• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue

[12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#15
28.01.2026, 02:26  ✶  
Siedziałem przez cały czas dokładnie w tym samym miejscu, nie przesuwając się ani trochę, jakbym wrośnięty był w deski pod spodem dywanu, na którym siedzieliśmy już od dłuższej chwili. Jak długiej? Trudno było stwierdzić, chociaż stary zegar na ścianie głośno odmierzał czas, licząc kolejne minuty spędzone nie tak jak powinniśmy byli spędzać nasze pierwsze popołudnie w nowym domu. Słowa Prudence krążyły mi w głowie jeszcze długo po tym, jak przestała mówić, dając mi chwilę na odpowiedź. Ten spokój, z jakim to wszystko wypowiadała, był dla mnie czymś obcym, nienaturalnym, co zamiast być uspokajające, zupełnie mnie petryfikowało. Usiadłem ciężej, poprawiając pozycję względem kanapy, jakbym nagle przypomniał sobie, że mam ciało. Jednocześnie przesunąłem dłonią po podłodze - dywan pod nami był miękki, za miękki jak na to, co miałem w głowie. A może to ja byłem zatwardziały? Prue przedstawiała swój punkt widzenia spokojnie, metodycznie, jakby układała cegły jedna po drugiej, próbując zbudować coś stabilnego na gruzach, które ja znałem aż za dobrze, a ona właśnie poznawała - to nie były solidne fundamenty, nie chciałem się łudzić, że jest inaczej, nawet jeśli moja żona brzmiała tak, jakby w to wierzyła. Słuchałem, naprawdę słuchałem, tylko że we mnie to wszystko przechodziło przez filtr, przez inne ściany, inne korytarze. Część mnie była już gdzie indziej, zawsze tak miałem, kiedy ktoś mówił spokojnie, rozsądnie o czymś takim, kiedy próbował układać świat w logiczne klocki, we mnie otwierały się drzwi prowadzące wstecz. Nie trzaskały, one się po prostu uchylały, a ja znowu czułem zapach wosku do podłóg, starego papieru i pieniędzy, które nie miały jednej konkretnej woni, ale ich lekko metaliczna nuta zawsze wisiała w powietrzu.
Pruey naprawdę próbowała, to było widać, każde zdanie było jak wyciągnięta dłoń, spokojna, nie nachalna, cierpliwa aż do bólu, dobra, łagodna, kochająca. Usiłowała mi pokazać, że nie musiałem się martwić, wiedziałem, że mówiła to szczerze, nie grała, nie próbowała mnie do niczego zmusić. To wszystko brzmiało rozsądnie, logicznie, jak coś, co dało się poukładać w punktach, w listach, w schematach, dokładnie w jej stylu, tyle że ja nigdy nie byłem dobry w wierzenie w „lepiej”, a już zdecydowanie nie wtedy, kiedy już wiele razy myślałem, że gorzej być nie może, a jednak było. Nie chodziło o to, że nie chciałem przyjąć do wiadomości tego, w jaki sposób miała od teraz wyglądać nasza przyszłość - inaczej nie decydowałbym się spróbować, prawda? Po prostu to, co się dziś wydarzyło, poruszyło mnie od środka. Mogłem mieć grubą skórę, być przygotowany na zbieranie obelg od ludzi, których zdanie nie powinno było wiele mnie obchodzić, jednakże w tym wszystkim pojawiła się dziś inna zmienna - zupełny brak kontrastu pomiędzy tym, co usłyszałem ja, a co musiała znieść moja ukochana.
Dom był duży, za duży, przestrzeń rozlewała się wokół nas jak woda w nieckach, których nie dało się wypełnić. I to było ironiczne. Kurwa, jak bardzo ironiczne. Zaciągnąłem się powietrzem, jakbym palił papierosa, chociaż dawno żadnego nie miałem w ustach, mimo to nie sięgnąłem po paczkę - znowu zająłem usta szyjką butelki, wsłuchując się w padające słowa o domu, rozwiązaniach, o tym, że „możemy znaleźć mniejszy” - trafiały we mnie wolno, jakby musiały przebić się przez warstwę czegoś starego i twardego - przez przyzwyczajenie do tego, że rzeczy się znosi, a nie naprawia, to było dziwne uczucie, prawie obce - ktoś mówił „jeśli to cię rani, zmieńmy to”, a nie „przyzwyczaj się” albo „przesadzasz”.
- Ten dom… - Odezwałem się w końcu, głosem niskim, trochę zachrypniętym, przerywając jej, zanim zdążyła zaproponować kolejne rozwiązanie, głos miałem niski, chropowaty. - To nie jest kwestia metlaszu. - Przesuwnąłem kciukiem po knykciach, raz i drugi, bez sensu. To było kłamstwo techniczne, wiedziałem o tym, ale w porównaniu z tym, z czego przyszedłem, ten dom był… Rozsądny. Uniosłem butelkę, obróciłem ją powoli w dłoni, obserwując, jak światło lampy łamie się w szkle. Piłem więcej, niż powinienem, ale potrzebowałem tego szumu w głowie, żeby nie zacząć liczyć scenariuszy.
Zaczęliśmy mówić o świecie, z którego pochodzę, o rodzinach budowanych dla zysku, o pieniądzach, władzy, o braku przykładów. Reagowałem całkiem uważnie, jak na narastający stan upojenia, ale to nie było to uważne słuchanie, które polegało na wychwytywaniu każdego słowa, to było raczej pozwalanie, żeby sens naszych wypowiedzi przesuwał się we mnie jak coś, co nie wymagało natychmiastowego analizowania. W dalszym ciągu nie spoglądałem bezpośrednio na Prudence. Miała rację, wkurwiało mnie to, że miała rację, nawet jeśli jednocześnie przecież chciałem, by to wszystko rozumiała, więc powinienem czuć ulgę z powodu tego zrozumienia. Teoretycznie rozumiałem sens tego wszystkiego, punkt odniesienia, podejście mojej żony, tylko że w moim życiu sens i doświadczenie rzadko szły w parze, szczególnie gdy przez pół życia żyłem na listach, niewidzialnych, odhaczanych cudzym palcem. „Jeśli zrobiłeś A - byłeś dobry, jeśli zrobiłeś B - byłeś problemem”.
- Wiesz, co jest najgłupsze? - Zawahałem się na moment, jakbym sprawdzał, czy naprawdę chcę to powiedzieć - nie chciałem, ale musiałem, powinienem przynajmniej - przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka i spojrzałem w górę, na sufit - wysoki, jasny, niezbyt czysty, jakby ktoś palił tu przez dekady, nieczęsto kłopocząc się otwieraniem okna. - Wiesz, co jest zabawne? - Tym razem od razu odpowiedziałem sobie sam, bo tak było łatwiej. - Sze ten dom… On i tak jest mały. - Uniosłem wzrok, nie do jej twarzy, tylko gdzieś ponad nią, w głąb salonu, jakbym widział coś zupełnie innego niż ściany, meble, lampy. - Znaczy, jest duszy. Losądnie duszy. Nolmalnie duszy. - Krótki, suchy śmiech wyrwał mi się z gardła. - Po plostu mój punkt odniesienia jest kompletnie spieldolony. - Oparłem łokieć o kolano, palcami drugiej dłoni mimowolnie zaczepiłem o rzemyki na nadgarstku, splątane, stare, różne - skóra, sznurek, coś, co kiedyś było nitką określonego koloru, teraz zostało już tylko wyblakłym wspomnieniem, a pod spodem - cienka, niemal niewidoczna bransoletka z kamyczków. - To jest… Nolmalny dom. Duszy, jasne. Za duszy dla dwóch osób. Ale nolmalny. - Powtórzyłem trochę mniej - a może bardziej - chaotycznie I przełknąłem łyk alkoholu. W porównaniu z tym, z czego wyszedłem… Słowa zaczęły płynąć same, chociaż ton miałem suchy, niemal techniczny.
