25.01.2026, 00:56 ✶
Posiadanie na karku pięćdziesięciu jesieni nie było żadną wadą. Oznaczało jedynie, że wzbudza się zainteresowanie w… innej demografii niż młodziutkie dziewczęta, tak? Takie chociażby prostytutki z Nokturnu często z nadzieją patrzyły na panów w podobnym wieku, licząc, że im już w domu żona nie daje.
— A pani ma pożyczyć miotłę? — zapytał jeszcze Woody, gdy padła informacja o czasie przelotu. Nie żeby warunki atmosferyczne sprzyjały lotom na miotle. Szczególnie komuś, kto ostatni raz biegłość w tej dziedzinie wykazał trzydzieści parę lat temu na szkolnym Pucharze Quidditcha.
Nie spodziewał się Tarp wiele i wiele nie otrzymał — odpowiedź na jego pytanie oczywiście znów była jakimś okrętnym wymigiem. Żadnej miotły nie dostał.
Na deklarację Shafiqa o zabezpieczaniu pokoju pokiwał jedynie oszczędnie głową, choć po prawdzie miał nadzieję, że te zabezpieczenia Cathal będzie kładł jedynie na swoją sypialenkę. Prędzej by stary warował całą noc w holu niż wszedł do pomieszczenia domkniętego pieczęcią przez kogoś niezaufanego.
Wieczorek w rzeczy samej był wesoły, choć stanowił raczej spektakl, który dwóch gości oglądało, nie faktycznie w nim współuczestniczyło. Również w sypialni nie opuszczało Woody’ego przekonanie, że jest tu więźniem. Długo nie spał. Popijał sobie i rozważał scenariusze. Puszczą go stąd kiedy?
W pewnym momencie otworzył okno. Zawiasy działały gładko, mógł swobodnie wyciągnąć się przez ten otwór i wyjrzeć w noc na pustkowiu. Na głowę napadało mu przy tym zimnego deszczu, który z dreszczem popłynął po twarzy i karku. Tyle dobrego, że nie był fizycznie uziemiony — no, wyczarować pod oknem amortyzację skoku zdołać powinien. Wrócił więc do środka, lecz kilka razy jeszcze tej nocy sprawdzał okno. Za każdym razem puszczało. Mógł iść. Tylko nie wiedział, w którą stronę. Próbował i cyklicznie się deportować, choć z każdą nieudaną próbą dopadało go tylko większe zniechęcenie. Wkrótce dołączyło do tego i wyczerpanie.
— Nic to — mruknął sam do siebie mężczyzna. — Poczekamy, zobaczymy.
Rozsiadł się na łóżku w buciorach, z rękami założonymi na piersi. Może i broda zaczęła mu opadać, może i zamykał oczy, ale czuwał. A czuwanie to wkrótce przemieniło się w lekki sen. Pochrapywał sobie w czasie tych drzemek z głową opartą o wezgłowie łóżka, lecz gdy rano się obudził, zorientował się, że przez sen osunął się w poduchy.
Czasem mu się zdarzało tak budzić, jak mu się tego ranka zdarzyło: z policzkiem w wilgotnej poduszce. Paskudne to było uczucie, tak sobie przez sen zaślinić pościel. Trudno opisać, o ile więcej paskudne było obudzenie się na wilgotnej, nadgniłej pościeli. A wzdłuż policzka zamiast pojedynczej strużki śliny: poranna rosa czy inne resztki deszczu.
Zimno mu było, zimno i mokro. Wstał z tego wyra jak truposz wychodzący z wilgotnego grobu. Bardziej niż zwykle obolały, wymięty, pokrzywiony i cuchnący. Nad nim nie było sufitu, samo niebo szarego poranka. Kurwa mać, tego brakowało, żeby go złożyło przeziębienie. Rozejrzał się po ruderze i próbował zrozumieć, co się stało, lecz gdy tylko usłyszał śmiech, od razu podążył za nim na korytarz. Ujrzawszy Cathala, zamarł na chwilę w gotowości, lecz rozluźnił się, gdy dostrzegł, że Shafiq wydaje się tak samo zmarnowany jak i on.
