiedzieć, albo ją zrozumieć, ale dosłownie to samo robiła ze swoimi kotami. Jeden nawet nasyczał na nią, wbijając się w pręty klatki z tyłu, jak najdalej, pokazując wszystkie swoje igiełkowe zęby, najpewniej jeszcze nie tak twarde jak te dorosłego smoka. – Ojejej, ale waleczny – wyprostowała się w końcu. – Chyba nie były najlepiej traktowane. Pewnie najlepiej będzie je przewieźć do rezerwatu… – rezerwatu smoków oczywiście. – Bo ich matka może już nie być w tym samym miejscu, zresztą nie wiadomo czy by je przyjęła. Pewnie tak, ale no… musielibyśmy wiedzieć gdzie jest.