• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue

[12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
26.01.2026, 04:38  ✶  
Patrzyłem w podłogę jeszcze dłużej, niż było to potrzebne, dywan miał jakiś idiotyczny wzór, którego nigdy wcześniej nie zauważałem, a teraz śledziłem go wzrokiem, jakby był mapą ewakuacyjną. Wciągnąłem powietrze nosem i wypuściłem je powoli, próbując uspokoić coś, co dawno wymknęło się spod kontroli, a nie skupiać się na buzujących we mnie niepoukładanych emocjach. Nie nakręcając się, tylko obserwując podłogę, linię styku dywanu z klepkami podłogowymi, to jedno miejsce, które akurat było wystarczająco nijakie, żeby nie prowokować kolejnych myśli. Moje palce same znalazły szyjkę butelki - podniosłem ją, pociągnąłem łyk, może dwa - domowa nalewka paliła gardło, rozlewała się ciężko w żołądku, otarłem usta wierzchem dłoni, odstawiłem alkohol.
- Pluey… - Zacząłem nisko, chrapliwie, a potem urwałem, bo zabrakło mi właściwego ciągu dalszego. Nie przeniosłem wzroku od razu w kierunku żony, tylko zdusiłem westchnienie, nie wiedząc, co powiedzieć dalej.
Wierzyłem Prudence, chciałem jej wierzyć, naprawdę, ale miałem w sobie tyle syfu, że nie miałem pojęcia, od której strony to ruszyć. Uniosłem głowę tylko na moment, jakbym sprawdzał, czy wciąż tu jest - była, nie ruszyła się ani o centymetr, chociaż mógłbym przysiąc, że zamiast odczuć ulgę z tego powodu, wszystko we mnie pytało „dlaczego?” i zupełnie nie mogło znaleźć odpowiedzi na to pytanie - po czym znowu spuściłem wzrok. Jedyna osoba, z którą kiedykolwiek byłem naprawdę blisko w tym sensie, o jakim teraz rozmawialiśmy, siedziała obok, a jednak nie mogłem wyzbyć się myśli, że wtedy, kiedy byłem z nią blisko po raz pierwszy w życiu, zjebałem, potem zjebałem jeszcze bardziej, i jeszcze, i jeszcze, aż było za późno - ta myśl wracała do mnie jak echo - krążyła, nie chciała się zatrzymać, prowokując kolejne i kolejne niechciane wnioski. Wszystkie zahaczały o jedno i to samo miejsce, które znałem aż za dobrze - o przeszłość, jedyną rzecz, której naprawdę nie umiałem sprzedać sobie dzisiaj jako „zamkniętej”. To nie była historia, którą się opowiadało przy stole, to nie była anegdota, to był ciężar, który nosiłem latami, aż stał się częścią postawy, sposobu chodzenia, reagowania. Było mi ciężko, nie metaforycznie, fizycznie, jakby ktoś położył mi coś masywnego na klatce piersiowej. Oddychałem, ale każdy wdech był zbyt krótki, a każdy wydech rwał się w połowie. Czułem napięcie w barkach, w karku, w szczęce, zęby miałem zaciśnięte tak mocno, że bolały, moje ręce leżały bezwładnie na udach, ciężkie, obce, drżące. Alkohol krążył mi we krwi, ale nie przynosił ulgi, raczej zdejmował kolejne warstwy skóry. Znów napiłem się nalewki, już bez przyjemności - zupełnie tak, jakby to był lek, który trzeba było połknąć, choć się go nie znosiło. Przesunąłem językiem po dolnej wardze, czując słodką lepkość, i znów sięgnąłem po butelkę, tym razem tylko zwilżyłem usta.
Wziąłem głęboki oddech, który utknął mi w połowie drogi, więc wypuściłem powietrze przez nos, powoli. Zrobiło mi się dziwnie sucho w ustach, nie od odwodnienia, to wiedziałem bardzo jasno, tylko od świadomości, że przekraczałem jakąś granicę, którą sam sobie postawiłem dawno temu - granicę pod tytułem „to zostaje we mnie”. Przez lata nauczyłem się, że jak się nie mówi, to przynajmniej nie trzeba słuchać własnego głosu, milczenie jest bezpieczniejsze niż słowa, które mogą się odbić, wrócić, uderzyć, a teraz usiłowałem postąpić zupełnie przeciwnie do tych wszystkich zasad, by nie ranić jedynej osoby, na której tak bardzo mi zależało, że mogłem spróbować to zmienić - i próbowałem, naprawdę.
