07.03.2023, 23:21 ✶
- Bardzo dowcipne – burknęła, nawet nie próbując się w tej chwili odgryźć. Niespecjalnie była w nastroju na przerzucanie się słówkami – zresztą, obolałe gardło skłaniało raczej do milczenia niż wyrzucania z siebie coraz to kolejnych słów, byleby tylko wygrać słowną potyczkę.
Szczegół, że to i tak nie było najważniejsze.
Tak samo jak nieważne było to, iż prezentowała się w – jakkolwiek by nie patrzeć – negliżu. Niemniej Cathala znała nie od dziś, to raz, a dwa – to wcale nie tak, skądże znowu, że nie potrafiła przyjąć umówionego (!) gościa w szlafroku, bo się jej zaspało…
Ważne było to, iż sen nie był do końca snem.
Że ktoś miał zdolność wkraczania – sterowania? - do światów, których wrota się otwierały, gdy Morfeusz otulał swoimi skrzydłami. Że mógł sięgnąć z nich – poprzez nie – do świata jak najbardziej rzeczywistego.
Drzwi zamknęły się za plecami Shafiqa, niemalże bezszelestnie, jeśli nie liczyć cichego szczęku mechanizmu. Wsparła się o nie plecami, dłoń uniosła się do gardła – jakby to miało w jakiś sposób pomóc w mówieniu. Cóż, nie pomagało, bo i jak mogło?
- Czyli nie byłeś snem – wychrypiała cicho, stwierdzając coraz bardziej oczywistą oczywistość. Pokręciła głową – cały ten opis mówił jedno wielkie nic, jeśli nie liczyć tego, że widziała go raptem przed jeszcze paroma chwilami.
We własnych snach.
I wiedziała teraz jedno, choć nie przeszło już jej to przez gardło; ale czy naprawdę musiało? Miała u Cathala dług do spłacenia. Zapisany czerwonym atramentem i wiedziała, że kiedyś przyjdzie go spłacić – nawet jeśli Shafiq nie zażąda tego bezpośrednio.
Po prostu: coś takiego nie mogło zostać w jej księdze na wieczność, choćby dlatego, że po prostu tego nie chciała.
- Chciałabym móc powiedzieć, że tak, Cal – odparła powoli – Ale nie. Za to... – urwała, by wziąć głębszy wdech – Nie wiem, możliwe, że on widział mnie. I taką mu klątwę dowalę, że będzie marzył o śmierci – zapowiedziała ponurym tonem. Tak. Czegoś takiego naprawdę się nie odpuszczało; jedyna opcja, jaka wchodziła teraz w grę, to go odnaleźć i najzwyczajniej w świecie udowodnić, że zdecydowanie źle sobie wybrał ofiary.
- Pierdolę, muszę się napić – sapnęła, odbijając się od drzwi i kierując w stronę salonu, dając znać gestem dłoni, żeby szedł za nią – A ty go znasz?
Szczegół, że to i tak nie było najważniejsze.
Tak samo jak nieważne było to, iż prezentowała się w – jakkolwiek by nie patrzeć – negliżu. Niemniej Cathala znała nie od dziś, to raz, a dwa – to wcale nie tak, skądże znowu, że nie potrafiła przyjąć umówionego (!) gościa w szlafroku, bo się jej zaspało…
Ważne było to, iż sen nie był do końca snem.
Że ktoś miał zdolność wkraczania – sterowania? - do światów, których wrota się otwierały, gdy Morfeusz otulał swoimi skrzydłami. Że mógł sięgnąć z nich – poprzez nie – do świata jak najbardziej rzeczywistego.
Drzwi zamknęły się za plecami Shafiqa, niemalże bezszelestnie, jeśli nie liczyć cichego szczęku mechanizmu. Wsparła się o nie plecami, dłoń uniosła się do gardła – jakby to miało w jakiś sposób pomóc w mówieniu. Cóż, nie pomagało, bo i jak mogło?
- Czyli nie byłeś snem – wychrypiała cicho, stwierdzając coraz bardziej oczywistą oczywistość. Pokręciła głową – cały ten opis mówił jedno wielkie nic, jeśli nie liczyć tego, że widziała go raptem przed jeszcze paroma chwilami.
We własnych snach.
I wiedziała teraz jedno, choć nie przeszło już jej to przez gardło; ale czy naprawdę musiało? Miała u Cathala dług do spłacenia. Zapisany czerwonym atramentem i wiedziała, że kiedyś przyjdzie go spłacić – nawet jeśli Shafiq nie zażąda tego bezpośrednio.
Po prostu: coś takiego nie mogło zostać w jej księdze na wieczność, choćby dlatego, że po prostu tego nie chciała.
- Chciałabym móc powiedzieć, że tak, Cal – odparła powoli – Ale nie. Za to... – urwała, by wziąć głębszy wdech – Nie wiem, możliwe, że on widział mnie. I taką mu klątwę dowalę, że będzie marzył o śmierci – zapowiedziała ponurym tonem. Tak. Czegoś takiego naprawdę się nie odpuszczało; jedyna opcja, jaka wchodziła teraz w grę, to go odnaleźć i najzwyczajniej w świecie udowodnić, że zdecydowanie źle sobie wybrał ofiary.
- Pierdolę, muszę się napić – sapnęła, odbijając się od drzwi i kierując w stronę salonu, dając znać gestem dłoni, żeby szedł za nią – A ty go znasz?
360/794