30.01.2026, 02:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.01.2026, 02:25 przez Aaron Andrew Moody.)
"Podwójna zmiana po podwójnej zmianie?" Nie, Aaron już nie robił takich szalonych rzeczy. Głównie dlatego, że związki zawodowe nie pozwalały. Przepisy o bezpieczeństwie i higienie pracy i takie tam... Najwięcej dyżurów obstawiał wtedy, gdy był wiecznie spłukanym młokosem z żoną i dziećmi na utrzymaniu. Praca była wówczas całym jego życiem. Nawet gdy oświadczał, że "wybywa już do domu", wciąż szukał powodu, żeby zostać. Praca dawała mu adrenalinę, praca dawała mu spełnienie, a przede wszystkim, praca dawała mu sens. Nie dziwił się, że Bones wyzywał go od szaleńców. Ale Moody zawsze taki był. Nawet jeżeli był z natury uzdolnionym czarodziejem, uważał, że na nic zdałyby się jego zdolności, gdyby nie przewyższał innych wytrwałością. Zaangażowaniem. Może dlatego lubił, gdy ludzie nazywali go pracowitym. Gdy doceniali to, że się starał, na równi z tych starań efektem. A Moody zawsze się starał, zawsze dawał z siebie wszystko. Pozwolał, żeby definiowało go to, co akurat robił, od performansu uzależniając swoją wartość, a z czasem i swoją tożsamość. A jego tożsamością było działanie. Aaron Moody nie istniał w oderwaniu od tego, co robił.
Na komentarz o czarodziejach dożywających półtora wieku pokręcił tylko głową. Sto pięćdziesiąt lat to było dla niego dużo za dużo. Już sobie wyobrażał wszystkie te zjazdy absolwentów, uroczyste obchody jubileuszów w służbie aurorów... Wiek przydawał autorytetu, wypadałoby więc udawać, że się tam nie nudzi. Tylko że on nie znosił takich spędów. Nazywał je stypami. Niechże sobie dają odświętne ordery, niech wygłaszają przemówienia. Oszukiwali wtedy tylko samych siebie, oswajając się z byciem bezużytecznymi. Nie oszukaliby jednak Aarona. Dla niego pochwały brzmiały jak nieporozumienia, a nagrody jak próby przekupstwa. Aaron nienawidził być bezużytecznym. Nie przerażała go starość, nie bał się nigdy śmierci, ale nie był w stanie znieść bezczynności. Starość wypełniona była ludźmi, którzy mówili, że zrobiłeś dość. Aaron zawsze sądził, że można było zrobić więcej. Jakże aroganckim był w swoich osądach. Jakże ambitnym, nie był nawet świadom, jak bardzo.
Życie pokazało aroganckiemu młodzieńcowi z ambicjami, że się mylił. Można było zrobić wszystko, a wciąż nie było to wystarczającym. Takim już po prostu było życie. Nie każdego dało się uratować, i trzeba było się z tym pogodzić.
Aaron nie umiał się z tym pogodzić. Nie tak do końca. Wiedział, kiedy należało powiedzieć sobie dość, wciąż jednak nie potrafił czuć satysfakcji pozostając w bezruchu. Może dlatego nie lubił myśleć o starości. Z tak wielu powodów nie potrafił bowiem znieść tego, że jako auror ma określoną datę przydatności, a potem... A potem stanie się nieprzydatnym.
– Jakbym miał tyle żyć, to sam bym chyba zdecydował się wyżłopać dzban takiej herbatki z jemioły – rzucił więc sarkastycznie Aaron, wzruszeniem ramion ucinając nieprzyjemne rozważania na temat starzenia się.
Niestety, nie zdążył podzielić się z Lorien ostatnią historyczną ciekawostką, jaką miał na podorędziu. Zwiększona umieralność wśród czarodziejów w wiekach średnich nie była spowodowana piciem herbatki z jemioły. Nie, winą za to należało obarczyć rozsiew trollej opryszczki! Przed wynalezieniem szczepionki, jej wirus dziesiątkował populację starszych czarodziejów. Według danych statystycznych około stupięćdziesiątego roku życia dochodziło do zaniku naturalnych przeciwciał chroniących przed ciężkim przebiegiem choroby, jak i przed rozwojem potencjalnie śmiertelnych powikłań, jakie wywoływała. Ciekawe, czy wie o tym ten, kto pisze scenariusz do tego całego "Peera Gynta", dumał nie dalej jak wczoraj Moody, gdy w ręce wpadła mu ulotka The Globe z programem na jesień. Wyczytał, że ma być to sztuka o wesołym bawidamku, co decyduje się wyprawić na podbój ziem trolli. Opis zdawał się wcale zachęcającym, ale Moody'emu wystarczyło już wrażeń po obejrzanej przed kilkoma dniami Ekstazie Merlina.
Nie rozumiał tego.
Za czasów jego młodości teatr kojarzył się mimo wszystko z kulturą wyższą. Aktorzy byli dżentelmenami, gadali po poważnemu, z ładną dykcją i akcentem. Wiadomym było, że większość to resortowe dzieci z odpowiednimi koneksjami, bo kto wyżyłby z samej tylko sztuki? A jednak było to wszystko jakieś takie... Magiczne. Magia była w całej tej otoczce wykreowanej wokół wyjścia do teatru. Bo jak się człowiek chciał niezobowiązująco rozerwać z przyjaciółmi, wtedy szedł do baru. Tam gdzie nie żałowali piwa i grali dobrą muzykę, taką która nie zagłuszała rozmowy, ale zmuszała do podniesienia głosu. Nazajutrz podrażnione przekrzykiwaniem się gardło przypominało o perypetiach minionej nocy. Z koleżankami chodziło się do klubu, na potańcówkę albo kabaret, z kolegami na tor wyścigowy albo strzelnicę... Albo do kina, na nowy western amerykańskiej produkcji, w którym mugole naparzali się pistoletami na ekranie. Ale do teatru? Teatr był dla kochanków. Trzeba było więc ubrać najlepszy garnitur. Kupić kwiaty. Zarezerwować stolik na kolację, a potem wybrać nastrojowe miejsce na spacer. Nie wiedzieć kiedy noc przeobrażała się w dzień, gesty stawały się przedłużeniem spojrzeń rzucanych wcześniej ukradkiem, a z upływem czasu coraz śmielej. Jak wziąłeś do teatru dziewczynę, wiadomym było, że masz wobec niej poważne zamiary.
W pewnym sensie żałował, że nie był w stanie zapewnić tego doświadczenia Lorien. Że nie było to wszystko tak do końca właściwym. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie zaprosić jej do teatru choćby w ramach zabawnego rewanżu. "Chcesz iść, żeby zobaczyć, jak się chory dzieciak biczuje na scenie, a wokół niego tańczą wdzięcznie opryszczone trolle?"
Tyle że nie do końca był pewien, czy rzeczywiście warto marnować w ten sposób czas, jaki im pozostał. Istniało tak wiele przyjemniejszych sposobów, w jaki mogli go marnować.
Nagle złapał się na myśli, że chciałby mieć te sto pięćdziesiąt lat.
Patrząc jak Lorien wsadza palce do ust, żeby zagwizdać na uliczną modłę, głośno i przeraźliwie, zrozumiał, że chciałby mieć choćby i rok więcej.
Aż do dziś nie wiedział przecież, że sędzia Mulciber umie gwizdać.
– Obarczasz mnie winą za swoje porażki wychowawcze? – Aaron założył ręce na piersi, widocznie rozbawiony rzuconym w jego stronę oskarżeniem. Przecież dementorek należał do niej! Wszystko to wypowiedział bardzo pewnym siebie tonem człowieka z bagażem życiowych doświadczeń, pogodzonego z faktem, że nie na wszystko można mieć wpływ. Jakież było więc jego zdziwienie, gdy papierowy dementorek spłynął z sufitu prosto na wyciągniętą dłoń Lorien. Karcer. Więzienie. Szlaban, zaczął mruczeć pod nosem, nie dbając wcale o to, że dementorek może go usłyszeć. Należało zaufać starym, sprawdzonym metodom wychowawczym, westchnął ciężko Moody, zamiast przyznać się do porażki. Może gdyby częściej dawał Millie szlaban, to zostałaby pieprzonym aurorem. Być może był zbyt miękkim dla niej, a zbyt surowym dla Alastora.
Gdy brygadzista zwrócił się do niego po pomoc, Aaron zrobił minę. No żeby ze wszystkich ludzi akurat od Moody'ego oczekiwać pobłażliwości... Nie dość, że dzieciak spóźnił do pracy, to jeszcze naruszał powagę munduru swoim niechlujstwem. Normalnie kazałby mu pójść do siedziby urzędu samemu, i nie zawracać sobie głowy głupotami. A może wymyśliłby Finnowi jakieś specjalne zadanie bojowe? Wysłałby go na korytarz, żeby przycinał jemiołę jak żywopłot. Może jak uformujesz rzeźbę pani Ministry to dostaniesz podwyżkę. Ale Moody był już dzisiaj po służbie, więc... Darował sobie. Wsadził ręce w kieszenie i wbił w Finnigana ciężkie spojrzenie.
– Pomyśl, dzieciaku. Jak powiesz Bonesowi, że walczyłeś dzielnie z jemiołą, to może daruje ci kazanie. A przynajmniej nie odeśle cię do domu, żebyś mundur wyprasował... Bardzo wspaniałomyślne ze strony pani sędzi, że daje ci się wykazać – stwierdził sucho Aaron. Zachował kamienną twarz, ale Lorien znała go na tyle dobrze, żeby dostrzec w jego oczach iskierki wesołości. Taki już był, że trudno było czasem domyślić się, czy żartuje, czy mówi całkowicie poważnie. – Zajrzę do pani nieco później, żeby zobaczyć, czy urzędasy uporały z problemem – zapewnił, zwracając się już bezpośrednio do Lorien. – Jak będzie trzeba, przyjdę z kosiarką. Na razie zostawiam panią z obstawą... – Zawiesił na dłużej spojrzenie na dementorku na jej dłoni, unosząc lekko brew, jak gdyby pytał, "czy na pewno?".
Na komentarz o czarodziejach dożywających półtora wieku pokręcił tylko głową. Sto pięćdziesiąt lat to było dla niego dużo za dużo. Już sobie wyobrażał wszystkie te zjazdy absolwentów, uroczyste obchody jubileuszów w służbie aurorów... Wiek przydawał autorytetu, wypadałoby więc udawać, że się tam nie nudzi. Tylko że on nie znosił takich spędów. Nazywał je stypami. Niechże sobie dają odświętne ordery, niech wygłaszają przemówienia. Oszukiwali wtedy tylko samych siebie, oswajając się z byciem bezużytecznymi. Nie oszukaliby jednak Aarona. Dla niego pochwały brzmiały jak nieporozumienia, a nagrody jak próby przekupstwa. Aaron nienawidził być bezużytecznym. Nie przerażała go starość, nie bał się nigdy śmierci, ale nie był w stanie znieść bezczynności. Starość wypełniona była ludźmi, którzy mówili, że zrobiłeś dość. Aaron zawsze sądził, że można było zrobić więcej. Jakże aroganckim był w swoich osądach. Jakże ambitnym, nie był nawet świadom, jak bardzo.
Życie pokazało aroganckiemu młodzieńcowi z ambicjami, że się mylił. Można było zrobić wszystko, a wciąż nie było to wystarczającym. Takim już po prostu było życie. Nie każdego dało się uratować, i trzeba było się z tym pogodzić.
Aaron nie umiał się z tym pogodzić. Nie tak do końca. Wiedział, kiedy należało powiedzieć sobie dość, wciąż jednak nie potrafił czuć satysfakcji pozostając w bezruchu. Może dlatego nie lubił myśleć o starości. Z tak wielu powodów nie potrafił bowiem znieść tego, że jako auror ma określoną datę przydatności, a potem... A potem stanie się nieprzydatnym.
– Jakbym miał tyle żyć, to sam bym chyba zdecydował się wyżłopać dzban takiej herbatki z jemioły – rzucił więc sarkastycznie Aaron, wzruszeniem ramion ucinając nieprzyjemne rozważania na temat starzenia się.
Niestety, nie zdążył podzielić się z Lorien ostatnią historyczną ciekawostką, jaką miał na podorędziu. Zwiększona umieralność wśród czarodziejów w wiekach średnich nie była spowodowana piciem herbatki z jemioły. Nie, winą za to należało obarczyć rozsiew trollej opryszczki! Przed wynalezieniem szczepionki, jej wirus dziesiątkował populację starszych czarodziejów. Według danych statystycznych około stupięćdziesiątego roku życia dochodziło do zaniku naturalnych przeciwciał chroniących przed ciężkim przebiegiem choroby, jak i przed rozwojem potencjalnie śmiertelnych powikłań, jakie wywoływała. Ciekawe, czy wie o tym ten, kto pisze scenariusz do tego całego "Peera Gynta", dumał nie dalej jak wczoraj Moody, gdy w ręce wpadła mu ulotka The Globe z programem na jesień. Wyczytał, że ma być to sztuka o wesołym bawidamku, co decyduje się wyprawić na podbój ziem trolli. Opis zdawał się wcale zachęcającym, ale Moody'emu wystarczyło już wrażeń po obejrzanej przed kilkoma dniami Ekstazie Merlina.
Nie rozumiał tego.
Za czasów jego młodości teatr kojarzył się mimo wszystko z kulturą wyższą. Aktorzy byli dżentelmenami, gadali po poważnemu, z ładną dykcją i akcentem. Wiadomym było, że większość to resortowe dzieci z odpowiednimi koneksjami, bo kto wyżyłby z samej tylko sztuki? A jednak było to wszystko jakieś takie... Magiczne. Magia była w całej tej otoczce wykreowanej wokół wyjścia do teatru. Bo jak się człowiek chciał niezobowiązująco rozerwać z przyjaciółmi, wtedy szedł do baru. Tam gdzie nie żałowali piwa i grali dobrą muzykę, taką która nie zagłuszała rozmowy, ale zmuszała do podniesienia głosu. Nazajutrz podrażnione przekrzykiwaniem się gardło przypominało o perypetiach minionej nocy. Z koleżankami chodziło się do klubu, na potańcówkę albo kabaret, z kolegami na tor wyścigowy albo strzelnicę... Albo do kina, na nowy western amerykańskiej produkcji, w którym mugole naparzali się pistoletami na ekranie. Ale do teatru? Teatr był dla kochanków. Trzeba było więc ubrać najlepszy garnitur. Kupić kwiaty. Zarezerwować stolik na kolację, a potem wybrać nastrojowe miejsce na spacer. Nie wiedzieć kiedy noc przeobrażała się w dzień, gesty stawały się przedłużeniem spojrzeń rzucanych wcześniej ukradkiem, a z upływem czasu coraz śmielej. Jak wziąłeś do teatru dziewczynę, wiadomym było, że masz wobec niej poważne zamiary.
W pewnym sensie żałował, że nie był w stanie zapewnić tego doświadczenia Lorien. Że nie było to wszystko tak do końca właściwym. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie zaprosić jej do teatru choćby w ramach zabawnego rewanżu. "Chcesz iść, żeby zobaczyć, jak się chory dzieciak biczuje na scenie, a wokół niego tańczą wdzięcznie opryszczone trolle?"
Tyle że nie do końca był pewien, czy rzeczywiście warto marnować w ten sposób czas, jaki im pozostał. Istniało tak wiele przyjemniejszych sposobów, w jaki mogli go marnować.
Nagle złapał się na myśli, że chciałby mieć te sto pięćdziesiąt lat.
Patrząc jak Lorien wsadza palce do ust, żeby zagwizdać na uliczną modłę, głośno i przeraźliwie, zrozumiał, że chciałby mieć choćby i rok więcej.
Aż do dziś nie wiedział przecież, że sędzia Mulciber umie gwizdać.
– Obarczasz mnie winą za swoje porażki wychowawcze? – Aaron założył ręce na piersi, widocznie rozbawiony rzuconym w jego stronę oskarżeniem. Przecież dementorek należał do niej! Wszystko to wypowiedział bardzo pewnym siebie tonem człowieka z bagażem życiowych doświadczeń, pogodzonego z faktem, że nie na wszystko można mieć wpływ. Jakież było więc jego zdziwienie, gdy papierowy dementorek spłynął z sufitu prosto na wyciągniętą dłoń Lorien. Karcer. Więzienie. Szlaban, zaczął mruczeć pod nosem, nie dbając wcale o to, że dementorek może go usłyszeć. Należało zaufać starym, sprawdzonym metodom wychowawczym, westchnął ciężko Moody, zamiast przyznać się do porażki. Może gdyby częściej dawał Millie szlaban, to zostałaby pieprzonym aurorem. Być może był zbyt miękkim dla niej, a zbyt surowym dla Alastora.
Gdy brygadzista zwrócił się do niego po pomoc, Aaron zrobił minę. No żeby ze wszystkich ludzi akurat od Moody'ego oczekiwać pobłażliwości... Nie dość, że dzieciak spóźnił do pracy, to jeszcze naruszał powagę munduru swoim niechlujstwem. Normalnie kazałby mu pójść do siedziby urzędu samemu, i nie zawracać sobie głowy głupotami. A może wymyśliłby Finnowi jakieś specjalne zadanie bojowe? Wysłałby go na korytarz, żeby przycinał jemiołę jak żywopłot. Może jak uformujesz rzeźbę pani Ministry to dostaniesz podwyżkę. Ale Moody był już dzisiaj po służbie, więc... Darował sobie. Wsadził ręce w kieszenie i wbił w Finnigana ciężkie spojrzenie.
– Pomyśl, dzieciaku. Jak powiesz Bonesowi, że walczyłeś dzielnie z jemiołą, to może daruje ci kazanie. A przynajmniej nie odeśle cię do domu, żebyś mundur wyprasował... Bardzo wspaniałomyślne ze strony pani sędzi, że daje ci się wykazać – stwierdził sucho Aaron. Zachował kamienną twarz, ale Lorien znała go na tyle dobrze, żeby dostrzec w jego oczach iskierki wesołości. Taki już był, że trudno było czasem domyślić się, czy żartuje, czy mówi całkowicie poważnie. – Zajrzę do pani nieco później, żeby zobaczyć, czy urzędasy uporały z problemem – zapewnił, zwracając się już bezpośrednio do Lorien. – Jak będzie trzeba, przyjdę z kosiarką. Na razie zostawiam panią z obstawą... – Zawiesił na dłużej spojrzenie na dementorku na jej dłoni, unosząc lekko brew, jak gdyby pytał, "czy na pewno?".
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.