Wpatrywałem się w dywan i podłogę tak długo, aż przestałem widzieć wzór, a zacząłem widzieć tylko kolory - brąz przechodził w coś ciemniejszego, linie się rozmywały. To było łatwiejsze niż patrzenie w górę, łatwiejsze niż mierzenie się z tym, że ukochana osoba siedzi obok, słucha, naprawdę słucha, a ja nie mogę już udawać, że to wszystko da się upchnąć pod dywan razem z kurzem. W końcu coś we mnie puściło - nie było dramatycznego momentu, żadnego wielkiego gestu, po prostu zabrakło mi siły, żeby dalej trzymać to w środku. Przeciągnąłem dłonią po karku, wolno, z tym tępym, zmęczonym gestem, który pojawiał się zawsze, gdy nie wiedziałem, od czego zacząć.
- Ten dom… - Urwałem, zacisnąłem szczękę. - Dziś wydał mi się za duszy. - Za duży, za cichy, za pusty. Dom dla rodziny - dom, który aż prosił się o życie, o hałas, o coś więcej. Słowa Johna uderzyły mnie mocniej, niż chciałem przyznać, jakby ktoś nagle zapalił światło w miejscu, którego wolałem nie oglądać.
- To nie jest tak, sze nigdy nie widziałem szczęśliwych losin. - Odezwałem się po chwili, wolniej, by sprostować słowa Prue odnośnie konceptu „rodziny”, jako czegoś, co nie brzmiało jak kiepski żart. - Widziałem. Selio. - Przełknąłem ślinę, myśli zaczęły się układać w ciąg, nieco chaotyczny, ale prawdziwy. - Tylko… W pewnym momencie miałem wlaszenie, sze chyba jedyni nolmalni to byli wasi staszy. -  Zawahałem się. - Twoi i Eliasa. - To zdanie zabrzmiało w moich uszach niemal naiwnie. Słowo „normalni” ułożyło mi się w ustach jak coś egzotycznego. Szybko dodałem:
- Pszynajmniej s boku. Pszynajmniej pszes chwilę. - Zacisnąłem usta, jakby coś mnie ugryzło od środka. - A potem twój staly był dla mnie… Cósz. - Nie musiałem rozwijać, po dzisiejszym dniu, po jego słowach, to zdanie niosło wystarczająco dużo. - Nie zlosum mnie źle. Wiem, skąd to się wzięło, nie jestem ślepy, tym balsiej, sze w stosunku do leszty zachowywał się folmalnie, ale… No, inaczej. Właściwie, to nie dziwne, telas, po tym wszystkim… - Mruknąłem, przesuwając dłonią po twarzy. - No, cósz. - Wzruszyłem ramionami, zmęczony własnym głosem. Zapadła krótka cisza, którą wypełniłem kolejnym łykiem alkoholu, butelka była coraz lżejsza. Reszta? Reszta chłopaków miała przejebane, każdy na swój sposób, może nie w takim stylu, jak to, co ja wyniosłem z domu, ale jednak. Pęknięcia, napięcia, rzeczy zamiatane pod dywan, wzorce, które bardziej uczyły, czego nie robić, niż jak żyć. 
