- Będę we wspaniałym stanie, dbam o odpowiednią konserwację. - Rzuciła zaczepnie, nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła. Erik nie musiał się o nią martwić, wcale. To było zupełnie niepotrzebne. - Nie dziwi mnie to jakoś specjalnie, po co machać mieczykiem, skoro można różdżką? Jaki to ma sens? Te wasze nożyki nie mają szans z magią, soreczka. - Najwyraźniej miała swoje własne zdanie na ten temat. Nie rozumiała trochę tej całej szermierki, jej zdaniem był to zwyczaj, który już dawno powinien zostać zapomniany, po co im szpady, skoro mieli magię? One nie mogły się z nią mierzyć, to nie miało najmniejszego sensu. Pewnie nigdy nie miała tego zrozumieć.
- Zawsze masz jeszcze latanie na miotle, tutaj nikt nie jest Ci potrzebny do szczęścia, sam możesz dbać o swoją własną kondycję. - Oczywiście, że zamierzała wspomnieć o najważniejszym sporcie, który istniał (no przynajmniej zdaniem panny Wood). Już na wejściu wymieniła mu jego przewagę nad tą całą szermierką, chociaż nie wiedziała, czy to dla niego byłaby przewaga, tak to mógł sobie tłumaczyć swoją kondycję tym, że nie miał z kim ćwiczyć, w tym przypadku takie wytłumaczenie odpadało.
- Najważniejsze, aby sposób komunikacji był konkretny, rozumiesz co do Ciebie mówię, co nie? To znaczy, że działa, a skoro coś działa, to po co właściwie to zmieniać? - Wydawało jej się to całkiem proste i logiczne, być może nie była osobą, która się szczypała, która uważała na słowa, ale musieli jej to wybaczyć, taki już miała charakter, nigdy nie owijała w bawełnę.
- Bardzo wielu, podejrzewam, że mam ich w sobie jeszcze więcej, tylko jeszcze wszystkich nie odkryłam. - Jak widać nie do końca wiedziała, czym jest skromność. Cóż, rodzice powtarzali jej przez lata to, że jest wyjątkowa, zaczęła w to wierzyć, w sumie to może nawet za bardzo w to uwierzyła. Była kurewsko pewna siebie, lubiła zadzierać nosa, mimo wszystko miała jednak dobre serce, to przynajmniej ją ratowało przed tym, aby nikt nie darzył ją sympatią. Była jedną z tych osób, które łatwo było nienawidzić za jej podejście do życia i własne osoby.
Trafili na dziedziniec, znaleźli potwora. Erik szarpnął ją za rękaw i pokazał stworzonko, nie, to nie było stworzonko, to było obrzydliwe stworzenie, naprawdę paskudne, chyba nigdy nie widziała niczego bardziej paskudnego, skrzywiła się okropnie, kiedy je zobaczyła, nie była w stanie zapanować nad wyrazem swojej twarzy. - Paskudne. - Mruknęła szeptem do swojego towarzysza, szkoda, że nadal nie nauczył się fal, mogłaby mu to powiedzieć bezgłośnie, dzięki czemu nie ryzykowaliby tego, że tamten ich usłyszy.
Erik uniósł różdżkę, próbował rzucić zaklęcie, ale mu nie wyszło, nie zwlekała, uniosła swoją, machnęła nią zdecydowanie, głośno powiedziała zaklęcie. Unieruchomić, chciała ją unieruchomić przy pomocy pnączy.
Sukces!