- Wychowałem się w posiadłości. - Powiedziałem, przełykając nalewkę, chociaż Prue doskonale to wiedziała. - Nie w „duszym domu”. Nie w „ładnym dworku na wsi”. W posiadłości, takiej na wzgószu, któlą ludzie oglądają s dlogi i myślą „kto tam, kulwa, mieszka”. - Przesunąłem palcami po kolanie, miałem wrażenie, że siedzimy w środku jakiegoś paradoksu, ale mówiłem, choćby nawet powoli, byleby tylko nie przestać. - Oficjalnie cztely kondygnacje, nieoficjalnie pięś, jeśli liczyś podziemia. - Oparłem plecy o dół kanapy i spojrzałem w sufit - tynk nie był idealnie gładki, i dobrze, w moim rodzinnym domu sufit w jednym ze skrzydeł miał freski, prawdziwe, nie jakieś dekoracyjne gówno będące tak naprawdę tapetą albo wzorem z szablonu.
- Tszy skszydła. Główne i dwa boczne. Kaszde s nich zdecydowanie większe nisz ten dom. Pszestszeń, w któlej można było zgubić dziecko. - Krótki śmiech wyrwał mi się z gardła, bez humoru. Pamiętałem zapach starego drewna, chłód ciągnący się od podłóg, echo kroków, które zawsze było o sekundę spóźnione. - Co akulat się zdaszało, bo kaszde skszydło miało osobną klatkę schodową i kolytasze dla osób, któlych nie powinniśmy widzieś, s lósznych powodów. - Parsknąłem cicho, zanim zdążyłem się powstrzymać, przesunąłem butelkę z jednej dłoni do drugiej, jakbym sprawdzał jej ciężar. - Jak się dobsze skitlałaś, nie musiałaś nikogo widzieś, dopóki tego nie wymagał. - Uśmiechnąłem się krótko, nie musząc wiele wyjaśniać, w takim świecie dzieci nie są dziećmi, są inwestycją, albo problemem logistycznym, niczym innym. - Główne skszydło miało… - Zamknąłem oczy na moment, licząc w myślach. - Dwadzieścia siedem pomieszczeń. Na oko. Oficjalnie. Nieoficjalnie więcej, bo niektóle pokoje pszelabiano, dzielono, łączono. - Oparłem łokieć o kolano, przetarłem dłonią twarz. - Gabinety, sale, jadalnie. Jedna była tylko na wielkie okazje. Uszywana mose pięś lasy w loku. - Zamilkłem na moment, bo nagle przypomniałem sobie długi stół, przy którym siedzieliśmy w absolutnej ciszy, służba stojąca pod ścianami, ojciec na czele, matka z kamienną twarzą. - Pokoje plywatne zamykane na klucz, bo „nie wszystko jest dla wszystkich”. Dwie biblioteki. Jedna „leplezentacyjna”, dluga plywatna, taka, do któlej dzieci nie miały wstępu, bo były tam szeszy, któlych dzieci widzieś nie powinny. Coś jak dział ksiąg zakazanych, tylko… Balsiej. - Nie musiałem tego doprecyzowywać, więc nie zrobiłem tego. Ojciec miał obsesję na punkcie „tresury”, zamiast posłuszeństwa, tego słowa używał, jakby mówił o psach, nie o dzieciach. Tresura, dyscyplina, konfrontacja, zawsze to samo pierdolenie, tam nikt nie pytał młodszych pokoleń, czy są szczęśliwe, czy czegoś chcą, czy coś im przeszkadza, pytało się, czy „spełniają”, a ja całe życie próbowałem nie spełniać cudzych oczekiwań, tylko… Żyć.
W tej drugiej z bibliotek parkiet był zaczarowany tak, żeby nigdy się nie rysował, sprowadzany z Francji, bo „angielski był zbyt pospolity”, nadal pamiętałem, że ojczym strasznie się tym jarał. Pokazywał to każdemu, kto miał wystarczająco drogie nazwisko, by spędzać z nim czas w jego prywatnych pomieszczeniach. Oficjalnie nie było nas wielu mieszkańców, nieoficjalnie tamten dom był pełen ludzi, którzy przychodzili i znikali - krewni, pół-krewni, goście, pasożyty, ambitni przyjaciele rodziny, protegowani, kochanki, kuzyni z trzeciej linii, osoby, które „tymczasowo” mieszkały, a potem już nikt o nich nie mówił. Członkowie rodziny z zagranicy, których nikt nie potrafił przypisać do konkretnej gałęzi drzewa. Kobiety, które znikały po kilku miesiącach. Mężczyźni, którzy zostawali na lata. Wychodzili i wchodzili, jakby to był dworzec.
Spojrzałem na Prudence kątem oka.
- Basen klyty. Basen odklyty. Stajnie. Olanszelie. Oglód, w któlym mosna było się zgubiś. Palk, któly ciągnął się dalej nisz wzlok. Liczyło się to, sze mosna było iść dluszej nisz piętnaście minut i wciąsz byś „w domu”. - Powiedziałem, jakby to było najważniejsze techniczne wyjaśnienie świata, uniosłem butelkę i napiłem się. - Ojciec inwestował w nieluchomości i glunty. - Uniosłem ramiona w krótkim, obojętnym geście. - Taki spolt. - Powiedziałem to sucho, bez emocji, jak fakt z encyklopedii. - Część dla siebie, część na wynajem, część dla pszyjaciół…ek. Jedna miała dom w Londynie. Oficjalnie „lesydencja dla dalekiej kuzynki”. Dlugiej kupił dom nad moszem, tszymał go „dla zdlowotności”. Jeszcze inna pojawiała się tylko na bale, ale mieszkała plaktycznie na jego gluntach. - Przesunąłem językiem po zębach. Trzecia, czwarta… Chuj wie, przestawałem liczyć, zanim nauczyłem się dobrze liczyć. - Bale. - Powtórzyłem to słowo, jakby było obleśne, po czym odwróciłem głowę w bok, jakby obraz tamtego domu nagle stanął mi przed oczami.
Bale były regularnie - oficjalne, półoficjalne, zupełnie nieoficjalne, Ministerstwo, Mung, Wizengamot, wszyscy się tam przewijali. Wielkie schody, kryształowe żyrandole, muzyka, ludzie w maskach albo bez, zależnie od okazji. Setki osób, politycy, uzdrowiciele, dyplomaci, rodziny, które znały się od pokoleń i nienawidziły się równie długo. Teoretycznie wszyscy byli elitą, ale nawet w elicie są poziomy, prawda? To był ten wyjątkowo… Pożądany. W praktyce… To była tylko inna liga tego samego syfu.
Ojczym nie musiał pracować, nigdy, co z perspektywy czasu z pewnością musiało irytować wielu ludzi. „Budował kontakty”, to była jego praca, zajmował stanowiska, bo miał kaprys, bo chciał sprawdzić, jak to jest, ukończył akademię, by zaznać londyńskiego życia, poszedł do Munga, bo tak, został ordynatorem, bo mógł, bo znał odpowiednich ludzi, bo ktoś mu to zaproponował przy koniaku, bo miał odpowiednie nazwisko, które było wystarczającą kwalifikacją, i pieniądze, więc w wielu oczach zasługiwał praktycznie na wszystko, zanim ktokolwiek zdążył zapytać „dlaczego”… Otwierano przed nim drzwi, zanim jeszcze zdążył zapukać, a nawet jeśli nie, to ostatecznie i tak się tam znajdował, patrząc na wszystkich z góry.
- Olganizowaliśmy bale. Wielkie, długie, wystawne, s muzyką na szywo, odpowiednio losmieszczonym światłem, ludźmi, któszy udawali, sze są kimś lepszym, niż byli. A potem, kiedy wszyscy jusz byli wystalczająco pijani albo wystarczająco znudzeni, mój ojczym znikał… - Uniosłem brew. - Zazwyczaj s kimś, kto nie był moją matką. - Urwałem, parskając krótko, głos miałem niski, spokojny, zbyt spokojny jak na to, co kotłowało się pod skórą. Tak, po balach mój ojczym rżnął kochanki w skrzydle zachodnim, a matka udawała, że tego nie słyszy. Czasem robił to dyskretnie, czasami po prostu w pokoju, który jeszcze kilka godzin wcześniej był „salą rozmów”. Zawsze ktoś nocował, zawsze ktoś zostawał dłużej, niż powinien, zawsze przymykano na to oko.
Zerknąłem w bok, potem znowu przed siebie, jednocześnie czułem, jak coś we mnie się cofa, jakbym odruchowo robił krok w tył, mimo że fizycznie nie było już gdzie.
- Ojciec… - Mruknąłem. - Gdy szył, nie był lepszy. Lósznił się stylem, nie tleścią. Tesz znikał. Tesz miał swoje seklety. Kij wie, czy po nim tesz nie zostało coś, co kiedyś wypłynie. Mose jusz nawet wypłynęło. Nie wiem, ale losumiesz schemat, plawda? - Odchyliłem głowę i spojrzałem w sufit. Przesunąłem się lekko, czując, jak ten obecny dom, ten spokojniejszy, naciska mi na plecy, na barki, na czubek głowy, albo raczej - odczuwając wagę wszystkiego, co właśnie zaczęło wypływać na wierzch, bez pytania o pozwolenie. Bo przecież ten budynek był duży, przestronny, pełen powietrza, przestrzeni, ale jednocześnie nieograniczonych możliwości, nasz własny, nie cudzy, mogliśmy zrobić z nim wszystko, czego tylko chcieliśmy.
- Czy to ironia, sze dolastałem w pałacu, a telas duszę się w duszym domu, chociasz mam tu więcej pszestszeni? - Prychnąłem. - Pewnie tak. - Parsknąłem krótko, sucho, bez śmiechu, bardziej tak, jakby mi coś utkwiło w gardle, niż jakbym faktycznie się rozbawił. - Czy to czyni mnie niewdzięcznym? - Zapytałem, ale nie czekałem. - Nie wiem. - Wypowiedzenie tego na głos miało w sobie coś brutalnie prostego. - Czy uciekam przed czymś, co znam asz za dobsze? - Wzruszyłem ramionami. - Plawdopodobnie. - Westchnąłem ciężko. - Czy to ma sens? - Zapytałem, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, pokręciłem głową. - Niewaszne.
W pokoju było cicho, tylko zegar gdzieś w tle tykał głucho.
- Czy to dlatego ten dom mnie uwiela? - Kolejne pytanie. - Mose. - Kiwnąłem raz, potem drugi, powoli, patrząc gdzieś obok niej, na ścianę, na nic konkretnego, nawet nie podniosłem na nią wzroku od razu. Uwierzyć w siebie, uwierzyć w nas, uwierzyć w to, że miejsce, w którym się znaleźliśmy, mogło być w zupełności nasze, bez niczyjego wpływu, bez duchów przeszłości i widm przyszłości, która nigdy nie nadeszła - nie było to proste, nie wtedy, kiedy człowiek raz już uwierzył, że coś może być inne - gdy już raz wszedł w coś, co wyglądało jak normalność, pachniało jak normalność, a potem okazało się dokładnie tym samym pieprzonym schematem, tylko w innym opakowaniu.
- Wiesz, co jest najgolse? - Spojrzałem na nią. To było pytanie po części retoryczne, bo przecież wiedziała, że przeszłość miesza, mówiła o tym wprost - o tym, że to, co się wydarzyło, zostawiało ślady, że ludzie po takich sytuacjach zazwyczaj stają się ostrożniejsi, że zaczynają wątpić. Poruszyłem głową, lekko się uśmiechając, chociaż w środku miałem ochotę powiedzieć jej, że to nie jest kwestia ostrożności, tylko kwestia tego, że pewnych rzeczy już się nie rozplącze, i jak raz nauczysz się spać z jednym okiem otwartym, to potem nawet cisza potrafi być podejrzana.
- Mój dom lodzinny był pełen ludzi. -  Zawiesiłem głos. - I jednocześnie był kompletnie pusty. Pszewijali się jak duchy, za szycia. - Oparłem łokcie o kolana. - Zawsze ktoś kląszył. Zawsze ktoś podsłuchiwał. Zawsze ktoś patszył. - Zsunąłem wzrok na swoje dłonie. - Ilekloś widzę dusze pszestrzenie, myślę tylko o tym, ile szeszy mose się w nich wydaszyś po cichu. - To było ciężkie, wypowiedziane na głos ledwo przechodziło mi przez gardło, ale właśnie taką była prawda - nie lubiłem dużych przestrzeni, nie w domach, na zewnątrz to była zupełnie inna bajka, ale przestronne pokoje zawsze wprawiały mnie w dyskomfort, nawet jeśli z zewnątrz nikt by tego nie powiedział. Maskowałem się, przynajmniej zazwyczaj, to była mieszanka starych i nowych nawyków, jednego i drugiego życia. Kiedyś zawsze była lista, niewypowiedziana, ale obecna - jak się zachowywać, co mówić, kogo znać, kogo ignorować, kogo poślubić, ale w gruncie rzeczy tak naprawdę całe życie funkcjonowałem na zasadzie umów, których nikt mi nie pokazywał na papierze, zasad, które zmieniały się w trakcie, kar za coś, czego nie zrobiłem albo co zrobiłem, bo po prostu nie chciałem się podporządkować albo coś przeoczyłem. To było zatrważająco naturalne.
Milczałem dłużej, niż było wygodnie, patrzyłem na własne dłonie, na knykcie, na blizny, które znałem aż za dobrze, czułem, jak pod skórą narasta mi to napięcie, to stare, znajome, które zaczynało się w karku i schodziło w dół kręgosłupa, aż wreszcie znowu się odezwałem.
- Dlatego to nie jest kwestia metlaszu, Pluey. - Stwierdziłem spokojnie, podczas gdy moje palce znów zacisnęły się na nadgarstku, na kamyczkach, na czymś, co było śmiesznie małe w porównaniu do wszystkiego, co miałem za sobą.
Na myśl o Johnie poczułem krótkie, gorzkie ukłucie ironii - normalność zawsze pękała przy bliższym spojrzeniu, jakby była tylko cienką warstwą lakieru, pod którą i tak zawsze było coś gnijącego - chciałem powiedzieć, że właśnie to mnie najbardziej przerażało, nie potwory, nie wojny, nie klątwy, tylko to, że nigdy nie wiesz, kiedy coś, co wygląda stabilnie, nagle pokaże zęby. Zamiast tego pokręciłem jednak głową, powoli, ciężko, jakby każde „tak” i „nie” ważyło po kilka kilo, bardziej z przyzwyczajenia niż z przekonania. Rozumiałem sens każdego zdania, problem polegał na tym, że sens i doświadczenie rzadko idą tym samym korytarzem, to nie było takie proste, nigdy nie było, miała rację - przeszłość potrafiła namieszać, tylko w moim przypadku ona nie mieszała w sposób, który dał się tak prosto odkręcić, ona była fundamentem, betonem wylanym pod całe życie, czymś, na czym wszystko stało, nawet jeśli bardzo bym chciał udawać, że to tylko kurz, który dało się zdmuchnąć.
- To właśnie jest iloniczne. - Dodałem. - W domu, gdzie dzieci były walutą, ja dolosłem do tego, szeby nie chcieś szadnego. W domu, w któlym dzieci były wartością samą w sobie, ty… - Urywając, przesunąłem się nieznacznie, jakbym szukał stabilniejszego miejsca na podłodze, chociaż jednocześnie miałem wrażenie, że część mnie stoi gdzieś obok i patrzy na to z dystansu - jak zwykle, kiedy rozmowa schodziła na rzeczy, których nie dało się cofnąć, na to, co człowiek nosił w sobie, nawet jeśli zmienił adres. Tamten dom nigdy nie był pusty, a i tak był martwy - ten dom był pusty, ale nie musiał być martwy, po prostu trafił na niewłaściwego lokatora. Zamilkłem na chwilę, bo poczułem znajome uciskanie w klatce piersiowej. Dom, w którym dorastałem, wcale mnie nie przygotował na „lepsze życie”, przygotował mnie na przetrwanie w gównie. Przez pewien czas z kimś, później samotnie, a teraz… Chciałem wierzyć, że będzie lepiej - naprawdę, tylko… Jak?
Przypomniałem sobie trawnik, słońce, szkolne błonia - trawa była wtedy miękka, ale dzika, wybujała, nie przycięta idealnie, jakby ktoś ją mierzył linijką. Siedziałem obok niej, a ona wiązała mi na nadgarstku bransoletkę z kamyczków, palce miała zimne, śmiała się z czegoś głupiego, co powiedziałem. Do tej pory to był jeden z najbardziej wartościowych prezentów, jakie kiedykolwiek dostałem, nawet jeśli w tamtym czasie na przeciwległej ręce nosiłem zegarek warty absurdalnie dużo galeonów. Gdybym miał coś zgubić, która strata bardziej by mnie zabolała? Która zabolała mnie, gdy rzeczywiście się wydarzyła, nawet jeśli metaforycznie?
- Zastanawiałaś się kiedyś - odezwałem się znowu, po chwili, wpatrując się w okno, jakby to była tylko dygresja - s kim właściwie wtedy siedziałaś? Dlaczego dzieci s „doblych domów” potlafią byś tak oklutne? - Nie czekałem na odpowiedź, potarłem palcem miejsce, gdzie wciąż był „nasz” dowód przyjaźni, schowany pod resztą. - Czy myślałaś o tym, kiedy plowokowałem cię tekstami o byciu ponad wsystko? Kiedy mówiłem, sze świat działa tak, a nie inaczej? Czy pszyszło ci do głowy, sze mówię to nie s pozycji pewności, tylko s pozycji tlesuly? - Pokręciłem głową. - Ja byłem łatwym celem. Samotny jak pies, Pluey, nawet otaczając się wiecznym wianuszkiem towaszystwa, nawet mając obok siebie chłopaków, twojego blata… - Zacisnąłem szczękę, głos miałem niski, trochę ochrypły od alkoholu i od mówienia rzeczy, których zazwyczaj nie mówiłem.
Alice była dobra w robieniu z siebie ofiary, jeszcze lepsza w karaniu ludzi, którzy próbowali jej nie dać tego, czego chciała. Z zewnątrz nikt nie połapałby się, że Adelais była z biedy, nie z tej romantycznej biedy, o której się opowiadało historie, z prawdziwej, brudnej, takiej, w której człowiek uczył się, że trzeba brać, zanim ktoś inny zabierze. W moim świecie ludzie tacy jak ona byli albo narzędziami, albo zagrożeniem, a ja byłem wystarczająco głupi, żeby uznać ją za wybór. Kurewsko bogaty chłopak z przemocowego domu, z emocjonalnie martwą matką i ojczymem, który traktował ludzi jak przedmioty, byłem dla niej szansą, przepustką, zabezpieczeniem, a kiedy przestałem spełniać rolę, kiedy nie chciałem być dokładnie tym, czego ode mnie oczekiwała… Cóż, wyrzuciła bezwartościowy papier do kosza, uznając, że to już się jej nie przyda. A przynajmniej tak chciałem myśleć, uznając to za zakończony epizod - kolejka odjechała, bilet był w jedną stronę, podróż się zakończyła.
Byłem pewien, że nie ma jej w Wielkiej Brytanii, nawet znając jej podejście, nie zakładałem, że mogłaby być aż tak oderwana od rzeczywistości, dlatego kiedy Prudence zmrużyła oczy i powiedziała cicho, że ona tu była, przez chwilę nie zrozumiałem. Zastygłem - najpierw dosłownie, fizycznie - moje barki zesztywniały, palce zacisnęły się na butelce tak mocno, że aż poczułem mikroskopijne nierówności szkła pod opuszkami. Oparłem łokcie o kolana, splecione dłonie zwisały mi między nimi ciężko, jakby nagle ważyły za dużo, wpatrywałem się w nie przez chwilę, w skórę na kostkach, w stare zadrapania, w drobne blizny, które zawsze tam były, nawet kiedy próbowałem udawać, że przeszłość to coś, co da się zostawić za drzwiami. Przez ułamek sekundy nie mrugnąłem nawet raz, słowa dotarły do mnie, ale mózg potrzebował chwili, żeby je przetrawić, jakby ktoś wrzucił kamień w tryby. Coś we mnie drgnęło, nie gwałtownie - jeszcze nie - raczej jak przy pierwszym, ledwo wyczuwalnym wstrząsie, który zapowiadał trzęsienie ziemi.
- …co? - Wydusiłem w końcu głupio, bo mózg potrzebował jeszcze sekundy, żeby nadążyć, głosem niższym, twardszym, zupełnie innym niż wcześniej. Alkohol nadal krążył mi we krwi, ale to nie on sprawił, że nagle zrobiło mi się gorąco, to był instynkt, ten sam, który kiedyś kazał mi się odsunąć, nawet jeśli o pół kroku za późno. Odstawiłem butelkę na podłogę z większą siłą, niż było trzeba, nalewka chlupnęła, ale miałem to gdzieś. - Kulwa… - Wyrwało mi się, zanim zdążyłem to powstrzymać. To nie było przekleństwo rzucone w przestrzeń, to było stwierdzenie faktu - to był ten moment, w którym coś, co było zamknięte, opisane w głowie jako dawne i martwe, nagle dostało kontur teraźniejszości, stanowczo zbyt wyraźny. W głowie zaczęły mi się przewijać kolejne obrazy - sceny, które kiedyś ignorowałem albo racjonalizowałem, kontrola podszyta „troską”, zazdrość ubrana w miłość, przekraczanie granic jako dowód zaangażowania.