- Chodzi o to, sze mimo wszystko, chciałem byś… Względnie nolmalny. Nawet jeśli to, co się stało było dalekie od nolmalności. - Skrzywiłem się. - Ale… Wiesz… Odpowiedzialność i te splawy. Nie tszeba mieś wzolców, szeby ogalnąś podstawy. - Parsknąłem krótko, bez wesołości, to było bardziej prychniecie kogoś, kto nagle widzi, jak bardzo poważnie kiedyś traktował coś, co dziś jest już martwe. Siedziałem tak chwilę, bardzo wyraźnie czując, że napięcie nie chciało zejść, moje ciało nadal trzymało dystans - odruchowo odsunąłem rękę jeszcze odrobinę, jak duży dzieciak, który nie wie, co zrobić z bliskością, więc robi krok w tył. Podniosłem butelkę, ale tym razem głównie tylko nią zakręciłem, trunek zawirował, ciemny, gęsty - patrzyłem na to przez chwilę, jak zahipnotyzowany. Cisza w pomieszczeniu też była gęsta, przerywana tylko moim oddechem i tym cichym, irytującym dźwiękiem płynu przesuwającego się w butelce, kiedy nieświadomie ją przechylałem w dłoni. Domowa nalewka była mętna, gęsta, pachniała owocami i alkoholem, pociągnąłem łyk, nie za duży, bardziej odruchowo niż z potrzeby, rozlał się po języku, ciepły, trochę za słodki. Przełknąłem, czując jak pali przełyk, to była chwilowa ulga, tylko chwilowa, alkohol był jak pauza w rozmowie, której nie umiałem prowadzić.
Pochyliłem się do przodu, opierając łokcie na kolanach, moja głowa opadła. Przez chwilę patrzyłem na swoje buty, jakby były czymś nowym, oddychałem ciężko. Wzrok zawieszał się na na drobnych nierównościach, na czymkolwiek, co nie było myślami. Przesunąłem językiem po zębach, czując kwaśny posmak nalewki, i dopiero wtedy zrozumiałem, że jeśli tego teraz nie powiem, to już nie powiem nigdy.
- Nie chciałem byś jak oni. - Mruknąłem. - Nie chciałem powielaś tego gówna. Paladoks w tym, sze wyszedł s tego inny dlamat. Olyginalny. - Słowo „oni” nie potrzebowało imienia ani żadnego głębszego nazewnictwa, wystarczyło, żebym instynktownie zacisnął szczękę. Mięśnie bolały, alkohol zaczynał działać, ale zamiast rozluźnienia przynosił chaos, myśli skakały. Nie było w tym kokieterii ani samobiczowania, tylko suchy fakt. To zdanie miało wagę, siedziało we mnie latami, zmieniało kształt, dopasowywało się do nowych okoliczności, ale nie znikało. Nie próbowałem się wybielić, nie chciałem - byłem winny, zmęczony, byłem młody i głupi w ten sposób, który wydaje się rozsądny tylko wtedy, gdy nie ma się jeszcze porównań. W pewnym momencie wszystko było walką - o przestrzeń, o rację, o ciszę, o to, żeby nie wracać do domu z poczuciem, że zaraz znów będzie źle.
Nie chciałem iść w schematy z domu, kurwa mać, naprawdę nie chciałem. Nie chciałem być tym typem człowieka, przemocowym, sadystycznym, takim, którego najbliżsi się boją. Widziałem to wcześniej, wiedziałem, jak to wygląda, więc stosunkowo wcześnie w życiu obiecałem sobie, że nigdy - w jakimś wypaczonym sensie dotrzymałem tej obietnicy - ani razu nie podniosłem ręki w kłótni małżeńskiej, nawet najbardziej zaognionej, nie wpadłem w furię pozbawioną kontroli nad własnym ciałem, nie zrobiłem nic, co fizycznie mogłoby przekroczyć granicę, jaką kiedyś ustawiłem. Zamiast tego najpierw żarłem się z byłą, próbowałem udowadniać moje racje, a potem uciekałem, izolowałem się, odcinałem, byłem chłodny, niedostępny, znikałem, nawet siedząc obok. Nie zawsze, rzecz jasna, na początku naprawdę starałem się być kimś słusznym, lepszym, ale z czasem byłem coraz bardziej zmęczony, wykończony, każdy dzień był walką z oczekiwaniami, z lękiem, z poczuciem, że cokolwiek zrobię, będzie źle. Alkohol i inne używki albo fizyczne wyładowanie emocji, adrenalina, ryzyko - one pomagały, jasne, ale wyłącznie na chwilę, potem zostawiały tylko więcej ciszy.
