– Jestem pewna, że Berht dokładnie to robił. Znaczy zakradał się do kuchni i płakał, że jest głodny – parsknęła pod nosem, wyobrażając sobie niemalże zamierzchłe czasy. Zmienili się – wszyscy z nich. Ich życia potoczyły się w różnym kierunku, ich dorosłe życia przypadły na czasy niepokoju, których widmo próżno było szukać, gdy jeszcze się uczyli i największym problemem było wypracowanie na dwie rolki pergaminu z transmutacji. Hogwart zdawał się słodkim wspomnieniem, przypominającym lepki syrop z owoców, który należy rozcieńczyć wodą – pachniał ciężkością i parnością lata, chociaż to był jedyny czas w roku, w którym się w Hogwarcie nie siedziało. Pachniał też piernikami i puddingiem świątecznym, i wszystkimi pysznymi pasztecikami i smakołykami, jakie przygotowywały dzielne skrzaty.
– Też rozmawiałam z Sarah, ale bardziej o samym Limbo i tak dalej – mruknęła. – Nie szukałam za wiele o tym rytuale, no może dopiero czegoś, jak się tego pozbyć – i to, na szczęście, okazało się skuteczne.
To nie tak, że Victoria była święta, swojego pierwszego narzeczonego nie znosiła tak bardzo, że zadawała się w tamtym czasie z kim innym, nie miało to jednak miejsca, gdy zorientowała się, że Sauriel nie jest wcale taki zły, a było to jeszcze przed ich zaręczynami w Beltane. Nie wyobrażała sobie lubić kogoś, spotykać się z własnej woli (bo jasne, zmuszono ich do zaręczyn, ale i tak się widywali i to bez pomocy i przymusu rodzin) i jednocześnie flirtować albo jeszcze więcej z innymi – wydawało jej się to mocno nie w porządku. No bo jasne, małżeństwa aranżowane były jakie były, to często była transakcja dla rodzin i nikt się nie pytał młodych o zdanie w takich momentach, czasem jednak zdarzało się, że ślepej kurze trafiło się ziarno i… było jak z nią i Saurielem. Z początku się nie znosili, ale gdy dali sobie szansę się poznać, okazało się, że diabeł nie był taki zły, jak go malowali.
Uśmiechnęła się blado, opierając się na moment na ramieniu Brenny, gdy ta ją objęła dla otuchy.
– Nie wiem, nigdy wprost mi nie powiedział, że mu się podobam – niedopowiedzenia królowały w tamtej relacji, bo Sauriel nie mówił jej wielu rzeczy, o których myślał. Ba, była przekonana, że jedno myślał, drugie mówił, a trzecie robił. Chociaż w pewnym momencie faktycznie starał się jej wyjaśnić jakieś swoje zachowania i to, dlaczego się o coś złości, albo dlaczego potrzebuje chwili przestrzeni i tak dalej. I zwykle starał się przy niej hamować swój język i nie zwracać nadmiernie obscenicznie.
A później kiwnęła tylko głową na to o Rookwoodach w ogólności – Brenna miała tutaj dużo racji, a Victoria nie mogła się nie zgodzić, bo widziała przecież, jak traktowała go rodzina, a w szczególności ojciec. Sauriel przywdziewał maskę, by było łatwiej i tak do niej przywykł, że zapomniał, że pod spodem nadal znajduje się człowiek. Miał jednak świadomość tego, że gdzieś w głębi duszy poszedł złą drogą, wybrał zły kierunek, bo i sam siebie nazywał śmieciem, porównywał do rynsztoka… I Victoria nie mogła oprzeć się też wrażeniu, że Sauriel wyjechał, bo… Nie chciał jej pociągnąć za sobą. A może nie było też innego sposobu, by wyrwać się spod wpływu Voldemorta. Może mu groził. Nie wiedziała – mogła się tylko domyślać, teraz nie miało to już mieć aż takiego znaczenia, bo było po wszystkim.
– Nie jest łatwo dostać kosza dwa razy od tego samego faceta…. Ale za drugim razem bolało chyba trochę mniej – stwierdziła, krzywiąc się na tamten łyk ognistej, która paliła ją teraz w gardło. – Teraz przynajmniej nie mówił, że jestem jego inspiracją do życia, żeby kilka dni później próbować się zabić – tamto wtedy to było dla niej za dużo. Teraz… Bolało ją zwłaszcza następnego dnia, rozryczała się nawet nad nieudanym ciastem, ale jakoś ostatecznie wzięła się w garść, żeby to przetrwać. Wiedziała, że najgorszy będzie początek, a teraz mijały prawie dwa tygodnie. – To nie jest jakieś super świeże. Chciałam z nim porozmawiać wtedy, jak znalazłyśmy tę piwniczkę, wiesz, żeby uważał. No i wtedy mi właśnie powiedział, że wyjeżdża i papa – nie musiał się nawet długo pakować, bo większość rzeczy stracił w pożarze. – Ale byłoby miło nie być drugim wyborem po blondynkach – to była mila myśl. A Victorię do tego tym bardziej niezwykle drażniło, że w otoczeniu Sauriela kręciły się niemalże same blondynki! Jak na Lammas trafiła na niego w towarzystwie Lorraine Malfoy, to myślała, że szlag ją trafi na miejscu.