Każde kolejne zdanie dokładało cegiełkę do wzoru, którego wcale nie chciałem oglądać, ale który - z brutalną precyzją - zaczynał się składać w jedną całość. List, przypadkowe spotkanie, próba „pogodzenia się”, pożary jako pretekst - objawienie, katharsis, potrzeba zamykania rozdziałów - klasyczne, do bólu klasyczne. Zawsze ten sam schemat - znaleźć szczelinę, wejść, sprawdzić, czy wciąż da się coś poruszyć. Adelais zawsze taka była, zawsze, nawet kiedy jeszcze próbowałem wmówić sobie, że „to skomplikowane”, „ona ma trudny charakter”, „to kwestia temperamentu”, gówno prawda, ona po prostu potrzebowała kontroli. Potrzebowała wiedzieć, że ma wpływ, potrafi wejść komuś do głowy, do życia, rozjebać je i wyjść bez zadrapania, to nie była przeszłość, która pukała do drzwi z sentymentu, to był ktoś, kto nie znosił, kiedy drzwi są zamknięte.
Odchyliłem się mocniej, wbijając wzrok w sufit, biorąc kilka głębokich oddechów, ale to nie przyniosło ulgi, w środku aż mnie skręcało. Potarłem kark, ignorując chrupnięcie, gdy zbyt mocno nim poruszyłem, ale zdecydowanie zbyt wyraźnie czując, jak napięcie zbiera mi się u podstawy czaszki. Gdzieś z tyłu głowy pojawiła się ta stara, dobrze znana reakcja - instynkt, automatyzm, ale tym razem nie mogłem, nie chciałem, postąpić impulsywnie.
- Nie - powiedziałem natychmiast - to nie jest „chyba”. - Czułem, że jeśli tego nie nazwę wprost, pozwolę, żeby to zabrzmiało jak „szkolne animozje” albo „była złośliwa”, to stanie się dokładnie to, czego najbardziej nie chciałem - zbagatelizujemy coś, czego bagatelizować nie wolno. Przeciągnąłem dłonią po karku, a potem, zupełnie odruchowo, pojechałem palcami niżej, do miejsca tuż pod obojczykiem, gdzie skóra była nierówna, blizna była stara, jasna, ale nadal wyczuwalna pod skórą. - Widzisz to? - Zapytałem, odsuwając koszulę na tyle, żeby było ją widać - nie była wielka, poszarpana linia, jak po złym cięciu. - Naplawdę nie wiem, o co jej chodzi - dodałem ciszej, ale to ciszej wcale nie było spokojniejsze - nie wiem, co ona sobie telas wklęsiła. Nie wiem, czego chce. - Przyznałem wprost. - Nie mamy ze sobą nic wspólnego od ponad dekady, Pluey, nic. - Zaznaczyłem. - Zelo kontaktu, zelo jakichkolwiek powiązań. Podpisałem papiely, zamknąłem temat, wyciąłem ją z szycia tak dokładnie, jak tylko się dało. - Pokręciłem głową, wolno, ciężko, jakbym próbował strząsnąć z niej czyjeś ręce - ten typ złości we mnie nie był krzykliwy, nie był teatralny, to było to skupione wkurwienie, które pojawia się wtedy, kiedy coś przestaje być wspomnieniem, a zaczyna być zagrożeniem.
„Ona tu jest” - to zdanie odbijało się we mnie echem. Nie dlatego, że było głośne - wręcz przeciwnie - tylko dlatego, że było całkowicie sprzeczne z tym, co sobie poukładałem. Z tym, co uznałem za zamknięte. Z tym, co przez lata trzymałem w szufladzie z napisem „nie dotykać, bo nie trzeba”. Tak, jakby ktoś znów próbował wciągnąć mnie w rozmowę, z której wyszedłem lata temu, świadomie, z premedytacją, zamykając za sobą drzwi i zasuwając wszelkie możliwe zasuwki. Zrobiło mi się lodowato w karku, tak nagle, jakby ktoś otworzył okno w środku zimy. Wpatrywałem się w butelkę w mojej dłoni, w ciemny płyn, który nagle wydał mi się zbyt klarowny, zbyt spokojny jak na to, co właśnie zaczynało się we mnie osadzać. Przesunąłem dłonią po udzie, nerwowo, sprawdzając, czy nadal jestem na miejscu, w tym pokoju, w tym domu, a nie gdzieś indziej, w innym czasie. Patrzyłem przed siebie, ale przestałem widzieć dywan, zamiast tego pojawiły się obrazy, krótkie, niechciane, jak migawki z aparatu - Chicago, chłodne światło, wyraz twarzy tej kobiety, ten specyficzny sposób, w jaki potrafiła mówić rzeczy pozornie spokojnie, a jednak tak, żeby pod spodem zawsze było napięcie, kontrola, zawłaszczanie. Widziałem mokry, śliski chodnik, ale to, co przyszło zaraz po nim, gdy znowu mrugnąłem i wróciłem do chwili obecnej, było zaskakująco puste - żadnego skoku serca, żadnego impulsu, tylko nadal tamto głuche, ciężkie „kurwa”.
- Ona cię nie skszywdzi. - Powiedziałem wreszcie, twardo. - Nigdy więcej. - Nie była to obietnica rzucana na wiatr, to było stwierdzenie faktu, jeszcze zanim fakt się wydarzył. - Jeśli myśli, sze pozwolę jej kręcić się wokół nas, pisaś listy, demolowaś mieszkania i udawaś, sze to wszystko przez emocje… - Urwałem, parskając krótko. - To się, kulwa, myli. - Przełknąłem ślinę, ręka, którą trzymałem na kolanie, zacisnęła się w pięść, paznokcie wbiły mi się w skórę, zauważyłem to dopiero po chwili. Czułem wstyd i gniew, ten specyficzny, lepki rodzaj, który pojawia się, gdy orientujesz się, że twoja przeszłość wyciągnęła po kogoś ręce, zanim zdążyłeś ją uprzedzić - coś, co było twoje, twoim błędem, twoim syfem, przeszło obok osoby, którą chcesz chronić. Przejechałem dłonią po twarzy, mocno, aż skóra zapiekła, potem po włosach, roztrzepując je jeszcze bardziej, odchyliłem podbródek i zamknąłem na moment oczy, wypuściłem powietrze nosem, długo, ciężko.
Przez chwilę tylko kręciłem głową, powoli, ciężko, jak ktoś, kto wiedział, że odpowiedź nie będzie ani ładna, ani mądra. Alkohol, który wcześniej pomagał rozplątywać język, teraz tylko rozgrzewał krew, przyspieszał puls, sięgnąłem po butelkę i napiłem się bez ceremonii, długim łykiem, jakby to mogło coś wypalić od środka.