Wbiłem wzrok w podłogę, w miejsce, gdzie dywan był już trochę wytarty, jakby ktoś przez lata chodził tam w kółko. Czułem ciężar w klatce piersiowej, ten znajomy, lepki ucisk, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy myśli zaczynały iść w złym kierunku. Przesunąłem językiem po dolnej wardze, po czym sięgnąłem po butelkę i pociągnąłem łyk, za długi jak na rozsądek, ale to było akurat w porządku.
- Nie spotkasz jej. - Powiedziałem w końcu, bez wstępu, jakby to była pierwsza i najważniejsza rzecz do wyłożenia na stół. - Nigdy. - Uniosłem butelkę, pociągnąłem łyk, zbyt duży, alkohol zapiekł mnie w gardle. - Nawet nie ma takiej opcji. To nie jest osoba, któla bywa w tych samych miejscach co my. I szczesze? Nie ma tam czego szukaś. - Burknąłem. - Wyjebała bardzo daleko. Nie wiem nawet gdzie dokładnie, i tak na selio? Nie obchodzi mnie to. - Wzruszyłem ramionami, oparłem łokcie o kolana, splatając dłonie, kciukiem pocierałem kostkę palca, aż skóra zrobiła się ciepła. Inny kontynent, inne życie, inne pieprzone konstelacje, inne wszystko, od samego początku to powinno zamknąć się na różnicach, jakie nas dzieliły, niestety - tak się nie stało. - Zmyła się za swoją kolejną fascynacją, pasją, obsesją, chuj wie czym, jak to u niej bywało. I dobsze. - Wzruszyłem ramionami, bardziej z niedowierzaniem niż złością, jakby chodziło o czyjeś cudze życie. - Ostatni las widzieliśmy się w Chicago. I to tesz nie było szadne wielkie spotkanie. Koniec, klopka. - Zrobiłem krótką pauzę, jakbym sprawdzał w pamięci daty. - To było dekadę temu, Sunny. Dwanaście lat. To naplawdę dawno. Od tamtej poly odezwała się do mnie… Tszy lasy. - Przesunąłem dłonią po brodzie, jakbym ścierał z niej resztki czegoś lepkiego, licząc w myślach, i uniosłem dwa palce, potem trzeci, jakbym musiał to sobie policzyć nie tylko na głos. - Tszy. I za kaszdym lasem to było jakieś dziwne, odelwane od szeczywistości gówno. Jakieś „musiałam”, „poczułam”, „powinnam cię ostszec”. Katastlofy na holyzoncie. „Miałam sen”, jakbym czytał jebanego Luthela Kinga. Co jest, swoją dlogą, wybitnie w jej stylu. Szukanie atencji wszędzie, u kaszdego. Nawet od ostatnich ludzi, któlych powinna w ogóle zaczepiaś. - Pokręciłem głową, to brzmiało absurdalnie nawet w moich własnych uszach. - Kaszdy las olałem. - Uniosłem wzrok tylko na sekundę, jakbym chciał sprawdzić, czy to docierało do Prue w takiej formie, w jakiej chciałem to ująć, po czym znowu spuściłem go w dół. - Nie po to podpisałem wszystko, co mi podsunęła, nie po to zamknąłem tamten temat, szeby potem bawiś się w jakieś gielki. - Nie byłem ugodowy bez powodu, nie odpuszczałem bez przyczyny, ale w tym wypadku zamierzałem to podkreślić, bo była dostała ode mnie więcej, niż powinna, zdecydowanie więcej, na tym to się powinno skończyć, nie żałowałem decyzji o odcięciu się od niej majątkowo i emocjonalnie.
Zacząłem mówić wolniej, bardziej mechanicznie, jakbym relacjonował coś, co już dawno przestało mnie dotykać emocjonalnie.
- Alice. - Imię zabrzmiało obco, jakby należało do kogoś, kogo znałem w innym życiu. Przez chwilę milczałem, bo samo wypowiedzenie go było jak potrącenie starego mebla w ciemnym pokoju. Nie bolało, pyło po prostu… Tam. Wyszło ze mnie płasko, bez emocji, jak fakt, nazwa ulicy, przy której kiedyś mieszkałem, a teraz już nawet nie pamiętałem numeru. To było dziwne, jak bardzo nic ze mną nie robiło - przestało być osobą, stało się faktem z biografii - żadnej złości, żadnej nostalgii, wyłącznie pustka, czysta, chłodna obojętność, jak po czymś, co dawno wygasło i nie zostawiło po sobie nawet dymu. Nie niosło już ze sobą niczego szczególnego, a przecież kiedyś wystarczało, żeby ścisnęło żołądek albo wywołało irytację.  Teraz było po prostu dźwiękiem, jak nazwisko na liście, jak podpis pod dokumentem sprzed lat.
- Adelais. - Poprawiłem się po chwili, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby precyzji - pełne imię brzmiało ciężej, poważniej, jakby należało do kogoś, kim ona zawsze chciała być. - Niewaszne… - Skrzywiłem się lekko. - Wiesz, o kim mówię. Wiesz, jaka była. Zawsze taka była i dokładnie taka została. - Nie musiałem tłumaczyć, a przynajmniej tak mi się wydawało, bo z góry założyłem, że Prue już to od kogoś słyszała albo była w stanie sama połączyć fakty, w końcu znała ją jeszcze ze szkoły. Wiedziała też, jak bardzo Alice potrafiła być paskudna, zwłaszcza wobec niej, i to było coś, co w tamtej chwili uderzyło mnie z nową jasnością - wszystko, co należało powiedzieć o tym związku, zostało już powiedziane dawno temu, między mną a moją byłą, w ciszy, w krzykach, w tych wszystkich momentach, które doprowadziły do końca. Jednego, drugiego, trzeciego, setek małych, aż wreszcie do apokalipsy. Darzyłem ją obojętnością, głęboką - to nie była nienawiść, to było coś po niej, wypalenie, jak popiół po pożarze, bez emocji, bez potrzeby wracania. Nie myślałem o niej, nie tęskniłem, nie wracałem, ale wiedziałem, że to tam się nauczyłem się, że dystans boli mniej niż bliskość, która rani. Pamiętałem te spojrzenia, komentarze, drobne okrucieństwa, które wtedy wydawały się głupimi zagrywkami, a teraz układały się w brzydki obraz. Nie w sensie tajemniczej głębi czy skomplikowanej osobowości, tylko w tym męczącym, wyjaławiającym stylu. To był związek, który mnie nauczył, że „razem” potrafi być gorsze niż „sam”, można chcieć dobrze, a robić źle, w kółko i w kółko, i w kółko. Budziłem się zmęczony i kładłem się zmęczony, myślałem, że to minie, że jak jeszcze trochę wytrzymam, to się ułoży - nie ułożyło się, po prostu wybuchło i zgasło, to też znaczyło, że tamten rozdział naprawdę się skończył, bez katharsis, ale też bez braku domknięcia.
- Ona nie potszebuje jusz szadnych lozliczeń. Ja ich nie potszebuję. Dostała ode mnie więcej, nisz powinna, dokładnie tyle, by to zamknąś. I tyle. - Ciągnąłem, patrząc wciąż w podłogę. Przeciągnąłem dłonią po twarzy, od czoła po szczękę, jakbym próbował zetrzeć z siebie resztki tamtych lat. - Poza tym… - Dorzuciłem, uciekając w pół-żart. - Oboje wiemy, sze sama twoja obecność doprowadzała ją do kulwicy. Myślę, sze wystalczyłoby, sze po plostu by się dowiedziała, sze jesteśmy lasem. To balsiej wymowne nisz nagadanie. - Uniósł mi się kącik ust, ale to nie był uśmiech, raczej tik. To już zabrzmiało prawie lekko, choć w środku wcale takie nie było, to była prawda, czysta i prosta - Prudence nie robiła nic specjalnego, nigdy nie musiała robić, wystarczała sama jej obecność, jej spokój, jej pewność siebie, którą okazywała w naszych małych starciach, jej obojętność na gry, które dla Alice były sensem istnienia. Ona po prostu musiała być obiektem adoracji każdego, zawsze, bez wyjątku, jak ktoś nie patrzył - to znaczyło, że patrzy źle. Jak ktoś patrzył na kogoś innego… No, cóż. To ją doprowadzało do szału. Po prostu… To był schemat. Ciągłe podejrzenia, ciągłe oskarżenia, ciągłe sprawdzanie, czy nadal jest w centrum. Parsknąłem, tym razem wyraźniej. - Nie dlatego, sze chodziłoby o mnie. - Poruszyłem szczęką, jakbym chciał coś przeżuć, ale nie było czego - nie chodziło o mnie, nigdy nie chodziło, tylko o