• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue

[12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#17
30.01.2026, 22:07  ✶  
Szum alkoholu w mojej głowie mieszał się z słowami Prue, które - wbrew moim pierwszym obawom - przez ten cały czas padały spokojnie, metodycznie, jak krople deszczu na szybę, nie gwałtownie zacinające, ale uparte, wnikające w szczeliny, których wcześniej nawet nie zauważałem. Teraz coś we mnie zaczynało pękać, a ja sam nie wiedziałem, czy powinienem to uznać za coś, co powinno, czy nie powinno było się wydarzyć. Nigdy nie lubiłem tak bardzo się odsłaniać, a w tym momencie nie dało się już inaczej. Słuchałem jej, naprawdę słuchałem, tylko że w moim wnętrzu to wszystko odbijało się niechcianym pogłosem, jak w tych starych korytarzach, o których opowiadałem - echo wracało spóźnione, zniekształcone, przefiltrowane przez dawne schematy. Część mnie - ta zawzięta, uparta - chciała się odciąć, zamknąć, powiedzieć „daj spokój, to nie ma sensu”, bo rozmawianie o tym wszystkim zawsze wydawało mi się jak grzebanie w starych ranach nożem, ale nie zrobiłem tego, nie tym razem, zamiast tego pozwalałem jej słowom wsiąkać we mnie, jak woda w suchą ziemię - powoli, nie zawsze równo, ale jakoś tam. „Jakoś tam” to było najwięcej, na co było mnie stać, nawet jeśli mogło się wydawać, że to było mało.
Nie przerywałem Prudence, nie poprawiałem jej wniosków, pozwalałem, żeby mówiła, bo wiedziałem, że to jej sposób - układać, analizować, znajdować rozwiązania - lubiła listy, konkretne układy, dla niej świat, w pewnym sensie, zawsze był puzzlami, które dało się poskładać, jeśli tylko robiło się to wystarczająco cierpliwie. Szanowałem to, naprawdę, chociaż nie rozumiałem, skąd się to brało. Ona po prostu miała w sobie tę cierpliwość, nigdy w to nie wątpiłem, nawet nie musiała mi tego udowadniać. A ja? Ja zawsze byłem tym, który te puzzle rozwalał, sprawdzając, czy się nie rozsypią same. Starała się przyjmować to spokojnie, szukać rozwiązań, nie problemów, i miała rację, kurwa, oczywiście, że miała, tylko że w moim świecie „nie chodzi o to” zawsze oznaczało, że chodzi o coś gorszego, głębszego, coś, czego dało się tak łatwo wykreślić z listy potencjalnych przyszłych problemów, konsekwencji bycia lub niebycia. Prue mówiła o zmianie, o szukaniu czegoś mniejszego, i to brzmiało logicznie, tylko że ja nie byłem dobry w logice, kiedy chodziło o rzeczy, które siedziały we mnie jak drzazga - tym razem taka, której nie dało się tak po prostu wyjąć, nawet najmniejszą pęsetą. Słowa, które wypowiadała, były miękkie, delikatne, ale gdzieś w środku mnie odbijały się echem o coś twardego, nie przywykłem do współczucia, nawet nie wtedy, gdy dotyczyło rzeczy, które uważałem za zamknięte na zawsze.
- Wiem, sze wiesz. - Mruknąłem cicho, niskim głosem, trochę zachrypniętym od alkoholu i od tego wszystkiego, co już padło. Kiwnąłem głową, ledwo zauważalnie, nie przerywając jej, bo co niby miałem powiedzieć? Nie żałowałem, że nie byłem jak oni, nigdy nie chciałem taki być, ale żałowałem, że to we mnie tkwiło, jak stara blizna, której nie dało się usunąć, można ją było tylko zakryć. Urwałem, bo nie wiedziałem, jak powinienem ubrać kolejne myśli, żeby nie brzmiało jak wymówka z cyklu „pojebana sytuacja, wiesz, nie chodzi o nas”. Dom był normalny, rozsądny, jak powiedziałem, ale w mojej głowie normalność zawsze miała haczyk, drobną gwiazdkę, zawsze czaiło się coś pod spodem, jak te podziemia w posiadłości.
Przesunąłem dłonią po kolanie, czując szorstkość materiału spodni pod palcami, i spojrzałem na nią kątem oka - siedziała blisko, z butelką w dłoni, jej twarz spokojna, ale oczy... Oczy mówiły więcej niż słowa, widziałem w nich to zrozumienie, to autentyczne, bez oceniania, bez „a nie mówiłam”, to było obce, prawie niepokojące, bo w moim świecie zrozumienie zawsze albo było pretekstem do kontroli, albo kończyło się obwinianiem.
