27.01.2026, 22:52 ✶
Gdy była młodsza, tęsknie śniła za miejscem jak to. Za zmętniałą ciszą zebraną pod zasłoną, przez którą nie mogła przedostać się gwałtowniejsza emocja. Za końcem, ucieczką, bezbarwnym niczym pożerającym całą jej gwałtowność, gniew i strach. Przez wiele lat Helloise wierzyła, że obudzenie się w Limbo byłoby rozwiązaniem wszystkich jej problemów.
Tego wieczora, nim umarła, na nieskończenie krótki i gęsty moment była lasem. Chrząszczem wspinającym się w górę chropowatego pnia, sokiem szumiącym w żyłkach liści, splątanym korzeniem smakującym ziemię, promieniem słońca zaglądającym w serce kwiatu, zimną kroplą rosy toczącą się po źdźble, bystrooką łanią mknącą przez gęstwinę. A potem skoncentrowany moment zniknął, pozostawiając znajome uczucie wyzwalającego rozproszenia. Duch Helloise często opuszczał ciało, aby wędrować przez Knieję i przez Dolinę. Przez eksterioryzację czarownica wiedziała, jak to jest pozbyć się cielesnych ograniczeń, jak lekki i swobodny może być człowiek.
Po tym ostatnim rozproszeniu czekało już tylko to nic, o którym dawniej marzyła. Obudziła się po zielonej stronie Limbo, wśród dzikiej i gęstej roślinności niedopasowanej do krajobrazu rzecznego nadbrzeża.
Helloise od razu odczuła, że coś jej zabrano. Nic dawno temu przestało wpisywać się w jej smaki.
Pojaśniało jej w głowie, myśli były oczyszczone, przejrzyste, niemal ostre na oszlifowanych krawędziach. Nie pamiętała takiej jasności, a może nigdy jej nie poznała. Podniosła się do siadu, pociągnęła palcami po białych nogach. Skóra była gładka, aksamitna, bez blizn i bez tekstury, ręka sunęła po niej jak po szkliwionej porcelanie. Jasne włosy skręcały się w jedwabiste pukle loków, miękkie i zdefiniowane, nieprzypominające zwyczajowej spuszonej, skołtunionej plątaniny.
Kobieta rozejrzała się po tym, co najbliżej niej. Chcąc poznać lepiej to nowe, wysupłała spomiędzy gęstych krzewów idealnie okrągłą jagódkę. Przyjrzała się jej, obróciła owoc w palcach. Nie miał skazy. Włożyła go między zęby, rozgryzła — zimny sok był bezbarwny, nie poczuła smaku, a jedynie rozlewający się w ustach chłód. Nie sprawiło jej przyjemności muskanie placami kształtnych, zielonych listeczków porastających ziemię Limbo. Wszystko dookoła było zgaszone, wygładzone, stonowane. Pustka wewnątrz i na zewnątrz uwierała dyskomfortem. Czarownica nie potrafiła odeprzeć poczucia, że coś straciła.
Wstała i ruszyła ku rzece. Pozwoliła, aby ją wiodła wstęga matowej wody przez tę wyblakłą, przepastną krainę niczego, gdzie nawet woda wydawała się bez życia. Baczyła, aby ani kropla nie sięgnęła jej stóp. Rzeka budziła w niej niepokój. Szła z jej prądem, szła, a kraina nie kończyła się, nie zmieniał się układ krajobrazu. Nie czuła się tu zagubiona, nie czuła potrzeby uciekać (gdzie miałaby uciekać?), a jednak spacer napełniał ją smutkiem.
Z nurtem rzeki płynęło blade ciało mężczyzny, wzdłuż tego nurtu snuła się za nim brzegiem i ona, i długo obserwowała w ciszy uśmiechniętego Louvaina. Nie rozumiała, dlaczego wydaje się tak zadowolony.
— Tutaj jesteś szczęśliwy? — zapytała w końcu, niepewna, czy zostanie usłyszana. Limbo kradło jej głos. Pozwalało powiedzieć słowo raz tylko, po czym wchłaniało łapczywie dźwięk, nie pozwalając mu wrócić żadnym echem.
Oczekiwanie na odpowiedź Lestrange'a było puste i bezczynne. Nie było w nim oddechu ani zniecierpliwionego bicia serca. W Limbo nie było nic.
Patrząc na Louvaina, pamiętała niewyjaśniony gniew i strach, choć nie czuła już nic z tych emocji. Nie przypomniała sobie od razu, skąd się tu wzięli. Gdy próbowała cofnąć się poza moment przebudzenia, natrafiała na cienką mleczną zasłonę, za którą rozwijał się teatr cieni. Po drugiej stronie końca widziała wśród czarnych aktorów sylwetkę tego człowieka, i widziała potwory. Obchodziła zasłonę jak znudzony, rozespany kot i wracała nad rzekę. W Limbo nie czuła już ciekawości, która kazałaby ją zerwać.