to, że ktoś, kto powinien być „jej” nie był już „jej”. - Musiała byś czyjąś jedyną obsesją. Na zawsze. Bez konkulencji. Bez cieni. - Przez chwilę milczałem, jakby to zdanie potrzebowało czasu, żeby opaść. - S pelspektywy czasu to było, kulwa, oczywiste. Wiesz, ona lobiła mi jazdy o wszystko. - Powiedziałem w końcu, beznamiętnie, to był ciągły, wyczerpujący jazgot. Fakty nie miały znaczenia, liczyło się to, co sobie ułożyła w głowie, a jak już coś tam się ułożyło, to nie było opcji, żeby to ruszyć. Wystarczyło, że ktoś się do mnie odezwał za długo, że ktoś się zaśmiał w mojej obecności, że spojrzał nie tak - już była narracja, był dramat, już byłem winny, ale gdy ona sama robiła coś, na co miała ochotę, wszystko było w całkowitym porządku. Młodszy ja patrzył na to jednak zupełnie inaczej niż w tej chwili - irytował się, rzecz jasna, był wkurwiony, ale uważał to za więź, intensywność, dowód uczuć, które przecież nigdy nie były proste, za „normalność”. - Tylko dlatego, sze nie mogła znieść moszliwości, sze nie byłaby jusz jedyną. Nigdy nie była w stanie tego znieść. - Zamilkłem na chwilę, gdzieś w tle tykał zegar, irytująco głośno, znowu napiłem się nalewki, wolniej. - Potszebowała uwagi, a jak jej jej blakowało, to ją sobie… Dolabiała. - Pokręciłem głową, bardziej z niedowierzaniem niż złością. U niej zawsze chodziło o kontrolę - o to, żeby mieć wszystkich na smyczy, by wiedzieć, że jest w centrum, każdy się kręci wokół niej. Jak nie dostawała uwagi, to ją sobie produkowała. - I, patsząc s pelspektywy czasu… Cholelnie jasna wlószba na pszyszłość. Tylko sze, no… Nie ja byłem jasnowidzem w tym układzie. Ja byłem debilem. - Znowu parsknąłem, tym razem krócej, sucho, oparłem łokcie o kolana, pochylając się do przodu, jakbym próbował zmniejszyć własne gabaryty. Potarłem dłonią twarz, czując pod palcami szorstkość zarostu. Znów prychnąłem, krótkim, bezradnym dźwiękiem, żart był cienki, ale łatwiej było się za nim schować niż powiedzieć wprost, jak bardzo wtedy nie widziałem rzeczy, które dziś wydawały się oczywiste.
To był mój jedyny związek przez lata. Po nim… Nie było związków, były ciała, były noce, były rozmowy urwane w pół zdania, ale nie było nic, co bym nazwał „byciem razem”. Po niej już nie wchodziłem w żadne „my”, nie przewidywałem żadnych zmian tego stanu, a teraz byłem żonaty, ta myśl wciąż mnie zaskakiwała - siedziałem w dużym domu, w którym echo niosło się za daleko, i byłem czyimś mężem. Samo w sobie brzmiało absurdalnie, jeśli zestawić to z tym, jak długo po tamtym wszystkim funkcjonowałem w trybie „sam sobie”. Odstawiłem butelkę na podłogę, może trochę zbyt gwałtownie, dźwięk szkła zabrzmiał głośniej, niż powinien. Oparłem się plecami o kanapę, zamknąłem oczy na chwilę. Czułem wyczerpanie, szum w głowie, zmęczenie, które nie miało nic wspólnego ze snem, jak po zbyt długim dniu, tylko że ten dzień trwał latami. W klatce piersiowej zalegał mi ciężar, tępy, stały, taki, który nie narasta nagle, tylko leży i miażdży powoli. Było mi cholernie ciężko, nie dramatycznie, nie widowiskowo - po prostu źle, zwyczajnie źle, w ten sposób, w którym nie ma gdzie uciec. Za każdym razem, kiedy próbowałem to sobie w głowie uprościć, wychodziło mi, że jest problem. Jeden. Jedyny. Wystarczający, żeby mnie kompletnie rozregulować.
- Mose… - Burknąłem w końcu, bardziej do siebie niż do niej, przesunąłem językiem po dolnej wardze, czując narastającą frustrację. - Wiesz… - Zacząłem i urwałem, bo nagle poczułem, że to „wiesz” jest cholernie nieprecyzyjne. Wbiłem wzrok w podłogę, w ten cholerny wzór na dywanie, jakby miał mi zaraz coś powiedzieć. Palce same znalazły szyjkę butelki - znajomy ruch, automatyczny - pociągnąłem łyk, za duży, piekący, przełknąłem z wysiłkiem. Patrzyłem gdzieś obok niej, nie w oczy żony - na krawędź stolika, na smugę światła na ścianie, na cokolwiek, co nie wymagało utrzymywania kontaktu wzrokowego. Ramiona miałem napięte, jakbym cały czas szykował się na cios, chociaż przecież nikt mnie tu nie atakował, to było głupie, wiedziałem o tym, a jednak ciało reagowało szybciej niż głowa.
Spojrzałem w bok, w jej stronę, tylko na moment.
- Powiedz mi po plostu. - Wyrzuciłem z siebie prosto z mostu. - Jakie ty masz wobec mnie oczekiwania? - Zmarszczyłem brwi. - Jak mam to uglyźć, Pluey? Mam ci to powiedzieś? Mam ci to pokazaś? Jedno i dlugie? - Rozłożyłem dłonie w bezradnym geście. Krótki, nerwowy śmiech wyrwał mi się z gardła. - To głupie? - Przetarłem twarz dłońmi, przeciągając palcami po powiekach. - Kulwa, nie mam ploblemu spytaś kogoś, czy ma jakiś jebany ploblem. - Krzywy uśmiech przemknął mi przez twarz i zniknął. - A s tym… -  Wskazałem nieokreślonym gestem przestrzeń między nami.
Westchnąłem długo. Nie widziałem rozwiązania. Wiedziałem tylko, że próbowałem - raz, dawno temu - i trafiłem na złą osobę, byłem świadomy różnicy, tyle że od tamtej pory nie umiałem już mówić o rzeczach, które naprawdę bolały.
Chciałem dać jej wszystko, naprawdę, bez gwiazdek, bez „ale”, tylko że nie wiedziałem, jak to zrobić, nie rozwalając przy tym czegoś po drodze, bałem się, że któregoś dnia ona spojrzy wstecz i pomyśli, że mogła mieć coś więcej, a ja byłem tym, który ją zatrzymał. Ten strach nie dawał mi spokoju. Byłem zmęczony samym faktem, że to wszystko wciąż we mnie siedziało, tym okazjonalnym wracaniem myślami do czegoś, co powinno było dawno zgnić albo rozsypać się w proch. Czułem wstyd - nie taki, który paraliżował, tylko ten cichy, podskórny - za to, że tyle rzeczy we mnie wciąż reagowało jak wtedy, czasem wolałem się wycofać, niż sprawdzić, czy tym razem będzie inaczej. Za to, że łatwiej było mi założyć najgorsze, niż uwierzyć w coś dobrego.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (27689), Prudence Fenwick (14989)




Wiadomości w tym wątku
[12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 13.01.2026, 19:55
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 13.01.2026, 21:31
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 14.01.2026, 02:06
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 14.01.2026, 10:26
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 14.01.2026, 16:00
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 14.01.2026, 18:30
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 14.01.2026, 22:16
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 14.01.2026, 23:11
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 15.01.2026, 18:16
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 15.01.2026, 21:12
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 18.01.2026, 05:00
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 24.01.2026, 23:38
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 26.01.2026, 04:38
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 26.01.2026, 13:52
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 28.01.2026, 02:26
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 29.01.2026, 20:23
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 30.01.2026, 22:07

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa