25.01.2026, 17:31 ✶
Ceolsige nie odpowiedziała na komentarz Helloise dotyczący dopasowania wieńca do mrocznych czasów i ołtarza. Nie było potrzeby psuć tej chwili zbędnymi słowami. Zaledwie skinęła głową, pozwalając, by na jej ustach zagościł nieodgadniony uśmiech. Przechyliła głowę w bok, wpatrując się w drewniane figurki wplecione w zioła, lecz przez moment jej spojrzenie zdawało się sięgać znacznie dalej. Patrzyła przez nie, jakby w splotach roślin i rzeźbionym drewnie szukała potwierdzenia dla tego, co przed chwilą ukazał jej ogień.
Była to krótka chwila słabości, którą szybko stłumiła.
Kiedy Helloise odezwała się ponownie, Ceolsige powoli przeniosła na nią wzrok. Jej spojrzenie, dotąd nieco nieobecne, w ułamku sekundy odzyskało typowy dla niej wyraz uprzejmego, niemal badawczego zainteresowania. Przelotnie zerknęła na podaną jej broszurkę, zanim ujęła ją w dłonie z wprawą kogoś, kto przez palce przepuścił setki cennych przedmiotów.
Skierowała się w stronę stolika, trzymając ulotkę w lewej dłoni. Kartki spoczywały na jej rozpostartych palcach, a kciuk leniwie wodził po krawędzi papieru, jakby badał jego fakturę. Zaszczyciła broszurkę jedynie pobieżną uwagą, skupiając całą koncentrację na słowach wiedźmy. W takich rozmowach Ceolsige przyjmowała swoją naturalną pozę – tajemniczą, beznamiętną, nastawioną wyłącznie na chłonięcie informacji. Nie przerywałą wypowiedzi, mimo że kilka pytań wydawało sie bardzo na miejscu do zadania.
Gdy Helloise skończyła mówić, Burke raz jeszcze zerknęła na ilustracje, które mugolskim naukowcom i kryptografom dostarczały materiałów na kolejne prace naukowe.
— Nie miałam jeszcze przyjemności natrafić na ten konkretny egzemplarz, a nawet na wzmianki o nim — zaczęła, uśmiechając się uprzejmie, lecz bez cienia zbędnych emocji. — Chętnie się jednak rozejrzę. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że jest to jednak oryginalny wolumin. Jeśli to rzeczywiście zaszyfrowany oryginał, który zagubił się w zawierusze historii i wypłynął pośród mugoli, w naszym świecie mógł pozostać całkowicie niezidentyfikowany. — Przesunęła kciukiem po nazwisku odkrywcy. — Manuskrypt Wojnicza... nazwa pochodzi od ichniejszego odkrywcy, jak mniemam. Nie byłby to pierwszy skarb, który przegapiono, bo leżał na widoku u kogoś, kto nie miał pojęcia, na co patrzy. Mugole, szczęśliwie, potrafią być wyjątkowo ślepi na to, co mają pod samym nosem. Do naszej społeczności wieść o takim odkryciu w ogóle by nie dotarła.
Jej spojrzenie stało się teraz bardziej ostre, bardziej konkretne. Trochę jakby trybiki jej zaangażowanych teraz wyzwaniem myśli przebijały się do wyrazu jej twarzy.
— Wspomniałaś o Londynie — rzuciła, znów spoglądając na broszurkę, a potem prosto w oczy Helloise. — I o wcześniejszym właścicielu, który tam mieszkał. Czy znasz jego tożsamość? Nazwisko, choćby sprzed stulecia, mogłoby znacznie zawęzić krąg poszukiwań. Pozwalając chociażby na identyfikacje jak manuskrypt jest nazywany w oderwaniu od jego mugolskiego odkrywcy.
Była to krótka chwila słabości, którą szybko stłumiła.
Kiedy Helloise odezwała się ponownie, Ceolsige powoli przeniosła na nią wzrok. Jej spojrzenie, dotąd nieco nieobecne, w ułamku sekundy odzyskało typowy dla niej wyraz uprzejmego, niemal badawczego zainteresowania. Przelotnie zerknęła na podaną jej broszurkę, zanim ujęła ją w dłonie z wprawą kogoś, kto przez palce przepuścił setki cennych przedmiotów.
Skierowała się w stronę stolika, trzymając ulotkę w lewej dłoni. Kartki spoczywały na jej rozpostartych palcach, a kciuk leniwie wodził po krawędzi papieru, jakby badał jego fakturę. Zaszczyciła broszurkę jedynie pobieżną uwagą, skupiając całą koncentrację na słowach wiedźmy. W takich rozmowach Ceolsige przyjmowała swoją naturalną pozę – tajemniczą, beznamiętną, nastawioną wyłącznie na chłonięcie informacji. Nie przerywałą wypowiedzi, mimo że kilka pytań wydawało sie bardzo na miejscu do zadania.
Gdy Helloise skończyła mówić, Burke raz jeszcze zerknęła na ilustracje, które mugolskim naukowcom i kryptografom dostarczały materiałów na kolejne prace naukowe.
— Nie miałam jeszcze przyjemności natrafić na ten konkretny egzemplarz, a nawet na wzmianki o nim — zaczęła, uśmiechając się uprzejmie, lecz bez cienia zbędnych emocji. — Chętnie się jednak rozejrzę. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że jest to jednak oryginalny wolumin. Jeśli to rzeczywiście zaszyfrowany oryginał, który zagubił się w zawierusze historii i wypłynął pośród mugoli, w naszym świecie mógł pozostać całkowicie niezidentyfikowany. — Przesunęła kciukiem po nazwisku odkrywcy. — Manuskrypt Wojnicza... nazwa pochodzi od ichniejszego odkrywcy, jak mniemam. Nie byłby to pierwszy skarb, który przegapiono, bo leżał na widoku u kogoś, kto nie miał pojęcia, na co patrzy. Mugole, szczęśliwie, potrafią być wyjątkowo ślepi na to, co mają pod samym nosem. Do naszej społeczności wieść o takim odkryciu w ogóle by nie dotarła.
Jej spojrzenie stało się teraz bardziej ostre, bardziej konkretne. Trochę jakby trybiki jej zaangażowanych teraz wyzwaniem myśli przebijały się do wyrazu jej twarzy.
— Wspomniałaś o Londynie — rzuciła, znów spoglądając na broszurkę, a potem prosto w oczy Helloise. — I o wcześniejszym właścicielu, który tam mieszkał. Czy znasz jego tożsamość? Nazwisko, choćby sprzed stulecia, mogłoby znacznie zawęzić krąg poszukiwań. Pozwalając chociażby na identyfikacje jak manuskrypt jest nazywany w oderwaniu od jego mugolskiego odkrywcy.