- Widzisz. - Mruknąłem, świadomy tego, że też bym sobie teraz chętnie dał w mordę, ale to by niewiele zmieniło. - Debil. - Parsknąłem krótko, bardziej nosem niż śmiechem - coś stanęło mi w gardle i nie wiedziało, czy ma wyjść dźwiękiem, czy przekleństwem - to nie było oburzenie ani urażona duma, raczej zmęczone przyznanie racji, z tym specyficznym posmakiem goryczy, kiedy wiesz, że ktoś mówi prawdę, ale ta prawda jest spóźniona o dekadę. Słowo nawet mnie nie ubodło - było zbyt celne, żeby się z nim kłócić, ono po prostu opisywało stan faktyczny, tylko że bardzo skrótowo.
Opuściłem wzrok, znowu na dywan, na bezsensowny wzór, który nagle wydał mi się strasznie absorbujący, łatwiej było patrzeć tam niż na nią, kiedy wiedziałem, że miała rację. Nie w całości, ale w wystarczającym stopniu.
- Byłem debilem. - Powiedziałem w końcu jeszcze raz, inaczej niż wcześniej, bez emfazy, bez żadnej finezji, bardziej jak stwierdzenie faktu niż samobiczowanie. - Naplawdę. Selio. Nie ma tu co pudlowaś. - Przetarłem dłonią kark, aż skóra mnie zapiekła. - Nie pseplasaj mnie. Nie potszebuję, szebyś mnie głaskała po głowie. - Dodałem, zanim zdążyła się cofnąć w tym swoim odruchu łagodzenia wszystkiego. - Selio. Mówiłem, sze chcę usłysześ, co naplawdę myślisz. - Oparłem dłonie o kolana, palce rozjechały mi się bez sensu, jakby nie wiedziały, gdzie mają się zaczepić. Zawiesiłem głos, bo w głowie odezwało się coś starego, znajomego. - To nie było tak, sze nie widziałem. - Powiedziałem po chwili, wolniej, czułem, że jeśli zaraz nie powiem tego jasno, to sam zacznę to trywializować, a na to nie było miejsca. - Widziałem. Widziałem wszystko to, co ty widziałaś, co widzieli inni. Tylko… - Urwałem, szukając słów, które nie brzmiałyby jak tanie usprawiedliwienie. Patrzyłem w podłogę, jakby mogła mi coś podpowiedzieć, ale oczywiście nie podpowiadała niczego. - Wtedy to nie miało dla mnie takiego znaczenia. - Przełknąłem ślinę. - Wiesz… - Wypuściłem powietrze nosem. - To nie było tak, sze ja wtedy oceniałem ludzi w kategoliach „dobly–zły”. Ja oceniałem ich w kategoliach „zostaje–ucieka”. - Uniosłem kącik ust w czymś, co nawet nie próbowało być uśmiechem. - Ona była. - Westchnąłem ciężko, jakby to jedno zdanie ciągnęło za sobą całą resztę, której nigdy nie chciałem mówić na głos. - Była. - Ująłem to krótko, jak fakt, jak coś oczywistego. Na tamtym etapie naprawdę potrzebowałem kogoś, kto by się nie spłoszył, kto by powiedział „zostaję” i faktycznie został, nawet wtedy, gdy wypychałem go przez drzwi. - I to wystalczyło. Miało wszystkie te elementy, któle ludzie potem opisują jako „buszliwe początki”. - Podniosłem butelkę, upiłem łyk, skrzywiłem się lekko, przesunąłem językiem po dolnej wardze. W tamtym czasie nie umiałem odróżnić „nie cofa się” od „przekracza granice”, nie widziałem, że dla niej to nigdy nie było „zostaję, bo cię kocham”, tylko „zostaję, bo cię mam”. - Nie byłem ugodowy, nie „biedny chłopiec do uratowania”. Byłem wledny, aglesywny, plowokujący, sama wiesz. Pchałem ludzi do ściany, żeby splawdzić, czy pękną. - Przesunąłem dłonią po twarzy, czując szorstkość zarostu, i spojrzałem na Prue uważnie, jakbym chciał się upewnić, że naprawdę mnie słuchała. To nie było coś, z czego byłbym kiedykolwiek dumny, to nie było tak, że ja tam byłem ofiarą, a Alice katem, to był syf w obie strony. Presja, konfrontacja, „robimy z ciebie lepszą wersję, czy chcesz czy nie” - znałem to aż za dobrze, to pachniało jak związek, smakowało jak związek, to całe „my przeciwko światu”, to, że  „jesteśmy jedynymi, którzy się naprawdę rozumieją, że reszta jest głupia albo słaba” - to jest cholernie kuszące, kiedy jesteś młody i pogubiony, a nikt ci wcześniej nie powiedział, że można być razem i nie żyć w stanie ciągłego oblężenia. Wtedy myślałem, że tak to właśnie wygląda, związek musi boleć, musi być intensywny, musi być walką, bo inaczej to nie jest „prawdziwe”. Dopiero z perspektywy czasu dostrzegłem, że to było po prostu powielenie znanych wzorców, tyle że ja nie byłem dzieciakiem w domu, tylko dorosłym chłopakiem, który wszedł w coś, co wyglądało jak wybawienie, a było tylko inną wersją tego samego gówna.
- Mogliśmy się pokłóciś, mogłem spieldoliś coś konceltowo, mogło byś źle… A ona wlacała. Stała w kolytaszu, pisała, szukała mnie, jakby nic się nie stało. - Pokręciłem głową. - Więc ja lobiłem to samo. - Nie było w tych słowach nic łagodzącego okoliczności, sama prawda. Im bardziej ją odpychałem, tym mocniej wracała, wchodziła we mnie jak taran, zadawała pytania, których nienawidziłem, wytykała mi rzeczy, których nie chciałem widzieć. Wyciągała tematy, których nie chciałem dotykać, a potem była, i ja to uznałem za coś w rodzaju lojalności, którą należało odwzajemnić. Byłem tak cholernie zmęczony ciągłym znikaniem ludzi, że nie potrafiłem odróżnić „zostaję” od „wiążę cię na krótkiej smyczy”. Krzyk, nacisk, emocjonalny szantaż, mieszanie czułości z atakiem… To była ta sama melodia, ta znana, wyciągnięta z domu, chociaż obrócona rolami, prawda była taka, że dalej funkcjonowałem w tym samym schemacie, tylko ładniej opakowanym i bardziej osobistym.
- Wtedy… - Zacząłem i urwałem, bo to „wtedy” było jak studnia bez dna. Wziąłem łyk nalewki, alkohol palił, ale potrzebowałem tego oparcia, tej sekundy ciszy. - To nie było tak, sze ja patszyłem i widziałem „o, idealna kandydatka na szonę”. - Zaśmiałem się krótko, gorzko. Wzruszyłem ramionami, ale to był pusty gest, bez lekkości. - Mój staly całe szycie pieldolił, sze jestem za miękki, potszebuję twaldej lęki. - Zaciągnąłem się powietrzem, szczęka mi stwardniała. - Tszeba mnie „ufolmowaś”, „ułoszyś”, dotlesowaś, docisnąś kolanem do ziemi, asz pszestanę fikaś. Bes tego nic ze mnie nie będzie. Jak mnie nikt nie ustawi do pionu, to się losleję jak gówno po chodniku. - Te słowa nie bolały, przychodziły najbardziej gładko ze wszystkiego, co dziś padło.
I nagle pojawia się ktoś, kto się nie cofa, kto cię dociska do ściany, kto nie odpuszcza nawet wtedy, kiedy jesteś nie do zniesienia, kto mówi ci prosto w twarz, że jesteś chujem… I zostaje.
- Mogłem ją odepchnąś. Mogłem byś chamski, zamknięty, nieobecny, mogłem lobiś wsystko to, co lobiłem najlepiej, kiedy nie wiedziałem, co zlobiś s dlugim człowiekiem… A ostatecznie i tak „potlafiliśmy się zlozumieś”. Kłótnia? Awantula? Cisza pszes tydzień? Tszy miesiące pszelwy? - Zamilkłem na moment, jakbym sam sobie to jeszcze raz układał w głowie, chociaż wcale nie potrzebowałem tego robić. Wszystko doskonale pamiętałem, nawet jeśli nie miało dla mnie już żadnego realnego znaczenia w kontekście tamtej osoby.
„Ja wiem lepiej, czego ci trzeba, by się ogarnąć”, jakby mówiła tym samym językiem, tylko innym głosem, niż znałem na poziomie fundamentalnym. Punktowała mnie, opierdalała, zadawała te swoje chore, wkurwiające pytania, a potem zostawała, a ja byłem tak przyzwyczajony do tego, że ludzie odchodzą, że samo „zostaję” wystarczało, żebym przestał zadawać resztę pytań. Nie myślałem wtedy „o, ale to chore”, myślałem „aha, tak to działa”, ktoś zostaje, nawet jak jesteś nie do zniesienia, ktoś cię nie puszcza, nawet jak warczysz, żeby dał spokój.
Była dowodem na coś przeciwnego niż to, co sobie przyjąłem - fałszywym, pojebanym dowodem, ale jedynym, jaki miałem, jedyną osobą, poza chłopakami, która nie zniknęła, jedyną dziewczyną, która słyszała „odejdź” i odpowiadała „nie”.
Przesunąłem kciukiem po ręcznie napisanej etykiecie, odklejającej się w jednym rogu, jakby to była jedyna rzecz na świecie, która wymagała teraz mojej uwagi. Problem polegał wtedy na tym, że jak wychowujesz się w przemocy, to twój kompas jest rozjebany - myli ci się intensywność z bliskością, kontrola z troską, zazdrość z miłością. Bałem się zrobić cokolwiek „na serio”, bo jedyne, co znałem z domu, to było, że bliskość kończy się przemocą albo ciszą tak gęstą, że można się w niej udusić, to było myślenie dzieciaka, który pierwszy raz w życiu widzi, że ktoś go nie puszcza, nawet kiedy on sam próbuje się wypchnąć za drzwi. Zawsze, kiedy to sobie przypominałem, miałem wrażenie, że to był powrót do jakiegoś pierwotnego, zwierzęcego mechanizmu przetrwania. Nie myślałem wtedy kategoriami „czy to dobre”, „czy to zdrowe”, „czy to normalne”, myślałem tylko „zostaje czy zostawia”. Nie widziałem tego, co później zobaczyłem absurdalnie jasno - tego, że to nie było „chcę ciebie”, tylko „nie pozwolę ci odejść”, chodziło o to, żeby ktoś był jej na zawsze - wtedy wydawało mi się to… Czymś dobrym, dowodem, potwierdzeniem, że jednak nie jestem do wyrzucenia.
Jedna z najważniejszych dla mnie osób w pewnym momencie odpuściła, wiedziałem dokładnie, dlaczego. Znałem każdy powód, każdą konsekwencję, każdą decyzję, którą wtedy podjęła, bo zachowałem się tak, nie inaczej, ale nie zmieniało to faktu, że kiedy się wycofała, coś we mnie pękło. Została dziura, której nie umiałem nazwać, a tym bardziej załatać. Próbowałem jeszcze wtedy pisać te pieprzone listy, głupie, chaotyczne, pełne rzeczy, ale niczego istotnego, nadal bez tych, których nie umiałem powiedzieć na głos - to była moja wina, bezsprzecznie, ale byłem zagubiony, tęskniłem, jednocześnie bałem się jak cholera, że ją skrzywdzę, zrobię coś źle, powtórzę schematy z domu, nawet nie zauważając, kiedy to się stanie.
A kiedy ona się zdystansowała, mój mózg zrobił to, co robił zawsze - uznał to za dowód, że „ktoś na zawsze” nie jest dla mnie, bliskość kończy się zawsze tak samo. Dla mnie to nie było „ona dba o siebie”, tylko „widzisz, nawet ona nie daje rady”. I wtedy była Alice. Adelais. Nie jako nagroda pocieszenia, tylko jako jedyna dziewczyna - jedyna osoba, poza moimi przyjaciółmi - która nie odsunęła się nawet wtedy, gdy dosłownie kazałem jej się odpierdolić. Raz. Drugi. Setny. Wracała, konfrontowała się, patrzyła mi w oczy i mówiła „nie”. Nie chodziło o seks, nie chodziło o pożądanie - byłem młody, jasne, pełen hormonów, ale to nie było to - chodziło o to, że nie zostawiła mnie w spokoju, nie dała mi tego komfortowego potwierdzenia, że jednak wszyscy w końcu odchodzą.
- W mojej głowie to znaczyło, sze jej zaleszy. - Prychnąłem cicho, podniosłem butelkę, ale tylko ją obróciłem w dłoniach, nie pijąc. - A ja byłem tak kulewsko pszyzwyczajony do tego, sze ludzie znikają albo lobią się zimni, sze sama obecność wydawała się… Właściwa. - Byłem debilem, nie zaprzeczałem, ale to nie było „oślepienie urodą”.
Nie ruszyłem się nawet o centymetr, chociaż moje ciało samo chciało odsunąć się dalej, znaleźć więcej przestrzeni, jakby metr dystansu mógł coś zmienić. Opierałem plecy o kanapę, czując jej krawędź między łopatkami - była twarda, stabilna, co było ironiczne w tym momencie - lubiłem rzeczy, które się nie uginały. Kiedy trafiłem na kogoś, kto się ze mną konfrontował, kto nie ustępował, kto wchodził ze mną w zwarcie… Mózg zrobił skrót. Nie byłem ugodowy, byłem trudny, straszny momentami, pchałem ludzi, testowałem ich, sprawdzałem, ile wytrzymają, ona… Odpowiadała tym samym językiem. Krzyk na warkot. Presja na presję. Kontrola na kontrolę. To było chore, ale jednocześnie… Znajome, znałem ten schemat, wiedziałem, jak się w nim poruszać, tyle że wygodnie pomijałem fakt, iż przez większość czasu to nie było „stawianie granic”, to było przepychanie się o władzę. A ja, wychowany na tym, że jak ktoś cię dociska, to znaczy, że mu zależy… Uznałem to za coś normalnego.