- Nie gadałem o tym. Po co? To nie było... Waszne. - Kłamałem trochę, bo było ważne, tylko że gadanie o tym zawsze wydawało mi się zupełnie niepotrzebne, nie miało znaczenia w kontekście naszej przyjaźni, a przynajmniej tak uznałem, być może gdzieś wewnątrz woląc wyjść z założenia, że nawet jeśli Prudence wiedziała, świadomie decydowała się nie poruszać ze mną tego tematu - nigdy o nic mnie nie prosiła, nie oczekiwała niczego, prócz mojej przyjaźni, to było ważne, nie tamto. A cała reszta? Cała reszta była dla mnie jak przyznanie się do słabości. Posiadłość, bale, ojczym znikający z kochankami - to nie były historie na pogaduchy na błoniach, to były rzeczy, które nosiłem w sobie jak kamienie w kieszeniach, ciągnące mnie w dół, nawet jeśli chciałem być w górze. Przesunąłem językiem po zębach, czując smak nalewki, i pokręciłem głową powoli. Nie lubiłem wracać do tamtego domu, chociaż minęło już tyle lat, samo wspomnienie tamtych korytarzy sprawiało, że coś we mnie się napinało, jakby ciało pamiętało coś, czego głowa dawno próbowała się pozbyć. Przesunąłem dłonią po karku, wzdychając ciężko.
- Nie ma co. To było... Nolmalne. Dla mnie. - Pokręciłem głową powoli, bardziej z przyzwyczajenia niż z niezgody, po czym parsknąłem cicho, bez śmiechu - „normalne” - jakby to słowo miało jakikolwiek sens w kontekście tamtego życia. To nie był dom, gdzie ktoś cię przytulał, jak się potłukłeś, to był dom, w którym cię uczono, jak nie upaść, żeby nikt nie musiał cię podnosić, i jak się uśmiechać, żeby wyglądało, że wszystko jest w porządku. Najgorsze w tym wszystkim było to, że tam nic nie działo się „otwarcie”, żadnych krzyków przy obcych, żadnych scen, wszystko było… Eleganckie, wyprasowane, zamiatane pod dywan szybciej, niż zdążyłeś zrozumieć, co właśnie widziałeś. Kiedy pochodziłeś z rodziny takiej jak moja, w pewnym momencie zaczynałeś żyć w teatrze, wszystko miało być ciche, czyste, błyszczące, tylko ty wiedziałeś, że to się nie trzyma kupy, ale nie mogłeś o tym powiedzieć, bo przecież ojciec nie krzyczał, tylko „podnosił głos”, a matka nie płakała, tylko „miała migreny”. A potem wychodziłeś do ludzi i udawałeś, że wszystko jest okej. Tam nie mówiło się rzeczy wprost, przynajmniej nie, jeśli nie było się i szczytu stołu, nie śmiało się za głośno, nie mówiło „nie” ludziom, którzy mogli cię za to złamać. Każdy krok, każde słowo, wszystko trzeba było kalkulować, patrzeć, słuchać, wyczuwać moment, to był świetny trening, jeśli chcesz potem udawać, że wszystko masz pod kontrolą. To był syf opakowany w złoto, władza, która zjadała od środka, więzienie, tylko pachniało drogim winem i politurą. Marzenia traktowano jak coś… Niepraktycznego, jak fanaberię, na którą możesz sobie pozwolić, jak już zrobisz wszystko, co do ciebie należy, tylko że to „jak już” nigdy nie nadchodziło. Przesunąłem dłonią po karku i przez chwilę tylko patrzyłem w podłogę, szukając słów, które nie brzmiałyby jak tani melodramat.
- Wiesz… - Zacząłem wolno, cicho, tonem, który był bardziej zgaszony niż ostry. - To nie jest coś, o czym się myśli w taki sposób, kiedy się tam jest. Nie masz tej pelspektywy. Po plostu uczysz się funkcjonowaś w tym, co masz, dopóki nie dzieje się coś, co splawia, sze pszestajesz.. - Pociągnąłem łyk, długi, ciężki, i postawiłem butelkę na podłodze obok sofy. - Albo i nie pszestajesz. - Nie miałem pojęcia, że to jest nienormalne, dopóki nie zobaczyłem, że inni ludzie mają domy, w których się do siebie uśmiechają, ktoś komuś pomaga, nie oczekując w zamian lojalności, albo wdzięczności, albo kurwa, czegokolwiek. Myślałem, że to tak ma być, ludzie po prostu są zimni, a jeśli chcesz czegoś innego, to znaczy, że jesteś miękki albo nienormalny.
- W gluncie szeszy, dla części ludzi to jest… Akceptowalne. Taka cena chujowej stabilności. - Parsknąłem cicho - nie z rozbawienia, raczej z czegoś w rodzaju bezradności, tego gorzkiego odruchu, który pojawia się, gdy ktoś mówi coś prawdziwego, ale zbyt delikatnie, żeby w pełni oddać to, jak bardzo coś było spieprzone. Wypuściłem powietrze przez nos, opierając się łokciem o kolano, a potem wzruszyłem ramionami, jakbym chciał zbyć temat, ale tego nie zrobiłem. Przez chwilę nie wiedziałem, jak to ująć, jak to wytłumaczyć tak, żeby brzmiało to sensownie, a nie jak kolejny wywód o tym, jak bardzo „trudno jest być bogatym”.