— Cholera jasna — powitał go, lecz nietrudno było wyczuć, że złorzeczeń nie kierował na drugiego czarodzieja, a ku niezidentyfikowanej sile, która ich tu sprowadziła. — Pan widział wczoraj to samo, co ja, prawda? Była tu, kurwa, iluzja. — Bo innego wytłumaczenia nie znajdował.
— A pani ma pożyczyć miotłę? — zapytał jeszcze Woody, gdy padła informacja o czasie przelotu. Nie żeby warunki atmosferyczne sprzyjały lotom na miotle. Szczególnie komuś, kto ostatni raz biegłość w tej dziedzinie wykazał trzydzieści parę lat temu na szkolnym Pucharze Quidditcha.
Nie spodziewał się Tarp wiele i wiele nie otrzymał — odpowiedź na jego pytanie oczywiście znów była jakimś okrętnym wymigiem. Żadnej miotły nie dostał.
Na deklarację Shafiqa o zabezpieczaniu pokoju pokiwał jedynie oszczędnie głową, choć po prawdzie miał nadzieję, że te zabezpieczenia Cathal będzie kładł jedynie na swoją sypialenkę. Prędzej by stary warował całą noc w holu niż wszedł do pomieszczenia domkniętego pieczęcią przez kogoś niezaufanego.
Wieczorek w rzeczy samej był wesoły, choć stanowił raczej spektakl, który dwóch gości oglądało, nie faktycznie w nim współuczestniczyło. Również w sypialni nie opuszczało Woody’ego przekonanie, że jest tu więźniem. Długo nie spał. Popijał sobie i rozważał scenariusze. Puszczą go stąd kiedy?
W pewnym momencie otworzył okno. Zawiasy działały gładko, mógł swobodnie wyciągnąć się przez ten otwór i wyjrzeć w noc na pustkowiu. Na głowę napadało mu przy tym zimnego deszczu, który z dreszczem popłynął po twarzy i karku. Tyle dobrego, że nie był fizycznie uziemiony — no, wyczarować pod oknem amortyzację skoku zdołać powinien. Wrócił więc do środka, lecz kilka razy jeszcze tej nocy sprawdzał okno. Za każdym razem puszczało. Mógł iść. Tylko nie wiedział, w którą stronę. Próbował i cyklicznie się deportować, choć z każdą nieudaną próbą dopadało go tylko większe zniechęcenie. Wkrótce dołączyło do tego i wyczerpanie.
— Nic to — mruknął sam do siebie mężczyzna. — Poczekamy, zobaczymy.
Rozsiadł się na łóżku w buciorach, z rękami założonymi na piersi. Może i broda zaczęła mu opadać, może i zamykał oczy, ale czuwał. A czuwanie to wkrótce przemieniło się w lekki sen. Pochrapywał sobie w czasie tych drzemek z głową opartą o wezgłowie łóżka, lecz gdy rano się obudził, zorientował się, że przez sen osunął się w poduchy.
Czasem mu się zdarzało tak budzić, jak mu się tego ranka zdarzyło: z policzkiem w wilgotnej poduszce. Paskudne to było uczucie, tak sobie przez sen zaślinić pościel. Trudno opisać, o ile więcej paskudne było obudzenie się na wilgotnej, nadgniłej pościeli. A wzdłuż policzka zamiast pojedynczej strużki śliny: poranna rosa czy inne resztki deszczu.
Zimno mu było, zimno i mokro. Wstał z tego wyra jak truposz wychodzący z wilgotnego grobu. Bardziej niż zwykle obolały, wymięty, pokrzywiony i cuchnący. Nad nim nie było sufitu, samo niebo szarego poranka. Kurwa mać, tego brakowało, żeby go złożyło przeziębienie. Rozejrzał się po ruderze i próbował zrozumieć, co się stało, lecz gdy tylko usłyszał śmiech, od razu podążył za nim na korytarz. Ujrzawszy Cathala, zamarł na chwilę w gotowości, lecz rozluźnił się, gdy dostrzegł, że Shafiq wydaje się tak samo zmarnowany jak i on.
— Cholera jasna — powitał go, lecz nietrudno było wyczuć, że złorzeczeń nie kierował na drugiego czarodzieja, a ku niezidentyfikowanej sile, która ich tu sprowadziła. — Pan widział wczoraj to samo, co ja, prawda? Była tu, kurwa, iluzja. — Bo innego wytłumaczenia nie znajdował.
piw0 to moje paliwo