28.01.2026, 15:30 ✶
Myślał, że to już był koniec. Najgorzej, że nie zdołałby nawet pomyśleć o czymś wzniosłym przed śmiercią, posłać finalnej modlitwy do Matki ani wypowiedzieć najgłębszej prawdy tyczącej się jego życia. Kiedy lina oplatała mu szyję, każde słowo bolało, a myśli skupiały się tylko wokół przetrwania. Wydawało się to zbyt prawdziwe jak na sen.
Wtedy właśnie lina pękła. Jego stopy uderzyły o ziemię. Krtań nadal miał ściśniętą, ale przynajmniej mógł oddychać. Ledwo trzymał się na nogach, więc przez moment oparł się rękami o własne kolana. Szyja strasznie piekła go w miejscu, w którym lina obtarła mu skórę. Wtem wyprostował się, podbiegł do Brenny, która o wiele lepiej radziła sobie z obronnymi zaklęciami. Tajemniczy mężczyzna zdążył uciec w mrok. Tylko czekać, aż znowu zaatakuje. Jak to mówią? Do trzech razy sztuka? Być może następnym razem Brenna nie miała go odratować...
– Obudzić się? Jak? – jęknął bezsilnie, rozglądając się za jakimiś wrotami do świata jawy. Nie miał nawet jak porozumieć się z tamtą rzeczywistością. Potem jednak spojrzał w dal, na dom rodzinny. – Chwila... skoro zasnąłem w moim rodzinnym domu, to może tam powinienem szukać pobudki?
Nie miał pojęcia, czy to zadziała, ale właściwie... jakie inne opcje mieli w zanadrzu? Mógł jeszcze umrzeć we śnie i obudzić się na jawie, ale... ten sen nie był normalny. Różnił się znacząco od pozostałych marzeń sennych, które Robert miewał na co dzień. Był bardziej rzeczywisty, wyraźniejszy, a obecność Brenny nie wydawała się wytworem jego własnego umysłu.
Podążyli w stronę rezydencji Crouchów. Droga jakby się skróciła w stosunku do tej prawdziwej. Normalnie szliby około pół godziny. Teraz jednak wydało się to szybkie, niemal chwilowe. Jakby ktoś przewinął taśmę do przodu.
– A propos przemówienia... – zaczął Robert, gdy zatrzymali się przed drzwiami do domu. – Cieszę się, że ci się podobało. Pocieszające jest, że są jeszcze wśród czystokrwistych czarodziejów ludzie dobrej woli.
Po tych słowach uchylił drzwi. To, co za nimi ujrzał, zmroziło krew w jego żyłach.
Podłoga holu spłynęła krwią. Dominowały zapachy metalu i zgnilizny. Wydawało się, że meble spróchniały, zaczęły się rozkładać, porosły pleśnią. Wszystko było zniszczone, porozrywane na kawałki, porozrzucane dookoła. Jednak najgorsze czaiło się pod sufitem, na kandelabrze. Robert zasłonił dłonią usta, poczuł zaciskające się w piersi serce. Na metaliczną lampę nabici byli jego rodzice. Ich krew spływała ciurkiem na podłogę.
– Oto, co stanie się i z tobą – usłyszał głos dobiegający... tak naprawdę nie wiadomo skąd. Zewsząd. Był zimny, gładki, nieludzki.
A potem ukazał się im zabójca. Jego dziwaczną twarz pokrywała teraz krew, a uśmiech wydawał się jeszcze groźniejszy niż wcześniej. Pustka w oczach czyniła go jeszcze bardziej wyrachowanym, a jego działania kompletnie nieodgadnionymi.
Robert wyciągnął w jego stronę różdżkę, ale na próżno. Mężczyzna ruszył w jego kierunku z nienaturalną prędkością. W ręku trzymał butelkę czegoś dymiącego i jasnozielonego.
Kwas. Oczywiście. Doskonała broń na polityka.
Wtedy właśnie lina pękła. Jego stopy uderzyły o ziemię. Krtań nadal miał ściśniętą, ale przynajmniej mógł oddychać. Ledwo trzymał się na nogach, więc przez moment oparł się rękami o własne kolana. Szyja strasznie piekła go w miejscu, w którym lina obtarła mu skórę. Wtem wyprostował się, podbiegł do Brenny, która o wiele lepiej radziła sobie z obronnymi zaklęciami. Tajemniczy mężczyzna zdążył uciec w mrok. Tylko czekać, aż znowu zaatakuje. Jak to mówią? Do trzech razy sztuka? Być może następnym razem Brenna nie miała go odratować...
– Obudzić się? Jak? – jęknął bezsilnie, rozglądając się za jakimiś wrotami do świata jawy. Nie miał nawet jak porozumieć się z tamtą rzeczywistością. Potem jednak spojrzał w dal, na dom rodzinny. – Chwila... skoro zasnąłem w moim rodzinnym domu, to może tam powinienem szukać pobudki?
Nie miał pojęcia, czy to zadziała, ale właściwie... jakie inne opcje mieli w zanadrzu? Mógł jeszcze umrzeć we śnie i obudzić się na jawie, ale... ten sen nie był normalny. Różnił się znacząco od pozostałych marzeń sennych, które Robert miewał na co dzień. Był bardziej rzeczywisty, wyraźniejszy, a obecność Brenny nie wydawała się wytworem jego własnego umysłu.
Podążyli w stronę rezydencji Crouchów. Droga jakby się skróciła w stosunku do tej prawdziwej. Normalnie szliby około pół godziny. Teraz jednak wydało się to szybkie, niemal chwilowe. Jakby ktoś przewinął taśmę do przodu.
– A propos przemówienia... – zaczął Robert, gdy zatrzymali się przed drzwiami do domu. – Cieszę się, że ci się podobało. Pocieszające jest, że są jeszcze wśród czystokrwistych czarodziejów ludzie dobrej woli.
Po tych słowach uchylił drzwi. To, co za nimi ujrzał, zmroziło krew w jego żyłach.
Podłoga holu spłynęła krwią. Dominowały zapachy metalu i zgnilizny. Wydawało się, że meble spróchniały, zaczęły się rozkładać, porosły pleśnią. Wszystko było zniszczone, porozrywane na kawałki, porozrzucane dookoła. Jednak najgorsze czaiło się pod sufitem, na kandelabrze. Robert zasłonił dłonią usta, poczuł zaciskające się w piersi serce. Na metaliczną lampę nabici byli jego rodzice. Ich krew spływała ciurkiem na podłogę.
– Oto, co stanie się i z tobą – usłyszał głos dobiegający... tak naprawdę nie wiadomo skąd. Zewsząd. Był zimny, gładki, nieludzki.
A potem ukazał się im zabójca. Jego dziwaczną twarz pokrywała teraz krew, a uśmiech wydawał się jeszcze groźniejszy niż wcześniej. Pustka w oczach czyniła go jeszcze bardziej wyrachowanym, a jego działania kompletnie nieodgadnionymi.
Robert wyciągnął w jego stronę różdżkę, ale na próżno. Mężczyzna ruszył w jego kierunku z nienaturalną prędkością. W ręku trzymał butelkę czegoś dymiącego i jasnozielonego.
Kwas. Oczywiście. Doskonała broń na polityka.