- Byliśmy kulewsko bogaci. Tego się nie da ładnie nazwaś. - Powiedziałem, bez cienia dumy, nie z żalem, raczej z jakimś rodzajem ironicznego zmęczenia, jakby to była obelga, a nie fakt, nawet nie próbowałem sprawić, by to brzmiało jak coś w rodzaju danych z księgi rachunkowej. - Wiesz… Tak s kategolii „lodziny, któle mają ludzi od kupowania innych ludzi”. - Taki rodzaj bogactwa, który nie miał nic wspólnego z pieniędzmi, tylko z przekonaniem, że świat jest ci coś winien, możesz go sobie aranżować, poskładać, urządzić po swojemu. Taki, w którym pieniądze nie są już narzędziem, tylko warstwą między tobą a światem, że to przestaje robić wrażenie, jak powietrze, jest wszędzie, więc przestajesz je zauważać. - Bogaci do tego stopnia, sze jak coś się spieldoliło, to wystalszyło szuciś złotem, szeby udawaś, sze nic się nie stało. Jak z tych cholelnych stalych fotoglafii, gdzie kaszdy siedzi wyplostowany i wygląda, jakby ktoś mu kij wsadził w dupę, a w tle wisi poltret plaplapladziadka, któly dolobił się na czymś, o czym lepiej nie mówiś pszy stole. - Pokręciłem głową z lekkim niedowierzaniem, jakbym mówił o kimś innym, a nie o sobie sprzed lat, przesunąłem dłonią po twarzy, zatrzymując ją na chwilę na brodzie. - Staly pieniądz, długie nazwisko, helb, poltlety pszodków i wszystkie te sztywne, jebane lytuały, któle miały niby coś znaczyś. Wszystko się zgadza. - Wypowiedziałem to spokojnie, trochę jakby to było coś oczywistego, coś, co nie potrzebowało żadnego dopowiedzenia. - Tylko sze, kulwa, co s tego? - Mruknąłem. - Po co komu dom, w któlym wsystko jest s dlewna i malmulu, a nikt do ciebie nie mówi po imieniu? Po co komu sleblna zastawa, skolo nikt nie patszy ci w oczy pszy kolacji? - Zerknąłem na nią kątem oka, po czym odwróciłem wzrok z powrotem w dywan. Byliśmy tym typem ludzi, którzy organizują bale charytatywne tylko po to, żeby inni mogli zobaczyć, jak dobrze się bawią, pomagając biednym, tym typem ludzi, którzy mają osobne zastawy na każdą porę roku i każdy sabat, i którzy mówią „służba” w liczbie mnogiej, jakby to była jedna, spójna istota.
- A my… - Podjąłem po chwili, z lekkim zaciągnięciem, jakbym musiał wypchnąć z siebie to, co od dawna tam zalegało. Przesunąłem dłonią po włosach, trochę nerwowo, wciąż próbując znaleźć odpowiedni sposób, żeby to ująć. Wziąłem głębszy oddech, mówienie tego głośno wymagało więcej energii, niż zakładałem. - Nie tlaktowałaś mnie jak jakiegoś egzotycznego zwieszęcia s lodowodem, wiesz, to było najbalsiej absuldalnie… Istotne. Najwaszniejsze.. - Zaśmiałem się krótko, chrapliwie. - W sumie to nawet nie wiem, czy wtedy, na samym początku, wiedziałaś, sze mam ten cholelny lodowód. - Westchnąłem cicho, zresztą, kurwa, wtedy wydawało mi się, że każdy to wie, to oczywiste, że jak ktoś słyszy moje nazwisko, to od razu kojarzy, że za tym stoi kupa złota i jeszcze większa kupa ludzi, którzy wszystko o tobie wiedzą, zanim zdążysz otworzyć usta. - Wiesz, w takim świecie nazwisko to pszepustka. Mój Staly jest s tych, co lubią, szeby je wymawiano, najlepiej s szacunkiem i lekkim, acz istotnym ukłonem. Szacunek nadel wsystko, nawet jeśli wymuszony, pozycja jako sztandal, zawsze wysoko. Nie sądziłem, sze ktoś mógłby go nie kojaszyś. Nawet nie pszeszło mi pszes myśl, by cokolwiek mówiś. Pokręciłem głową, sam z siebie się śmiejąc pod nosem. - A ty po plostu... Potlaktowałaś mnie nolmalnie. - Głos mi zadrżał lekko, nie z emocji, tylko z tego specyficznego zmęczenia, które przychodziło, gdy próbowałem sięgnąć po coś, co tak dawno wypchnąłem z pamięci. Odchyliłem się, spoglądając gdzieś w bok, w ciemny kąt pokoju. - Wiesz, jak to jest dla dzieciaka, któly dolastał w miejscu, gdzie na wszystko tszeba było zasłuszyś, udowodniś, wyplacowaś, szeby ktoś laczył spojsześ na ciebie s jakąkolwiek sympatią? - Parłem dalej, trochę