Przypomniałem sobie tamto lato, jedno z wielu, po których wracałem do szkoły jak ktoś, kto ledwo trzyma się w całości, to właśnie wtedy wydarzyła się tamta sytuacja, jedna z tych, które pamiętało się całe życie, nawet jeśli bardzo by się chciało je wymazać. Machnąłem jednak ręką - nie odwołując się do niczego, nawet jeśli przez moją twarz z pewnością przebiegł grymas - jakby to było coś drugorzędnego. A to przecież właśnie to przesądziło o wszystkim - zobaczyła coś więcej niż tylko wkurwionego, aroganckiego gówniarza, zobaczyła mój stan, mimo to… Nie puściła. W końcu wszystko jej wyrzygałem, cały syf, każdy fragment, którego wcześniej nikomu nie powiedziałem, a ona została. Chuj, że później grała tym przeciwko mnie, wtedy myślałem, że potrzebuję konfrontacji, kogoś, kto się nie spłoszy, nawet gdy jest brzydko, nawet gdy wszystko jest źle, bo sam też ma grubą skórę, więc tak - byłem debilem, gnojkiem, kawałem kutasa, ale byłem też przerażonym dzieciakiem, który bardzo potrzebował, żeby ktoś powiedział „zostanę” i rzeczywiście został, chciałem tego, naprawdę tego chciałem. Dlatego, kiedy Prue zaczęła mówić o domu, o możliwości zmiany, o rozwiązaniach - słuchałem, ale jednocześnie miałem wrażenie, że mówimy o dwóch różnych rzeczach. Wiedziałem, że nie chodziło tylko o metry kwadratowe, o ściany, o przestrzeń. Chodziło o to, co ten dom symbolizował - o pytania, które zadawał samą swoją obecnością.
Dom dla rodziny.
Dom, który mógłby być pełen życia.
Dom, który dziś wydał się za duży.
Wierzyłem Prue, chciałem jej wierzyć, ale miałem w sobie za dużo syfu, żeby udawać, że to proste. Kiedy mówiła o świecie, z którego pochodzę, o układach, o rodzinach tworzonych dla zysku - nie zaprzeczałem - miała rację, widziałem to na własne oczy. Widziałem dzieci wychowywane jak projekty, nie jak ludzi. Widziałem małżeństwa, które były kontraktami, widziałem frustrację, przemoc, ambicje, które zjadały wszystko dookoła. Chciałem być inny, naprawdę chciałem, nie powielać ich błędów - nie być ojcem jak mój ojciec, nie być mężem jak mężowie, których znałem, nawet jeśli miałoby się okazać, że to wszystko to jedna wielka życiowa pomyłka.
Przez moment siedziałem w ciszy, słuchając słów o braku oczekiwań, z tym specyficznym napięciem pod skórą, jakby każde z nich musiało się najpierw przebić przez warstwę starych odruchów, zanim w ogóle do mnie dotrze. Nie prostowałem jej, nie przerywałem. Nie miałem w sobie potrzeby kontrargumentów, list, warunków brzegowych. Raczej coś odwrotnego - dziwne, niekomfortowe uczucie, że ktoś właśnie nie stawia mi zadania, a ja i tak stoję jak przed egzaminem. Czułem się jak ktoś, kto potrafił łamać klątwy, zabijać bestie i stawiać pieczęcie, ale kompletnie nie ogarniał, jak być z kimś, kto nie chce go ani kontrolować, ani porzucić.
- Nie musisz… - Zacząłem, ale urwałem, nie wiedziałem, co właściwie chcę powiedzieć - że nie musiała się tak starać? Jakby to zależało ode mnie, nie od jej charakteru, bycia dobrym człowiekiem, intuicji i instynktu - yhy, jasne, ta. Mówiła o cierpliwości, a ja czułem lekkie ukłucie w piersi. Ona miała jej w sobie za dużo. Ja - zdecydowanie za mało. A jednak była gotowa pracować nad czymś, czego nie rozumiała do końca, tylko dlatego, że mnie kochała. To było… Obce. Zupełnie tak jak ten dom, który był cichy w sposób działający mi na nerwy, bo cisza potrafiła być gorsza niż hałas, w ciszy słychać było własne myśli. Oddychałem wolniej, świadomie, czułem ciężar w ramionach, w karku, to znane zmęczenie, które pojawiało się zawsze, gdy rozmowa dotykała czegoś prawdziwego. Palce lewej dłoni zacisnęły się odruchowo na kolanie, jakby szukały oparcia. Prawą trzymałem luźno, zawieszoną w powietrzu, jeszcze niepewną.
Słowa o szczerości nie przyniosły ulgi, nawet jeżeli zamierzałem być szczery, przyniosły… Dezorientację. Poczułem ciężar w klatce piersiowej, ten sam, który czułem jako dzieciak, kiedy ojciec mówił „porozmawiajmy”. Przeszłość zawsze mieszała, czasem po cichu, czasem brutalnie, uczyła ludzi patrzeć dwa razy, słuchać uważniej, nie ufać od razu, wątpić, zanim jeszcze coś zdążyło się wydarzyć. „Nie mam oczekiwań” brzmiało podejrzanie, gdy przez większość czasu słyszało się „zrób to źle, a wylecisz”, „nie spełnisz, to zostaniesz sam”.
Przełknąłem ślinę, cicho, prawie niezauważalnie, dopiero wtedy pozwoliłem sobie na ruch. Powoli, naprawdę powoli, uniosłem ramię - bez gwałtowności, bez gestu „chodź tu”, bez nacisku - otwartą dłoń trzymając wnętrzem do góry. Zanim to zrobiłem, spojrzałem na nią krótko, kątem oka, próbując zapamiętać ten moment - to, że ktoś mówił do mnie w ten sposób, bez warunków, bez listy punktów do zaliczenia, bez „jeśli” i „ale”. Później znowu odwróciłem wzrok, wgapiając się w podłogę. W drewnianych deskach była rysa, której wcześniej nie zauważyłem - długa, cienka, jakby ktoś przeciągnął po niej ostrzem - skupiłem się na niej, bo łatwiej było patrzeć na coś martwego niż na kobietę, która właśnie została wmieszana w coś, co nigdy nie powinno było się wydarzyć.
Moje ramię zatrzymało się w pół drogi, stabilne, ale nienachalne. To było bardziej zaproszenie niż decyzja, jakby w każdej chwili mogła się wycofać, a ja musiałbym to przyjąć. Odruchowo rozluźniłem palce - nie patrzyłem jej w oczy, kiedy to robiłem, wpatrywałem się gdzieś obok, w przestrzeń między nami, jakby to było bezpieczniejsze, jakbym nie chciał jej stawiać w sytuacji, w której musiała odpowiedzieć od razu. Nie powiedziałem ani słowa, nie dlatego, że nie miałem nic do powiedzenia - tylko dlatego, że pierwszy raz od bardzo dawna nie chciałem niczego dopowiadać. Jeśli zechciała, mogła się wsunąć pod to ramię, jeśli nie - też w porządku - to był cały sens tego gestu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (27689), Prudence Fenwick (14989)




Wiadomości w tym wątku
[12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 13.01.2026, 19:55
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 13.01.2026, 21:31
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 14.01.2026, 02:06
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 14.01.2026, 10:26
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 14.01.2026, 16:00
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 14.01.2026, 18:30
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 14.01.2026, 22:16
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 14.01.2026, 23:11
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 15.01.2026, 18:16
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 15.01.2026, 21:12
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 18.01.2026, 05:00
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 24.01.2026, 23:38
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 26.01.2026, 04:38
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 26.01.2026, 13:52
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 28.01.2026, 02:26
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 29.01.2026, 20:23
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 30.01.2026, 22:07

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa