I tak nie miała dziś ochoty włóczyć się po Londynie. Za dużo znajomych miejsc, za dużo znajomych twarzy, dla których też i Lestrange i Longbottom nie były anonimowe. I choć Victoria nie utożsamiała Londynu ze złymi chwilami w swoim życiu, tak samo jak Doliny Godryka, ale oba te miejsca były naocznym świadkiem historii, której rozdział dobiegł końca. Jasne, mogły też przyjmować ten nowy, ale dziś chyba niewłaściwe było rozdrapywać rany właśnie tam.
To była długa noc, ale jakże potrzebna i satysfakcjonująca, bo w końcu dorwali tych gnoi, którzy wyrządzili tyle krzywd magicznym stworzeniom. Victoria była po tym tak pobudzona, że gdy nad ranem wróciła do mieszkania, i tak musiała się napić eliksiru nasennego, żeby jakkolwiek zasnąć i być w formie podczas reszty dnia, a też miała co robić, w związku z tym, że wśród aresztowanych w nocy faktycznie znajdował się poszukiwany czarnoksiężnik. Na szczęście tym razem bez nadgodzin – i całe szczęście, bo przecież były z Brenną umówione na to, by wybrać się gdzieś… i sobie pogadać.
– Tylko ty możesz uznać, że jest za zimno, Bren – odparła jej na to spokojnie i bez urazy, patrząc przed siebie, jak fale leniwie rozbijają się o kamienisty brzeg, zalewając otoczaki, po których ostrożnie stąpały, słoną wodą. Nie przeszkadzała jej ta surowa pustka, ani to, że ludzie w pierwszej połowie października już się tutaj nie kręcili – wręcz było jej to na rękę. Lestrange miała słabość do spokojnego horyzontu i natury, w końcu wychowała się w Dolinie Godryka, pośród pól i lasów. – Więc jak będzie ci za zimno, to powiedz. Przeniesiemy się wtedy… gdziekolwiek – choćby i do tego pubu, najpewniej mugolskiego. Albo i do hotelu, gdzie właściciele pewnie będą kręcić głową na dwie nierozważne trzpiotki, które o tej porze roku kręciły się przy brzegu i zamku.
– Ja mam fasolki… i trochę żab – przyznała i poprawiła ułożenie paska torebki na ramieniu. Były więc przygotowane na wszystko: koce, herbata, alkohol i słodycze. Kanapek nie zrobiła, bo Victoria naprawdę miała dwie lewe ręce do gotowania i przygotowywania jedzenia, co drażniło ją coraz bardziej. – Nie, daj spokój. Tu będzie idealnie. Tylko my i morze. Lubię takie zadupia na końcu świata – chociaż może nie było tego po niej widać: po tym, jak się nosiła wśród ludzi z głową wysoko, w co się ubierała i na jakie okazje, albo jak nie unikała wydarzeń z dużą ilością ludzi. – A skoro o zadupiu mowa, to kupiłam dom. Wiesz, po tamtym. Uznałam, że nie będę ryzykować, a i tak miałam to w planach i już w sierpniu coś oglądałam, tylko potem jakoś to odłożyłam… Na szczęście jeden z tych, które miałam na oku nadal był na sprzedaż więc poszło szybko. Jest nad jeziorem. I na zadupiu – uśmiechnęła się pod nosem. – Wczoraj siałam tam kwiaty w ogrodzie, to idealny moment.