szybciej, jakbym chciał to mieć już za sobą. - Uznałaś moje dziwactwa. - Pokręciłem głową, z lekkim niedowierzaniem, trochę tak, jakby mnie to do tej pory bawiło, a trochę dziwiło. - Nawet wtedy, gdy to nie miało szadnego sensu. - Sięgnąłem po butelkę, obróciłem ją w palcach, zanim napiłem się cicho. - Nie zapytałaś, dlaczego mam to, co mam, dlaczego czasem zachowuję się jak nadęty kletyn. Nie było w tobie tej... Ciekawości podszytej wylachowaniem, któlą znałem s innych twaszy. Nie plóbowałaś się dowiedzieś, kim są moi staszy, ani gdzie to wszystko się zaczyna. Nie pytałaś „dlaczego masz to, a nie tamto”, tylko „czemu znowu nie spałeś” albo „czy coś cię znowu losdlaszniło”. - Zamknąłem na moment oczy, wracając myślami do tamtych pierwszych dni, jeszcze wtedy, kiedy wszystko było proste. - Nawet nie zapytałaś, czemu nigdy cię nie zaplosiłem do domu. Albo Eliasa. - Westchnąłem cicho, przeciągle, ciężko, jak ktoś, kto wcale nie chciał do tego wracać, ale nie potrafił już udawać, że to nie istnieje. Przesunąłem dłonią po twarzy, od nosa po szczękę, jakbym w ten sposób mógł trochę odgonić to uczucie ściągnięcia w gardle. - Kaszdy inny pewnie by zapytał. Mosze nawet się oblaził. Ale ty tylko pszyjęłaś to, jak jest. Jakby to było częścią mnie, jak te wszystkie głupie szeszy, któle lobiłem. - Zapadła cisza, a ja pozwoliłem jej trwać. Nie spieszyłem się z kolejnymi słowami, bo wiedziałem, że każde będzie ważyć. I, Merlinie, to było lepsze niż jakikolwiek spokój, który można było kupić za pieniądze. Przez chwilę nie byłem w stanie nic powiedzieć, to, co mówiła, trafiało we mnie powoli, jakby przez grubą warstwę starych murów. „Dom”, „bezpieczeństwo”, „schematy” - każde z tych słów miało dla mnie inny ciężar niż dla niej, nie mogłem udawać, że rozumiem to w ten sam sposób, nigdy nie potrafiłem. To nie było łatwe, nie dlatego, że brakowało mi słów, raczej dlatego, że zbyt wiele z nich miało w sobie przeszłość, której nigdy nie chciałem już dotykać. Alkohol grzał mnie od środka, jakby wypełniał wszystko, co powinno być puste, a mimo to zostawiał jeszcze więcej przestrzeni na myśli, których nie chciałem mieć. Palcami bezwiednie obracałem obrączkę, jakbym musiał się upewnić, że to wszystko naprawdę się wydarzyło, że to, co mam na dłoni, istnieje - że to „my” istniejemy. Metal był chłodny, a skóra pod nim już lekko obolała, od tego nerwowego ruchu, powtarzanego od kilkunastu minut. Odchrząknąłem, przygryzając dolną wargę, i przejechałem dłonią po twarzy, próbując coś z tego posklejać.
- Wiesz… - Zacząłem cicho, głos miałem zachrypnięty, spity, ale wciąż kontrolowany. - Nic dziwnego, sze tlafilśmy dokładnie w to miejsce, w któle bali się, sze tlafimy.
To nie było „znaliśmy się od lat” ani „byliśmy blisko jak rodzeństwo”, nie było w tym kalkulacji, nie było „zaraz, to już za dużo”, po prostu się działo. Granica pomiędzy „chcę spędzać z tobą czas” a „chcę z tobą być” istniała tylko teoretycznie, w praktyce była jak cienka linia na mapie, po której codziennie się chodziło, nie sprawdzając, po której stronie się akurat stoi.
- Nie da się staś jedną nogą tu, a dlugą tam. - Przetarłem usta, skrzywiłem się lekko, bo czułem, że to, co mówiłem, brzmiało zbyt sentymentalnie, zbyt „nie po mojemu”. - Tszymaś się tamtego świata na tyle, szeby nikt się nie czepiał, a jednocześnie… - Urwałem, przełknąłem powietrze. - Uciekaś s niego, kiedy tylko znajduje się taka szansa. - Zabrzmiało to absurdalnie poważnie, nawet dla mnie, parsknąłem krótkim śmiechem, raczej z niedowierzania niż z rozbawienia. - Kulwa, bszmię jak idiota. - Zamilkłem, oparłem łokcie na kolanach, dłonie złożyłem przed sobą, splatając palce. Stałem w rozkroku przez lata, myśląc, że to jakoś utrzymam, jak będę wystarczająco cicho, wystarczająco uważny, to nikt nie zauważy, że dawno już nie pasuję ani tu, ani tam.
Pokręciłem głową odruchowo, jeszcze zanim zdążyła skończyć mówić o wybaczaniu, ten gest był szybszy niż myśl, jakby ciało wiedziało lepiej ode mnie, co trzeba powiedzieć. Przesunąłem dłonią po karku, ciężko, czując, jak alkohol robi swoje, ale to akurat było krystalicznie jasne. To nie była ta rozmowa, w której chciałem coś ważyć, liczyć winy, rozkładać je po równo na stole, obracałem obrączkę palcem, raz w jedną, raz w drugą stronę, aż metal zrobił się ciepły.
- To była moja wina, nie twoja, nie mam ci nic do zaszucenia wsględem tego, jak zaleagowałaś. - Zacisnąłem palce na szyjce butelki, ale tym razem nie napiłem się od razu. - Kamuflasz był… Konieczny. - Prychnąłem krótko, gorzko. - I skuteczny, niestety. Nie dlatego, sze byłem taki splytny, tylko dlatego, sze bardzo chciałem, szeby nikt nie widział, co się naplawdę dzieje. - Zawiesiłem głos na moment, jakby brakowało mi powietrza, chociaż przecież siedziałem spokojnie - Wtedy wydawało mi się, sze to jedyne wyjście, tak będzie… Bespieczniej. Dla ciebie. Dla mnie. - Parafrazowałem własne stare wymówki bez cienia dumy. To było… Przeciwko wszystkiemu innemu, nie Prue, przeciwko temu, co wiedziałem, że się wydarzy, jeśli pozwolę sobie zostać, ale mogłem to rozegrać inaczej. Westchnąłem, spojrzenie uciekło mi gdzieś w bok, na ścianę, na cokolwiek, co nie było jej oczami, bo one zawsze widziały za dużo. Zawsze.
- Miałaś plawo myśleć, co myślałaś. Miałaś plawo byś wkuszona, zagubiona, zlaniona. Ja się kamuflowałem, to fakt, ale to nie znaczy, sze ty coś pszeoczyłaś albo zlobiłaś źle. - Wzruszyłem lekko ramionami, bardziej bezradnie niż nonszalancko. - To ja byłem tym, któly nagle zniknął, zmienił zasady gly bes upszedzenia. - Parsknąłem cicho, gorzko, pod nosem. - I nie, to nie było tak, sze ktoś pociągał za sznulki, a ja byłem tylko kukiełką. Decyzje były moje. Chujowe, połowiczne, podejmowane z lęku, ale moje. Więc nie chcę, szebyś to nosiła na sobie, jakbyś czegoś nie zlozumiała albo nie dopatszyła. - Zamilkłem na moment, palcami obracając obrączkę, jakbym sprawdzał, czy dalej tam jest, czy to wszystko nie jest tylko jakimś pijackim złudzeniem. Kiedy ojciec stwierdził, że „pewne znajomości nie przystoją”, to nie było coś, z czym się dyskutowało, więc przestałem się odzywać, przestałem podchodzić, przestałem… Być. Jak już raz znajdziesz swoje miejsce, to wszystko inne nagle zaczyna śmierdzieć obcością. Nie da się być półczłowiekiem, półczyimś synem, półkimś dla kogoś innego, nie da się mieć dwóch domów, dwóch historii, zawsze musisz którąś spalić, żeby druga mogła naprawdę istnieć.
Siedzieliśmy na podłodze tak długo, że przestałem zwracać uwagę na niewygodę, nalewka dawno przestała smakować jak cokolwiek konkretnego, była tylko ciepła i ostra, paliła gardło i rozluźniała język. Wypiłem za dużo, czułem to w głowie, w sposobie, w jaki moje myśli przestawały ustawiać się równo w szeregu, ale nie na tyle, żeby nie rozumieć, co mówiła, raczej na tyle, żeby nie mieć już siły udawać, że mnie to nie ruszało. Wciąż trzymałem się pionu, zawsze się trzymałem. Kolejna butelka była w połowie pusta albo w połowie pełna - zależało, jak bardzo ktoś chciał się okłamywać, ja nie chciałem, przynajmniej nie dziś.
Zrobiło mi się zimno w karku, takim nieprzyjemnym, ostrym chłodem, który nie ma nic wspólnego z temperaturą, to nie było „ojej”, to nawet nie było zaskoczenie, raczej ciężar, który nagle znalazł sobie nazwę i miejsce, i bardzo konkretną osobę. Alice, znów Alice, imię, które kiedyś wypowiadałem z ulgą, kiedy podpisała papiery i wyjechała. Myślałem, że to koniec, zostawiła mnie z pustym lokum, kilkoma siniakam, paroma bliznami i rachunkami, które spłacałem przez lata.
- Wiesz - kiwnąłem głową - nie dziwi mnie ani jedno słowo s tego, co powiedziałaś. Ani tlochę. - Gdy zaczęliśmy łączyć kropki, nie było we mnie zaskoczenia, tylko to ciężkie, nieprzyjemne potwierdzenie, że coś, co przez lata leżało martwe, jednak oddycha. - To, sze jest tutaj… - Urwałem, znów pociągając łyk. - To zmienia układ. Nie sens szeszy, ale lealia. I nie będę udawał, sze to mnie nie wkulwia. - Czułem, jak narasta we mnie napięcie, to stare, dobrze znane, które zwykle kończyło się ruchem, tym razem jednak zostałem na miejscu. Ona nie działała na zasadzie „kogo nie lubię, temu dokopię”, ona wybierała, metodycznie, i jak już wybrała, to nie odpuszczała. Nie chodziło o dominację w szkolnym sensie, chodziło o kontrolę, sprawdzenie, ile może z kogoś wyciągnąć, zanim ten ktoś pęknie - nerwów, stresu, frustracji, wszystkiego.
Dywan miał dziwną fakturę, jakby był zbyt miękki jak na coś, co miało trzymać człowieka przy ziemi. Przez chwilę tylko patrzyłem w podłogę, w pęknięcia i sęki, w to jedno miejsce, gdzie deski były jaśniejsze, jakby ktoś kiedyś coś tam przesunął i nigdy nie wrócił do pierwotnego układu, pociągnąłem łyk nalewki, krzywiąc się lekko, i dopiero wtedy się odezwałem.
- Dobla. - To słowo zabrzmiało w ustach dziwnie, jakby było za krótkie na całą resztę, przeciągnąłem dłonią po twarzy, zatrzymałem ją na chwilę na brodzie, potem opuściłem. Nie zaprzeczałem, to było pierwsze, co do mnie dotarło - żadnego automatycznego „nie”, żadnego spięcia, żadnego cofania się o pół kroku. Zrobiło się cicho, alkohol dudnił mi w skroniach, ale myśli były zaskakująco klarowne, może właśnie dlatego, że nie próbowałem ich porządkować.
- Mam opoly. Dusze. - Oparłem łokcie o kolana, pochyliłem się lekko do przodu, nie patrzyłem na nią od razu, to nie była ucieczka, raczej zbieranie się w sobie. Nie rozwijałem, nie tłumaczyłem, skąd się wzięły ani dlaczego, po prostu tam były - stary odruch, który nie znikał tylko dlatego, że człowiek sobie postanowił. - Ale… - Urwałem, bo to „ale” było ciężkie. Im dłużej mówiła, tym bardziej docierało do mnie, że nie ma sensu udawać, że to nie dotyczyło nas obojga, nie dlatego, że Prue na coś naciskała, tylko dlatego, że to już dawno przestało być „moje”. - Nie będę udawał, sze jestem zachwycony wizją „zajmowania się tym wspólnie”. To nie jest coś, co… - Westchnąłem krótko nosem, co zabrzmiało bardziej jak burknięcie niż oddech. Nie było w tym momencie sensu kopać się z faktami ani z jej perspektywą. - Ale nie będę ci tesz mówił, sze „to nie twoja splawa”. Bo to byłaby bzdula. - Skrzywiłem się lekko, jakbym nie do końca wierzył własnym słowom - to nie było „nie”, to było to cholerne, twarde „tak, ale…”, które zawsze przychodziło mi najtrudniej. - Nie podoba mi się to. - Dodałem od razu, szorstko, podkreślając po raz kolejny. - Nie podoba mi się, sze jesteś w to wciągana. Nie podoba mi się, sze to w ogóle dotyczy ciebie. To, sze musimy w tym uczestniczyś. - Spojrzałem na nią krótko, bez uśmiechu, nie było w tym zgody rezygnacji ani kapitulacji, wyłącznie decyzja - taka, którą się podejmuje raz i bierze na klatę konsekwencje. - Ale jesteśmy w tym lasem, czy mi się to podoba, czy nie. - Parsknąłem krótko, bez humoru. - A podoba mi się, jak jusz wspomniałem, ślednio. - Przesunąłem stopą po podłodze, zgrzyt drewna był dziwnie kojący.
Pokręciłem głową jeszcze zanim skończyła mówić, nie gwałtownie, nie w złości - odruchowo, jakby to była jedyna rzecz, na którą byłem pewien, że mogę sobie pozwolić.
- Nie. - Powiedziałem cicho, ale stanowczo. - Nie chodzi o to, kto zawiódł i kiedy, plawda? - Przesunąłem dłonią po karku, palce zaplątały się we włosach, alkohol sprawiał, że ruchy były wolniejsze, cięższe, ale ta myśl też była zaskakująco klarowna. - To nie było tak, sze ty „się poddałaś”. - Pokręciłem głową jeszcze raz, tym razem wolniej. - To nie była walka, w któlej ktokolwiek miał jasne zasady. - Przesunąłem palcami po szyjce butelki, nie podnosząc jej tym razem, czułem napięcie w barkach, znajome, stare - to, które zawsze wracało, gdy myśli skręcały w stronę „co by było, gdyby”. Robiliśmy, co potrafiliśmy, czasem to było za mało, czasem dokładnie tyle, ile dało się wycisnąć z sytuacji. Nie powiedziałem „twoja wina” ani „moja wina”, nie dlatego, że nie potrafiłem zacząć wytykać nam tych wszystkich potknięć, jakie wtedy zrobiliśmy, tylko dlatego, że to już nie miało znaczenia, to był jeden z tych momentów, w których naprawdę czułem, że to nie było coś, co dało się uczciwie rozliczyć po latach.
Oparłem się mocniej o kanapę, butelka stuknęła o podłogę między nami.
- Gdybyś wtedy została obok mnie, to nie mielibyśmy telas tej losmowy. Fakt. - Pomimo tych słów, pokręciłem głową odruchowo, zanim jeszcze zdążyłem to poukładać w słowa, z czymś, co było mieszaniną zmęczenia i cichej pewności, że mówiliśmy o czymś, co nigdy nie było takie proste, jak chciałoby się to dziś widzieć. - Ale i tak byśmy to zepsuli. - Powiedziałem wprost, bez ozdobników. - Tak czy siak. - Oparłem przedramiona o kolana, splatając palce mocniej, niż było trzeba. - Gdybyśmy zostali obok siebie, to nie utszymałoby się w tej folmie. - Wzruszyłem ramionami. - Albo byśmy pszekloczyli glanicę, albo udawali, sze jej nie widzimy, asz zaczęłoby to gniś. Nie dało się inaczej. - Parsknąłem cicho, gorzko. - To nie była lelacja, któlą dało się zakonselwowaś. Zostawiś w słoiku s napisem „przyjaźń” i postawić na półce. - Zerknąłem na nią, krótko, i znów spuściłem wzrok. - Jusz wtedy to widziałem. Nie umiałem tego nazwaś, ale widziałem. Twoje śliczne oczy, ten cholelnie ładny łuk walgi, sposób, w jaki malszczyłaś nos, kiedy się śmiałaś. Pieldoły. Dulne, małe szeszy. - Prychnąłem cicho. - I to, jak szucałaś mi się na szyję po wyglanym meczu w quidditcha, jak kibicowałaś, jak czekałaś na mnie po tleningach. - Przerwałem na moment, bo obraz był zbyt wyraźny. - Czekałem na to. Na ten moment. I nie w sensie „o, fajnie, pszyjaciółka”. Tylko… Czekałem. - Odchyliłem się lekko do tyłu, opierając dłonie za sobą. Nie byłem tym typem, który siada i myśli „oho, to już zadurzenie”, byłem dzieciakiem, głupim, zapatrzonym, wkurzonym na świat, wtedy nie myślałem jak ktoś „na granicy”, nie wiedziałem, że już dawno tam jestem. - Nie bylibyśmy „pszyjaciółmi na zawsze”. - To nie była wielka nowość, po prostu „aha, to tak”, które miało się z perspektywy dorosłego człowieka. Nie wierzyłem w przeznaczenie, wielkie plany wszechświata ani mityczne „tak miało być”, ale wiedziałem jedno. - To nie była kwestia czasu. - Przesunąłem dłonią po twarzy, czując szorstkość zarostu. To była kwestia okoliczności, takich, które nas odsunęły, zanim zdążyliśmy wpaść w coś, z czego nie dałoby się już wyjść „po koleżeńsku”. - Pewnie za któlymś lasem bym cię pocałował. Bezmyślnie. Pod stadionem, dszewem na błoniach, gdzieś między zajęciami. Głupio. Jak idiota, któly nie losumie, sze właśnie pszeklacza glanicę, któlej nie da się cofnąć. I to by było to. - Uniosłem kącik ust w krótkim, krzywym uśmiechu. - Koniec „pszyjaźni”. Finito. - Zamilkłem na chwilę, czując, jak śmiech więźnie mi w gardle. Patrzyłem w przestrzeń przed sobą, układając w głowie coś, czego nigdy wcześniej nie powiedziałem na głos, nie mówiłem tego teraz z perspektywy „o, zobacz, jak pięknie się wszystko ułożyło”, i to dało się wyczuć. - I wtedy nie mielibyśmy dzisiejszych doświadczeń, ploblemów. - Dodałem ciszej. - Mielibyśmy inne. Golsze albo lepsze, nie wiem. Ale na pewno nie plostsze. - Oparłem się plecami o kanapę, wpatrując się w sufit. - Nie mam pojęcia, czy mając wleszcie widmo posiadania „własnego dziedzica” mój ojczym pozwoliłby mi po plostu wyjść tylną blamą s tego cylku. Pewnie nie. - Skrzywiłem się. - A wiem, sze i tak bym wyszedł. Pytanie tylko czy s tobą, czy pszes bagno, po pas, s noszem w zębach, czy tlochę balsiej elegancko. Czy musiałbym uciekaś. Czy dałoby się to pszejść bokiem. Czy to by było łatwiejsze, czy kompletnie niemoszliwe. - Więc nie, to nie tak, że „gdybyśmy tylko zrobili coś inaczej, to by przetrwało”, nie przetrwałoby, zmienilibyśmy tylko sposób, w jaki by się rozpadło. Teraz przynajmniej wiedzieliśmy, że nie uciekliśmy przed czymś, co dało się uratować w „bezpiecznej” formie. My po prostu nie byliśmy wtedy bezpieczni dla samych siebie. Teraz? Miała rację, mogło być inaczej, nawet jeśli to nie było łatwe.
Poczułem ulgę niemal od razu, jak tylko się do mnie dosunęła - tę prostą, fizyczną ulgę, która przychodzi szybciej niż myśl, szybciej niż jakiekolwiek wnioski, ciało wiedziało wcześniej, jak bardzo było to istotne. Przesunąłem ramię wokół niej instynktownie, bez zastanowienia, przyciągając ją bliżej, tak żeby zmieściła się cała pod moim bokiem. Była przy mnie drobna, lekka, ciepła - zawsze uderzało mnie to samo, jak niewiele miejsca zajmuje, a jednocześnie jak bardzo potrafi wypełnić przestrzeń. Przestałem patrzeć w ścianę, w podłogę, w to wszystko, co jeszcze przed chwilą wydawało się zbyt duże, zbyt ciężkie. Zamknąłem oczy na krótką chwilę, napięcie, które miałem w barkach, zaczęło powoli puszczać. Poczułem ciepło jej ciała przez materiał, oparła głowę o mój obojczyk, a ja nachyliłem się odruchowo, żeby było jej wygodniej, zawsze to robiłem, nawet nie myśląc. Broda opadła mi na jej włosy, policzek zahaczył o czubek jej głowy, pochyliłem głowę i pocałowałem ją we włosy, najpierw raz, delikatnie, niemal odruchowo, potem jeszcze raz, trochę wolniej. Ten gest wyszedł ze mnie bez zastanowienia, miękko, czule, zupełnie nie w moim zwyczajowym stylu, ale przy niej nigdy nie było „zwyczajowo” - to była najoczywistsza rzecz na świecie. Zapach jej włosów był znajomy, uspokajający, jak coś, co zawsze było moje, nawet wtedy, gdy formalnie nie było. Pachniała znajomo, ciepło, domowo - to słowo przyszło do mnie nagle, bez zaproszenia. „Dom”. Nie budynek, nie ściany, tylko to, właśnie to. Przesunąłem kciukiem po jej plecach, ledwie wyczuwalnie, w tym prostym, powtarzalnym ruchu, który zawsze działał lepiej niż jakiekolwiek słowa - czułość bez deklaracji, obecność bez obietnic rzucanych na wiatr. Wypuściłem powietrze, długim, ciężkim wydechem, takim, którego wcześniej nawet nie byłem świadomy, jakby coś, co trzymałem spięte od dłuższego czasu, w końcu przestało takie być.
- Nie wiem, Pluey. - Spojrzałem na nią w końcu, spokojnie, z jakimś dziwnym smutkiem, który nie miał w sobie już zbyt wiele złości. Powiedziałem po długiej chwili. Wspomnienia z tamtego domu były czymś więcej niż obrazami, były zapachem kurzu, skrzypieniem schodów, cieniem na ścianie, który znikał, gdy zapalało się światło, ale zostawał w głowie na długo po tym, jak gasło. Przesunąłem jedną dłonią po karku, jakbym próbował zetrzeć z siebie coś, co wcale nie zniknęło przez te wszystkie lata, nie do końca wierzyłem w magiczne właściwości czasu, który miał mieć wystarczająco mocy, żeby przestać widzieć duchy w każdym pustym pokoju.
- Myślałem, sze jak się od… - Urwałem, kręcąc głową, to jedno słowo wciąż przychodziło mi z trudem, może dlatego, że niosło ze sobą tyle ciężaru wspomnień, zwłaszcza w tym momencie - nie chciałem, żeby kiedykolwiek ktoś patrzył na mnie tak, jak ja patrzyłem na to wszystko - z lękiem i złością jednocześnie. - S tego wylwę, to będę… Wolny. - Powiedziałem cicho, przygryzając dolną wargę, jakbym chciał sam siebie uciszyć, mimo to, dokończyłem myśl. - Ale to tak nie działa. - To siedzi w tobie, nawet kiedy wszystko inne zostawisz. Uczysz się nie mówić, nie prosić, nie ufać, nie pokazywać, potem nagle orientujesz się, że masz trzydzieści parę lat i nawet nie potrafisz rozmawiać o tym, co cię boli, bo to nie jest „stosowne”. Dlatego długo nie myślałem o tym, by sobie stworzyć coś swojego - bo jak coś jest twoje, to można ci to zabrać, a jak nie masz nic, to nie ma co cię zaboleć. A teraz… Miałem wszystko. Trudno było tego nie zauważyć.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (27689), Prudence Fenwick (14989)




Wiadomości w tym wątku
[12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 13.01.2026, 19:55
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 13.01.2026, 21:31
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 14.01.2026, 02:06
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 14.01.2026, 10:26
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 14.01.2026, 16:00
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 14.01.2026, 18:30
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 14.01.2026, 22:16
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 14.01.2026, 23:11
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 15.01.2026, 18:16
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 15.01.2026, 21:12
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 18.01.2026, 05:00
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 24.01.2026, 23:38
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 26.01.2026, 04:38
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 26.01.2026, 13:52
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 28.01.2026, 02:26
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 29.01.2026, 20:23
RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 30.01.2026, 22:07

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa