– Idealnie. Najemy się i będziemy grube – mało brakowało, żeby Victoria poklepała się przy tym po brzuchu, ale zatrzymała ruch rąk i po prostu się uśmiechnęła. Czasami, gdy życie podsuwa same cytryny, należało zrobić z nich lemoniadę, ale w tym wypadku kobiety miały lepszy pomysł: a dokładniej to zasłodzenie się wszelkimi możliwymi słodyczami. Raz na jakiś czas było to wręcz wskazane, zwłaszcza, jeśli te dni były tak gorzkie. Gdy ta drzazga okazywała się nie być malutkim kawałkiem drewna, tylko dużym, tkwiącym wzdłuż dłoni, a miejsce robiło się coraz bardziej czerwone i naprawdę, naprawdę trzeba było ją już wyciągnąć. – Podoba – przyznała i również zeszła z kamieni, by oddalić się od linii morza w ślad za Brenną.
Tak, podobało jej się to miejsce, bo było ciche – w sensie ciche w kontekście braku ludzi, których słowa i obecność potrafiła być momentami aż zbyt głośna. Victoria nie wiedziała, jak wyglądały sprawy prywatne Brenny, choć chyba lepiej niż jej własne, kwestia Spalonej Nocy była odrębna i miała osobną kategorię. Jakkolwiek porównywanie własnych problemów sercowych z problemami straty ukochanych nie były zasadne, to jednak działo się to i nie było sensu temu zaprzeczać.
Poczekała, aż Brenna wyciągnie rzeczy ze swojego plecaka, nim usiadła na kocu i wyciągnęła swoje rzeczy z torby, znaczy się kilka opakowań czekoladowych żab i fasolki – jedna paczka tychże im wystarczy, gdyby miały ochotę na odrobinę ryzyka w tych jakże kontrolowanych warunkach.
– Tak no… To mieszkanie jest co najmniej pechowe, nie mam zamiaru tam mieszkać, albo ryzykować zdrowiem kogokolwiek – odpowiedziała, zapatrzywszy się ponownie w morze. – Nie, jeszcze nie, ale zamierzam. Chcę żeby klątwołamacz miał do dyspozycji całe mieszkanie. Ale bębnów już nie słyszałam. Ja to mieszkanie kupiłam kiedyś tak wiesz, żeby było na wszelki wypadek. Nigdy nie planowałam tam mieszkać na stałe, a jak pokłóciłam się z matką to okazało się to wręcz idealne miejsce, bo już jakieś – mówiła dalej, a potem obróciła głowę na Brennę i uśmiechnęła się do niej. – Słuchaj lepsze takie niż żadne, nawet jeśli wymaga pracy – sama pamiętała ile pracy było z tym londyńskim, nie mówiąc o tym, do którego przenosiła się teraz. To wszystko wymagało jednak czasu. – Prim mówiła, że przeniesie się ze mną – Victoria uśmiechnęła się pod nosem. – Co prawda w pobliżu jest jezioro… a ona niespecjalnie przepada za otwartą wodą. Mmm pamiętasz jak mówiłaś mi o topielcach w sadzawce? Primrose to jedyny topielec z Miada Vale, ale na szczęście ojciec w porę ją wyłowił… W każdym razie od tamtego czasu unika wody. Ale tamten dom nie stoi nad samym brzegiem, jest tylko widok na jezioro, więc powinno być dla niej w porządku… – martwiła się o to trochę, ale to nie było tak, że ktoś kazał teraz Prim wchodzić do jeziora.