Tego wieczora, nim umarła, na nieskończenie krótki i gęsty moment była lasem. Chrząszczem wspinającym się w górę chropowatego pnia, sokiem szumiącym w żyłkach liści, splątanym korzeniem smakującym ziemię, promieniem słońca zaglądającym w serce kwiatu, zimną kroplą rosy toczącą się po źdźble, bystrooką łanią mknącą przez gęstwinę. A potem skoncentrowany moment zniknął, pozostawiając znajome uczucie wyzwalającego rozproszenia. Duch Helloise często opuszczał ciało, aby wędrować przez Knieję i przez Dolinę. Przez eksterioryzację czarownica wiedziała, jak to jest pozbyć się cielesnych ograniczeń, jak lekki i swobodny może być człowiek.
Po tym ostatnim rozproszeniu czekało już tylko to nic, o którym dawniej marzyła. Obudziła się po zielonej stronie Limbo, wśród dzikiej i gęstej roślinności niedopasowanej do krajobrazu rzecznego nadbrzeża.
Helloise od razu odczuła, że coś jej zabrano. Nic dawno temu przestało wpisywać się w jej smaki.
Pojaśniało jej w głowie, myśli były oczyszczone, przejrzyste, niemal ostre na oszlifowanych krawędziach. Nie pamiętała takiej jasności, a może nigdy jej nie poznała. Podniosła się do siadu, pociągnęła palcami po białych nogach. Skóra była gładka, aksamitna, bez blizn i bez tekstury, ręka sunęła po niej jak po szkliwionej porcelanie. Jasne włosy skręcały się w jedwabiste pukle loków, miękkie i zdefiniowane, nieprzypominające zwyczajowej spuszonej, skołtunionej plątaniny.
Kobieta rozejrzała się po tym, co najbliżej niej. Chcąc poznać lepiej to nowe, wysupłała spomiędzy gęstych krzewów idealnie okrągłą jagódkę. Przyjrzała się jej, obróciła owoc w palcach. Nie miał skazy. Włożyła go między zęby, rozgryzła — zimny sok był bezbarwny, nie poczuła smaku, a jedynie rozlewający się w ustach chłód. Nie sprawiło jej przyjemności muskanie placami kształtnych, zielonych listeczków porastających ziemię Limbo. Wszystko dookoła było zgaszone, wygładzone, stonowane. Pustka wewnątrz i na zewnątrz uwierała dyskomfortem. Czarownica nie potrafiła odeprzeć poczucia, że coś straciła.
Wstała i ruszyła ku rzece. Pozwoliła, aby ją wiodła wstęga matowej wody przez tę wyblakłą, przepastną krainę niczego, gdzie nawet woda wydawała się bez życia. Baczyła, aby ani kropla nie sięgnęła jej stóp. Rzeka budziła w niej niepokój. Szła z jej prądem, szła, a kraina nie kończyła się, nie zmieniał się układ krajobrazu. Nie czuła się tu zagubiona, nie czuła potrzeby uciekać (gdzie miałaby uciekać?), a jednak spacer napełniał ją smutkiem.
Z nurtem rzeki płynęło blade ciało mężczyzny, wzdłuż tego nurtu snuła się za nim brzegiem i ona, i długo obserwowała w ciszy uśmiechniętego Louvaina. Nie rozumiała, dlaczego wydaje się tak zadowolony.
— Tutaj jesteś szczęśliwy? — zapytała w końcu, niepewna, czy zostanie usłyszana. Limbo kradło jej głos. Pozwalało powiedzieć słowo raz tylko, po czym wchłaniało łapczywie dźwięk, nie pozwalając mu wrócić żadnym echem.
Oczekiwanie na odpowiedź Lestrange'a było puste i bezczynne. Nie było w nim oddechu ani zniecierpliwionego bicia serca. W Limbo nie było nic.
Patrząc na Louvaina, pamiętała niewyjaśniony gniew i strach, choć nie czuła już nic z tych emocji. Nie przypomniała sobie od razu, skąd się tu wzięli. Gdy próbowała cofnąć się poza moment przebudzenia, natrafiała na cienką mleczną zasłonę, za którą rozwijał się teatr cieni. Po drugiej stronie końca widziała wśród czarnych aktorów sylwetkę tego człowieka, i widziała potwory. Obchodziła zasłonę jak znudzony, rozespany kot i wracała nad rzekę. W Limbo nie czuła już ciekawości, która kazałaby ją zerwać.
dotknij trawy