Szlachetne damy mogą się bać co najwyżej myszy. Tych jednak Victoria się nie bała. Tak jak i pająków nie – bez problemu trzasnęła jednego czy drugiego zwiniętym numerem Proroka, albo jakimś zaklęciem, jeśli trzeba było jakiegoś wrzucić o eliksirów. Ogólnie… Mało czego się bała, bo jej mózg przekładał to na "ciekawe” oraz na „chcę zrozumieć”, i gdy rozumiała, to czego tu się bać? Tak jak nie bała się Sauriela – rozumiała i była ciekawa. Jedynym wyjątkiem był jej irracjonalny lęk wysokości. Nie powiedziała Rookwoodowi z kilku powodów: nie chciała wyjść na słabą, nie wiedziała jak mu to w ogóle przekazać i zakomunikować, no i wiedziała doskonale, że jej strach jest po prostu durny. Mało tego: zdawała sobie sprawę, że ten powóz będzie najlepszą opcją dla Sauriela, który nie mógł się teleportować (bo z kolei tego bał się on…) i jednocześnie jest dla nich najmniej kłopotliwy bo angażuje jak najmniej świadków, i aaach… No nie mówiła o tym prawie nikomu. W pracy też nie było się co chwalić (już zresztą widziała, kurwa, ten pomysł z rowerami: jechaliby wesoło tandemem, tym podwójnym rowerem).
Spojrzała na Sauriela tymi swoimi wielkimi oczami, nie rozumiejąc co on tam do niej gada. W sensie dlaczego ją uspokaja z powodu gadającego konia. Jakoś nie przyszło jej do głowy, że pomyślał, że wystraszyła się głosu abraksana. Znaczy no tak – zdziwił ją. Ale to nie to sprawiało, że całą podróż siedziała napięta jak struna.
A chwilę później było jeszcze gorzej. O ile wzbicie się w powietrze i ten lot jakoś tam… Coś… Ten… Wytrzymywała. To to lądowanie sprawiło, że Victoria na moment zacisnęła powieki, a kiedy je otworzyła, to zobaczyła, że Sauriel znowu spogląda przez zasłonkę i okienko. I to było dla niej już za dużo. Odetchnęła płytko i sama nie potrafiłaby odpowiedzieć jak znalazła w sobie siłę i kiedy właściwie wstała, ale zaraz siedziała obok Rookwooda. Chyba jeszcze bledsza niż była przed chwilą. Nie zielona, nie. Nie wyglądała jak ktoś kto będzie rzygać. Bardziej jak ktoś, kto ma zemdleć. Plecami wbiła się mocno w oparcie ławy, a dłońmi złapała za nadgarstek i przedramię Sauriela. Mocno. Na tyle mocno, że można się było zdziwić, że kobietka jej pokroju i postury ma tyle siły. Na tyle mocno, że przypadkiem wbiła mężczyźnie swoje niezbyt długie, za to kształtne i zadbane paznokcie w skórę.
- Zaraz zacznie paaadaaaaać – zaintonował abraksan jeszcze, jakby znajdując kolejne wytłumaczenie na to, dlaczego musi wylądować.