Victoria nadal przyglądała się przestraszonym i walecznym smoczkom, próbując ustalić, czy przypadkiem coś im nie dolega, czy nie będą potrzebowały pomocy jakiegoś magizoologa, albo smokologa, albo kogokolwiek, kto się na tym zna – w sensie pod względem leczenia różnych schorzeń, ale jak tak się patrzyła, to nie widziała żadnych dziwnych zmian na ich skórze, czy na łuskach.
– Wyglądają na zdrowe – powiedziała po chwili, gdy nadal znajdowała się przy klatkach, bliziutko i nie robiła żadnych gwałtownych ruchów, tylko przypatrywała się maluchom. – Wydaje mi się, że możemy je stąd zabrać na górę na pewno i pozbierać się gdzieś na dziedzińcu, razem z tymi lunaballami i… no nie wiem czy coś jeszcze tu mają. Lelek wróżebnik już uciekł, ale on sobie poradzi. Trzeba będzie przeszukać to miejsce i sprawdzić, czy nie trzymają tu jeszcze jakichś innych stworzeń… Te smoczki są na moje źle odżywione. Trzeba im będzie zorganizować świeże surowe mięso, są trochę zabiedzone, ale na moje będzie można je stąd zabrać później spokojnie. Dla lunaballi przydadzą się jakieś rośliny, nawet trawa od biedy się nada, przynajmniej na teraz – wymieniała, nadal nie spuszczając wzroku z zielonych jaszczurów. – Trzeba będzie poszukać kluczy do tych klatek… nie żeby je teraz otwierać, tylko żeby się potem nie męczyć, bo jak nie to trzeba będzie ściągać technika od mechanizmów – wyprostowała się w końcu i teraz i ona rozejrzała się po pomieszczeniu. – Najlepiej by było, jakby znalazły swoją matkę. Na szczęście o ile wiem, to smoki nie są takie jak na przykład koty, które potem nie poznają swoich młodych, albo są im obojętne. No ale jak nie da rady to pewnie najlepiej jakby trafiły do Rowlów… Chociaż no zakładam, że ta twoja Rowle będzie wiedziała co najlepiej z nimi zrobić, jeśli tej matki nigdzie nie będzie – gadała dalej. Już wiedziała, że to będzie długa noc i za szybko nie wrócą do domów, bo sprawdzenie całych tych ruin zajmie czas, tak samo jak zabezpieczenie tu wszystkich rzeczy, nie mówiąc o aresztowanych i tych zwierzakach.
– Trzeba będzie rozpalić im ognisko, może wtedy chociaż trochę zasną – to znaczy ognisko, a wokół niego ustawić klatki, ale to rozgarną się z tym, jak już wylewitują te klatki stąd.
A to oznaczało, że należało się zabrać do roboty.
– Brenna – powiedziała jeszcze, gdy wspięły się już po schodach. – To wszystko potrwa, to chociaż posmaruj sobie te najgorsze uderzenia, niech maść zacznie pracować – wydobyła z torebki płaskie, metalowe opakowanie z wieczkiem, w środku którego była gęsta, mocno ziołowa maść na szeroko rozumiane rany.