- Ty jednak wydajesz się o wiele lepiej znosić towarzystwo - uśmiechnął się ledwo zauważalnie. Zawsze wydawała mu się posiadać odpowiednio więcej ogłady, jeśli chodziło o wszelkiego rodzaju zgromadzenia. Wydawała się jakby była ponad wszystkim, co działo się dookoła niej, ale pełno było w tym elegancji i jakiejś aury tajemniczości, która pewnie przyciągała do niej niejedną osobę, zamiast zwyczajnie odpychać. Jemu brakowało tego uroku. Mógł być w miarę przystojny, ale jego dziwaczność robiła swoje już przy pierwszym spojrzeniu. Zwierzęce cechy wyglądu nie sprzyjały początkowej sympatii, a kiedy już ktoś zdecydował się podejść, zwykle witała go mrukliwość albo uwag rzucane wprost i suchym tonem. To nawet nie było tak, że Levi nie potrafił mówić ładnie i biorąc pod uwagę konwenanse, ale zwyczajnie tego odmawiał. Drażniła go ta nieustanna gra w kotka i myszkę, kręcenie się dookoła tematu i próba owinięcia sobie drugiej osoby dookoła palca.
- Zdecydowanie za małą - mruknął jeszcze, przeczesując włosy palcami w jakimś swobodnym geście, ale myśli plątały się powoli w okolicach łusek, które powoli, z każdym dniem, tygodniem i miesiącem, połykały coraz to kolejne partie jego skóry. Proces był powolny, ale nie mógł zaprzeczyć że postępował. Nie, kiedy tak obsesyjnie go pilnował i śledził jego rozwój.
- Gdyby interesowały mnie domysły i interpretacje, nie mówiłbym o tym tobie - odpowiedział powoli, zerkając na nią przelotnie, zanim na nowo nie wrócił do obserwowania krzewów, które znajdowały się przed nimi. Pozwolił jej mówić, nie przerywając jej w żadnym momencie, nawet jeśli na moment spiął się w sobie, słysząc wzmiankę o lękach, winy i ciężkim sumieniu. Może to ostatnie powinno mu ciążyć, szczególnie po Spalonej Nocy, ale nie było niczego takiego. Ogień oczyścił to, co tego wymagało, nawet jeśli rzucony był z jego różdżki z tak katastroficznymi skutkami. Strata... cóż... skłamałby, gdyby nie powiedział, że w pewien sposób brakowało mu brata. Był... inny niż on, ale wcale nie znaczyło to że był gorszy. Dobry w swojej pracy, dobry dla swojej narzeczonej. Dobry dla rodziny. Ale Macmillan? Za nią w ogóle nie tęsknił i jedyne czego żałował to kłopotów, jakich ich związek przysporzył.
- Czemu nie - podsumował, prostując się na swoim miejscu i lekko przekręcając w jej stronę. Jeśli chciała go badać, to nie zamierzał jej powstrzymywać. - Szczerze myślałem, że może skoro pracujesz w Departamencie Przestrzegania Prawa, to jakiś brygadzista albo auror dzielił się z tobą podobną sprawą. Równie dobrze mógłby to być jakiś prześladowca albo palant, który próbuje zdziałać coś dostając się do snów. Bo nie czuję, żebym był chory. Ale cóż, nie ja jestem lekarzem.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast