01.02.2026, 21:49 ✶
Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy wtuliła się we mnie tak naturalnie, jakbyśmy robili to od zawsze, po czym mocniej objąłem ją ramieniem, odruchowo, bez zastanawiania się, czy „wypada”. Leżeliśmy tak na piasku, słońce paliło niemiłosiernie, fale szumiały gdzieś w tle, a ja starałem się wmawiać sobie, że to po prostu kolejny zwyczajny dzień, jakby nie siedziało mi to wszystko w klatce piersiowej dużo głębiej, niż powinno. Tym bardziej, gdy spoglądała na mnie tymi swoimi niesamowicie głębokimi oczami, które zawsze sprawiały, że miałem ochotę albo ją pocałować, albo walnąć pięścią w piach z bezsilności - szczerze mówiąc, zrobiłem to drugie w myślach już chyba z tysiąc razy - widziałem każdą jaśniejszą i ciemniejszą plamkę w brązowych tęczówkach, które nawet bez tego potrafiły przyciągać moje spojrzenie jak magnes. Czułem każdy jej oddech na obojczyku. Każdy. Cholerny. Oddech. Leżała na mnie jak na własnym materacu, ciało miała idealnie wpasowane w moje, biodra dokładnie tam, gdzie nie powinny być, jeśli mieliśmy udawać, że to nadal tylko przyjaźń, jedna jej noga została zgrabnie przerzucona przez moje udo, piersi miękko wciskały mi się w klatkę, a ja musiałem udawać, że to mnie w ogóle nie rusza - to po prostu „nasza” plażowa wygoda, nic wielkiego, już prawie odwieczny, nudny schemat postępowania - i zdecydowanie nie myślę o tym, że zaledwie kilka centymetrów dzieli wargi Prudence od mojej skóry. Starałem się wyglądać tak, jakbym nie miał ochoty złapać jej za łopatki i przycisnąć mocniej do torsu, tylko po to, żeby przestała się w końcu ruszać i dała mi odrobinę spokoju. Dlaczego? Sam zadawałem sobie to pytanie, bo przecież w pewnym momencie naszej historii wszystko wyglądało zupełnie inaczej, gdy nie wiedzieliśmy jeszcze, kim dla siebie byliśmy w przeszłości, nie było między nami tej dziwnej granicy, dopiero później wszystko się skomplikowało.
Powinienem był powiedzieć „wstawaj, bo mi noga zdrętwiała”, ale zamiast tego leżałem jak idiota i pozwalałem Prue być tam, gdzie chciała, bo gdzieś tam w głębi duszy ja też tego pragnąłem, choćby dlatego, że dzięki temu mogłem poczuć zapach jej kremu do opalania i truskawek zmieszany z solą oceaniczną - zdecydowanie jedno z najlepszych połączeń, jakie istniały w tym miejscu, moje ulubione - nawet jeśli musiałem zacisnąć zęby, żeby nie sapnąć. Chciałem czuć te wszystkie nuty dłużej, pozwolić im na chwilę wypełniać mi nozdrza, nawet jeśli wiedziałem, że za kilka godzin będę się nim męczył, zwłaszcza w środku nocy, kiedy już jej nie będzie obok. Prychnąłem, bardziej nosem niż śmiechem, i obróciłem podbródek w bok, jakbym patrzył na coś bardzo interesującego gdzieś daleko nad linią wody. Przez chwilę nic nie mówiłem, bo wiedziałem, że jak się odezwę od razu, to wyjdzie mi coś zbyt szczerego albo zbyt głupiego, a ja zwykle celowałem w złoty środek pomiędzy jednym a drugim.
- Bardzo mi się podoba, że w twojej głowie „przyjaciel” i „królik doświadczalny” to prawie synonimy. - Mruknąłem, po czym pokręciłem głową, bo brzmiało to już podejrzanie precyzyjnie. - Wiesz, że zawsze mnie rozbraja, jak mówisz o mnie w trybie ogłoszenia matrymonialnego. Bardzo uprzejmie z twojej strony. - Parsknąłem cicho, kiedy zaczęła wyliczać moje „atuty”, jakby czytała anons z działu przygód wysokiego ryzyka. - Brzmi, jakbyś próbowała sprzedać mnie lepiej niż ja sam siebie. Aż się dziwię, że z takim wsparciem jeszcze nie mam kolejki chętnych. - Zamilkłem na chwilę, a następnie prychnąłem po raz kolejny, to było to moje charakterystyczne charknięcie - pół śmiech, pół „nie masz pojęcia, co właśnie powiedziałaś”. - Brakuje tylko małego druczku. - Uniosłem brew, bo skoro właśnie robiła mi bardzo uprzejmy audyt życiowy, powinna była robić to dokładnie. Brakowało tylko tabelki z plusami i minusami oraz rubryki „potencjał rozwojowy”. - „Lekko uszkodzony egzemplarz, bez gwarancji”. - Uśmiechnąłem się krzywo, ale zaraz zmiękłem, kiedy znów wygodnie ułożyła się na mojej klatce piersiowej. - Wyglądam całkiem nieźle, bo aktualnie jestem opalony i nie krwawię. - Dodałem. - Interesującą pracę mam, bo wchodzę w miejsca, do których rozsądni ludzie nie wchodzą. A że się nie nudzę? No cóż. To akurat prawda. Nuda mnie nie lubi. To nie jest stabilność, Pruey. To jest dobrze opakowany chaos. Zresztą sama wiesz. - Zawsze mnie bawiło, jak potrafiła rozkładać ludzi na czynniki pierwsze i składać ich z powrotem w wersji „optymistycznej”. Tak, zdecydowanie nie było tam tego fragmentu, w którym byłoby napisane, że jestem chronicznie nieprzystosowany do normalnych relacji, mam alergię na stabilizację i wyjątkowy talent do wikłania się w sprawy, które praktycznie zawsze kończyły się jakąś albo blizną, albo ewakuacją.
- Jasne, że nie mogę narzekać bez przerwy. Mam aktywną robotę, słońce nad głową, blizny w ciekawych miejscach i… - Przesunąłem kciukiem po jej dłoni, tej, która nadal spoczywała na mojej klatce piersiowej, i westchnąłem teatralnie. - Ta „najfajniejsza przyjaciółka na świecie”… - Powiedziałem to lekko, półżartem, ale w środku coś mi się ścisnęło, zawsze tak było, kiedy sprowadzała nas do tej jednej kategorii. - Tego akurat nie podważę. To jest mój as w rękawie.
A gdy tak zdecydowanie wypowiedziała się o poltergeiście, zamknąłem na moment oczy, jakbym naprawdę się nad tym zastanawiał, aż wreszcie uniosłem rękę i udając pełną powagę, przyłożyłem ją do serca.
- Wobec tego obiecuję, że jeśli to się kiedyś wydarzy, stanę się bardzo aktywnym bytem astralnym. Będę zapalał ci świece, przysuwał narzędzia i robił „puk puk” w porach lunchu, żebyś oderwała się od pracy. - Stwierdziłem, jakbyśmy dyskutowali o czymś, co jest całkiem zabawne, ale nigdy się nie wydarzy, a nie o losie, który kiedyś prawdopodobnie rzeczywiście mnie trafi obuchem w potylicę. Nie byłem typem faceta, który osiadał w mglistym kadrze z kubkiem herbaty, żyjąc normalnym życiem, i oboje zdawaliśmy sobie z tego sprawę.
Odchyliłem głowę w tył, wpatrując się w niebo, jakbym próbował to naprawdę rozważyć. Słońce było zbyt jasne, piasek za gorący, a jej słowa… Zbyt celne, jak na coś rzuconego mimochodem, ja natomiast wolałem unikać sytuacji, w których miałem ochotę teatralnie umrzeć wewnętrznie. Nie lubiłem zastanawiać się nad tym, czemu w jednym jedynym przypadku, w którym naprawdę chciałem, by było inaczej, musiałem pogodzić się z rzeczywistością, nie dramatycznie, nie z rozpaczą, po prostu… Nie lubiłem. Przez chwilę milczałem, a potem zerknąłem na nią z ukosa, z tym moim krzywym półuśmiechem, który zwykle oznaczał, że zaraz powiem coś, co nie zabrzmi jak standardowa deklaracja.
- „Może kiedyś się znajdzie”… - Powtórzyłem powoli, jakbym degustował te słowa. - Uwielbiam ten optymizm. Naprawdę. Brzmi jak coś pomiędzy horoskopem a wróżbą z fusów. - A jak zdawała sobie sprawę, niespecjalnie wierzyłem w takie znaki, nigdy się nie sprawdzały, nie w moim przypadku - to nie było tak, że los czy wszechświat mnie nie lubił, wcale tak nie twierdziłem, po prostu przewidywanie mojej przyszłości było… Nieprzewidywalne. Zbyt wiele zmiennych, za dużo czynników. - Musiałaby to być naprawdę wyjątkowa kobieta. - Mruknąłem, bardziej do siebie niż do niej, mrużąc oczy, jakbym właśnie usłyszał coś rozbrajająco naiwnie optymistycznego, nieprawdopodobnego w ten uroczy sposób. Zawiesiłem spojrzenie na niebie, nawet nie próbowałem sobie takiej wyobrazić, już wiedziałem, że to niebezpieczna gra. - Nie szukam miłości - dodałem spokojniej - to nie jest jedna z tych rzeczy, które odhaczasz na liście obok „kupić mleko” i „nie umrzeć dzisiaj”. - Spojrzałem na nią kątem oka, z tym krzywym uśmiechem, który zwykle maskował rzeczy, których nie chciałem rozwijać. - Nie chodzę po świecie z listą cech idealnej kobiety w kieszeni. To nie jest tak, że czekam, aż objawi się jakaś mityczna siła, przez którą nagle polubię deszcz, beton i herbatę z mlekiem. Mam swój typ i on jest, delikatnie mówiąc, problematyczny. - Uśmiechnąłem się krzywo, bo oboje wiedzieliśmy, co miałem na myśli, a następnie przesunąłem językiem po zębach, wzruszając ramionami. To był całkiem powtarzalny żart, coś w rodzaju powrotu do przeszłości, samych korzeni, bo już kiedyś o tym rozmawialiśmy. W rzeczywistości miałem określony typ, tak, ale ten, który mówił „radzę sobie, ale możesz iść obok, jeśli chcesz”, nie ten toksyczny, z którego tak usilnie żartowałem - ten drugi po prostu lgnął do mnie, podczas gdy ten pierwszy nie patrzył na mnie w kategoriach romantycznych. - Więc kiedy życzysz mi takiej kobiety, to pamiętaj, że życzysz mi czegoś, co statystycznie mówiąc źle się dla mnie kończy. - Nie powiedziałem tego jak skargę, raczej jak suchy fakt, coś między prognozą pogody a statystyką wykoleń pociągów. Nie kłamałem zresztą, naprawdę nie widziałem siebie w roli faceta, który z entuzjazmem kupuje zasłony pod kolor londyńskiej mgły.
Kącik ust drgnął mi w krzywym uśmiechu.
- Serio myślałaś, że ktoś mógłby tak po prostu zająć twoje miejsce? - Pokręciłem głową. - Nie działa to w ten sposób. - Zamilkłem na moment, czując jej ciepło, jej oddech, ten absurdalnie intymny spokój, który zawsze między nami wisiał. Nie powiedziałem „na szczęście” ani „niestety”, zostawiłem to zawieszone między nami, bo było to dla mnie wyjątkowo jasne. Wspomnienia wróciły same, jak fala, tamta przerwa, tamto głupie milczenie, te wszystkie niedopowiedzenia, które narosły między nami jak kurz w opuszczonym pokoju.
- Byłaś zazdrosna, mówisz. - Rzuciłem bezceremonialnie. - Nie „może”, nie „trochę”. Byłaś. Tak po cichu, elegancko, z uniesioną brodą i udawaniem, że wcale cię to nie obchodzi. Klasyka. - Nie dałem jej nawet szansy zaprzeczyć, parsknąłem cicho i przekrzywiłem głowę, patrząc na nią z dołu, jakbym właśnie złapał ją na czymś oczywistym. Doskonale pamiętałem te momenty, gdy mi samemu też towarzyszyła tamta irracjonalna, natrętna myśl „zaraz go mentalnie zakopię pod trybuną Quidditcha”, dotycząca kogoś, kogo prawdopodobnie nawet nie rozważała na kumpla. Pokręciłem głową z niedowierzaniem, po czym nachyliłem się minimalnie bliżej. - A skoro już wyciągamy stare trupy z szafy… Ja byłem. - Wypuściłem powietrze nosem, to było absurdalne, jak bardzo ta jedna osoba potrafiła rozbrajać mnie do rdzenia. Przeniosłem spojrzenie z jej oczu na linię szczęki, potem z powrotem. - Z tym, że przyjąłem strategię, by być w tym strasznie niemiły. Okropnie. Płoszyłem moich potencjalnych zastępców jak gołębie na dziedzińcu. Kompletnie odruchowo. - Uniosłem kącik ust, ale w środku czułem znajome ukłucie, to nie był temat do żartów, tylko ja zawsze wszystko obracałem w żart, tak już po prostu miałem. - Niejeden z nich do dziś pewnie uważa mnie za socjopatę. Musisz mi to wybaczyć, intencje miałem słuszne, sposób komunikacji to inna bajka. - Palcami zaczepiłem o pasmo jej włosów, zakręciłem je wokół palca, potem puściłem. Słońce odbijało się w ciemnych puklach, czułem ciepły oddech na swojej skórze, było w tym wszystkim coś boleśnie znajomego, zawsze dotykaliśmy się za dużo jak na „tylko przyjaciół”, zawsze było między nami to zawieszenie, ten brak jednoznaczności, który nauczyliśmy się traktować jak normalność.
Potem, kiedy z tym swoim błyskiem w oku ogłosiła, że muszę o nią dbać, bo nie znajdę drugiej takiej jak ona, prychnąłem rozbawiony - szczególnie ten triumfalny uśmiech nie umknął mojej uwadze.
- O, widzę, że już wyciągasz wnioski. - Rzuciłem, krzywiąc się teatralnie. - „Nie znajdziesz drugiej takiej jak ja”, tak? Skromność też masz po babce? - Pokręciłem głową z rozbawieniem, słońce waliło z góry bez litości, a ja udawałem, że rozważam jej słowa z filozoficzną powagą, chociaż tak naprawdę byłem zajęty tym, jak kosmyki włosy łaskoczą mnie po szyi. - Ej, halo. Jeśli już mam polec, to przynajmniej w spektakularny sposób. Lawina. Starożytna klątwa. Eksplozja czegoś bardzo nielegalnego. - Te wyobrażenia wywołały u mnie krótki, chrapliwy śmiech, nawet jeśli miały duże prawdopodobieństwo wydarzenia się kiedyś w przyszłości. - Coś z rozmachem. - Machnąłem ręką, gotów przyjąć tak naprawdę cokolwiek z odpowiednią dramaturgią. - A nie… Podgryzanie łydki. - Mój ton był lekki, w środku jednak czułem znajome ukłucie, to „zasługujesz na coś więcej” odbiło mi się echem gdzieś pod żebrami, bo ona zawsze mówiła takie rzeczy, jakby chodziło o fabularne zakończenia, a ja wiedziałem, że prawdziwe „więcej” leżało teraz dokładnie na mnie, z dłonią na mojej klatce piersiowej, i to samo w sobie było jak powolne umieranie za życia. - Chcę, żeby ballady miały przynajmniej cztery zwrotki, do tego potrzeba sporo materiału. - Dodałem jeszcze luźniej, po czym pozwoliłem sobie na krótką pauzę, wsłuchując się w szum fal.
Jej tekst o „akcie własności” skomentowałem uniesieniem brwi. „Akt własności”, jasne, oczywiście, że tylko Prue potrafiła to ująć właśnie w ten sposób, nie mając na myśli niczego, co momentalnie powinno było się tam nasuwać.
- Ej, ej, chwila. Halo, proszę pani. Z tym aktem własności to bym się tak nie rozpędzał. - Westchnąłem teatralnie i spojrzałem w niebo, mrużąc oczy od słońca. Przesunąłem dłonią po piasku obok jej biodra, rysując bezsensowny kształt, bardziej dla zajęcia palców niż z jakiegokolwiek innego powodu. - To jest… - Urwałem, szukając odpowiedniego słowa, które nie zabrzmiałoby tak, jak to, co przez chwilę pojawiło się w mojej głowie. - Dzierżawa? - To już brzmiało bardziej w stylu tego, na co oboje pozwalaliśmy sobie przez lata, jak coś wyciągniętego z bardzo kreatywnej umowy prawnej, najlepiej spisanej na serwetce w barze gdzieś pośrodku niczego. - Korzystaj, póki możesz. Jak wrócimy do roboty, znowu będziesz mnie widzieć głównie z plecakiem i w biegu. - Przeciągnąłem się lekko, pozwalając jej dalej leżeć na mnie, nie dlatego, że byłem altruistą, tylko dlatego, że to było obustronne - znikanie, rozmijanie się, powroty, krótkie chwile spokoju - być może nie mówiłem o ciemnych stronach tego układu, to była moja tarcza, zawsze nią była, ruch, droga, kolejne zlecenia, kolejne miasta - łatwiej było żartować z własnej niestabilności, niż powiedzieć wprost, że nie potrafiłem usiedzieć w jednym miejscu, bo wtedy musiałbym przyznać, że to nie tylko kwestia charakteru, ale też strachu przed utknięciem. Przed tym, że coś by się ustabilizowało na tyle, że mógłbym to stracić. Przez chwilę milczałem, patrząc, jak jej włosy opadają na moje ramię. Pamiętałem Hogwart aż za dobrze, te dwa lata, kiedy byliśmy praktycznie nierozłączni, kiedy wszystko było prostsze, bo świat kończył się na murach szkoły i planach na najbliższy tydzień, nie było wtedy rachunków, decyzji o przyszłości, kompromisów, było „chodź”, „zostań”, „masz chwilę?”, to wystarczało. Teraz już nie wystarczało, teraz każde spotkanie było jak punkt pomiędzy długimi odcinkami samotnej drogi, wydarzało się przez czas nieokreślony, z możliwością nagłego przerywnika, gdy świat znowu postanowi rzucić nami w inną strefę czasową.
Oparłem głowę głębiej w piasku i pozwoliłem, żeby ciężar „mojej partnerki” rozłożył się wygodniej dla niej. Słońce paliło równo, fale szumiały gdzieś obok, a ja udawałem, że to jest po prostu kolejny zwyczajny dzień na plaży, a nie jedna z tych chwil, które później wracają w snach. Wiedziałem, że ona prędzej czy później wybierze stabilność, ja zawsze wybierałem drogę, dlatego właśnie byliśmy przyjaciółmi i nikim więcej. Patrzyłem w niebo, próbując nie oddychać zbyt głęboko, bo każdy wdech sprawiał, że jej piersi mocniej przyciskały się do mojego boku. Próbowałem myśleć o czymś innym - o falach, mewie, która właśnie próbowała ukraść komuś frytki. Pachniała solą, kremem do opalania, mieszanką perfum, kosmetyków i charakterystycznym zapachem, który był tylko jej - tym czymś, co zawsze miała w sobie - ciepłem, które wwiercało mi się pod skórę i zostawało tam na całe tygodnie. Cholera, znałem na pamięć nawet sposób, w jaki jej włosy łaskotały mnie w szyję, kiedy wiatr je poruszał. Przesunąłem dłonią po jej plecach, trochę wyżej, trochę niżej, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie. Nie ruszałem się jednak bardziej, nie mogłem, gdybym drgnął, pewnie bym ją objął w pasie i przycisnął mocniej, a tego nie wolno mi było robić bez żadnego konkretnego powodu. Przyjaciele nie robią takich rzeczy, przyjaciele pozwalają, żeby ich używać jako materaca i udają, że to normalne. Patrzyłem w niebo, w te cholerne ptaki, które robiły kółka jak debile, i próbowałem nie myśleć o tym, jak uda Pruey obejmowały moje biodra - próbowałem, naprawdę - nie wychodziło. Jej ciało idealnie przylegało do mojego, jakby byliśmy jedną z tych par z katalogów turystycznych, które nie musiały nic mówić, by wszyscy wokół wiedzieli, że należą do siebie. W rzeczywistości zawsze było tak samo „jesteś taki wygodny”, „masz idealną temperaturę”, „nie ruszaj się, bo mi zimno”. A ja? Ja leżałem jak idiota i pozwalałem. Bo co miałem zrobić? Odepchnąć ją? Powiedzieć, że nie chcę być jej ludzkim podgrzewaczem? Wolę, żeby w ogóle na mnie nie leżała, niż żeby leżała tak, jakby to nic nie znaczyło? Głowa na mojej klatce, jedna noga przerzucona przez moją, palce stóp leniwie muskające moją łydkę. Piasek pod nami był prawie nieludzko ciepły, ale to ta bliskość paliła mnie od środka - starałem się nie analizować każdego ruchu, każdego oddechu, który sprawiał, że moja krew wrzała.
Westchnąłem cicho, bardziej nosem niż płucami, kiedy wtuliła się we mnie tak naturalnie, jakby to było nasze stałe miejsce na świecie, oparłem policzek na jej włosach na krótką sekundę, odruchowo, zanim zdążyłem to skomentować czymkolwiek mądrym. Pozwoliłem sobie na ten jeden prawie bezgłośny wydech, który zwykle robiłem wtedy, kiedy coś mnie uwierało, ale nie miałem zamiaru robić z tego dramatu - bo przecież byłem tym od noszenia toreb, od pilnowania, żeby nie wchodziła w podejrzane układy, od „uważaj”, „patrz pod nogi” i „daj, ja to zrobię”. Prawie jak starszy brat, tylko z gorszymi nawykami i znacznie lepszym refleksem, i właśnie tą rolą się zasłaniałem, jak tarczą, gdy zdarzało mi się paplać rzeczy, które normalnie brzmiałyby znacznie bardziej jednoznacznie.
Kiedy zeszło na tego nowego z ekipy, spoważniałem odrobinę - nie na tyle, żeby było to widać na pierwszy rzut oka, ale wystarczająco, żebym sam to poczuł.
- Może to zboczenie zawodowe, ale są ludzie, którzy pachną problemami na kilometr. On ma dokładnie ten zapach. - Zerknąłem w tamtą stronę, gdzie kręcił się wcześniej, po czym wywróciłem oczami teatralnie, tak, żeby to było bardziej „no, proszę, stara” niż faktyczny wyraz zaniepokojenia - a przecież odczuwałem je za każdym razem, gdy widziałem, jak tamten typ orbitował wokół Prudence, uśmiechając się zbyt szeroko, a ona tylko kiwała głową, jakby to było nic. Przesunąłem dłonią po twarzy, potem po włosach, jakbym zbierał myśli w całość, i zerknąłem na nią spod przymrużonych powiek. Zawiesiłem na niej spojrzenie, zbyt długie jak na zwykłą rozmowę, ale nadal na tej cienkiej granicy między żartem a czymś innym. Taki mały, desperacki akt samoobrony.
- No, jasne, wiem, że nie. Ty nie prosisz. Ty po prostu… Istniejesz. - Zrobiłem krótką pauzę, żeby dotarło do niej to, że tak naprawdę wcale nie musiała nic robić, by ściągać na siebie uwagę - nie miałem pojęcia, jakim cudem zdawała się zupełnie nie dostrzegać wpływu, jaki miała na tych wszystkich facetów w okolicy, zwłaszcza w miejscach, które były odludne i na ogół pozbawione ludzi takich jak ona. Westchnąłem na pokaz, przesunąłem dłonią po jej kręgosłupie w dół, zatrzymując się tuż nad talią - nie za nisko, ale wystarczająco nisko, żeby każdy, kto by nas teraz widział z boku, zrozumiał, że to nie jest zwykłe „przytulanko między kumplami” - to było silniejsze ode mnie. Moje palce niemal zahaczyły o troczek od dołu stroju, nie robiąc nic z tym faktem, ale będąc tam o sekundę za długo - za długo, żeby to było przyjacielskie, za krótko, żeby było czymś więcej.
- Nie mówię, że robisz to specjalnie. - Dodałem szybko, żeby nie zabrzmiało jak oskarżenie, ignorując, że zabrzmiałem niezbyt logicznie, bo przecież istniała celowo. - Proszę cię… Wierzę w twoje instynkty. - Mruknąłem, jakbym naprawdę musiał się powstrzymać, żeby nie prychnąć. Jej słowa brzmiały, jakby czuła, że moje wcześniejsze komentarze sugerowały, iż biegała za nim jak jakaś głupiutka nastolatka, a to wcale nie było moim zamiarem. - Po prostu… Jesteś. I to wystarczy. Jesteś… - „Za seksowna, żeby stać z boku i udawać, że nikt nie patrzy. Oni patrzą, wszyscy, ten nowy też, widziałem, jak mu się oczy zaświeciły, kiedy się do niego uśmiechnęłaś. Myślisz, że to był uśmiech »cześć, miło cię poznać, kolego z ekipy«? Nie. To był uśmiech, po którym facet myśli »o kurwa, mam szansę«”. - Za ładna, żeby być taką miłą. Co jest, swoją drogą, potwornie niesprawiedliwe wobec reszty uzdrowicieli. - Co z tego, że było ich dwóch, z nią włącznie, a tamten - jak już ustaliliśmy - był śliski i trochę obrzydliwy. Przewróciłem oczami jeszcze raz, mocniej. Insynuowałem temu typkowi złe zamiary? Cholera, jasne, że insynuowałem. - Gdybyś była nudna i przeciętna, nikt by się za tobą nie oglądał. Ale niestety dla mojego świętego spokoju, jesteś… No. - Zawahałem się na ułamek sekundy, po czym machnąłem ręką. „Jesteś śliczna, wiesz o tym, i to nie w tym niewinnym, »ładnie wyglądasz na zdjęciach do dokumentów« sensie, jasna cholera”. - Jesteś tobą. - To było kolejne bezpieczne zdanie, w ustach kogoś innego mogłoby brzmieć jak dziwny komplement, w moich miało być neutralne, braterskie, przyjacielskie.
Zasłaniałem się tą rolą z uporem maniaka - platoniczny partner, ten od noszenia plecaka, od sprawdzania terenu, od „daj, ja to załatwię”, starszy brat w wersji terenowej, gość, który ma zawsze plan B i nóż w bucie, bezpieczna przystań - właśnie tak - to była moja oficjalna funkcja w jej życiu i trzymałem się jej kurczowo, bo alternatywa była zbyt ryzykowna.
- No, dobra, inaczej. - Zacząłem od nowa, głosem, który miał brzmieć obojętnie, a wyszedł trochę za nisko, trochę za szorstko. - Trzymasz dystans. Rozmawiasz od czasu do czasu. Uśmiechasz się normalnie. Nie mówię, że to twoja wina. Zmierzam do tego, że powinnaś na niego uważać, żebyś nie musiała się zastanawiać, czy facet, który właśnie obdarza cię spojrzeniem, myśli o tym, jak bardzo jesteś miła, czy o tym, jak bardzo chciałby zobaczyć, jak bardzo potrafisz być niegrzeczna. - Wzruszyłem ramionami, bo nie chciałem, żeby pomyślała, że ją oskarżam. - W sensie… Cholera, sama wiesz, typ musiałby być ślepy albo gejem. A ten ewidentnie nie jest ani jednym, ani drugim. - Przyjrzałem jej się uważnie, temu zmarszczeniu między brwiami, które znałem aż za dobrze. Miała rację, nie prosiła się o uwagę, ale on i tak myślał inaczej, to było jasne, bo chodził w tych samych kółkach, co wszyscy inni faceci na tej plaży, którzy widzieli ładną kobietę w tym bikini i nagle zapominali, że „miła” nie równa się „chcę cię na deskę surfingową i na resztę wieczoru też”.
- Nie twierdzę, że powinnaś chodzić z workiem na głowie i pokutnymi ciuchami do kostek. - Dodałem, bo znałem ją na wylot i wiedziałem, że pewnie zaraz by mi zarzuciła, że chcę ją zamknąć w klatce. - Ale może… Nie wiem… Mogłabyś chociaż raz nie być taka uprzejmie-miła-dla-wszystkich? Bo on już sobie wyobraża, że jak mu dasz trzy zdania i pół uśmiechu, to następnego dnia obudzi się w twoim łóżku z twoimi majtkami na lampie. - Ciągnąłem, starając się, żeby zabrzmiało to jak zwykłe przyjacielskie dogryzanie. Przewróciłem oczami jeszcze raz, dla zasady, ten gest był już tak stary jak my sami, wyuczony, zapisany w mięśniach - tak jak to, że leżeliśmy, jakby to była najbardziej naturalna konfiguracja świata - ona na mnie, ja pod nią, słońce nad nami, piasek pod nami, ocean gdzieś z boku, a całe to zamieszanie z robotą, klątwami i Australią chwilowo odsunięte na margines.
- Słuchaj. - Odezwałem się po chwili ciszy. - Ja naprawdę nie mam problemu z tym, że z kimś pogadasz. To nie jest tak, że stoję z notesem i zapisuję, kto ile razy do ciebie podszedł. Nie musisz robić tego dla mnie. - Powiedziałem. - Po prostu rób to, co uważasz za słuszne. Ja tylko… Sygnalizuję zagrożenia. Jak latarnia morska. Albo pies pasterski. Wybierz metaforę. - Na moment zamilkłem, czując ciężar tej całej bliskości. - Bo, no, więc tak - zacząłem, starając się, żeby mój głos brzmiał jak zwykle, trochę znudzony, trochę zirytowany, jak starszy brat, który nie chciał widzieć krzywdy młodszej siostry - ci tutaj nie słyszą słów, tylko widzą, jak błyszczą ci oczy, kiedy się śmiejesz, a wtedy myślą „no, ale ona się uśmiechnęła, to chyba zielone światło”. - A ten to już wyjątkowo patrzył na nią dziś, jakby była jedyną butelką zimnego piwa na czterdziestostopniowym upale. Nie był potworem, raczej, nie był przestępcą, no, nie gorszym od większości ludzi tutaj, nie miał „zła” wypisanego na czole, był po prostu jednym z tych facetów, którzy widzą piękną, samotną kobietę i zaczynają planować ruchy jak w partii szachów, gotowi obiecać jej, że będzie ich królową, podczas gdy zazwyczaj szukali kogoś, kto nie miał pełnić długoterminowo ważnej roli w ich rozgrywkach. - Może następnym razem, jak znowu przyjdzie z tym swoim „hej, co słychać, wyglądasz dzisiaj niesamowicie”, po prostu powiedz mu, że masz osobę od noszenia ręcznika i podawania kremu do opalania? Albo coś. - „Nie mówię, że masz go unikać jak ognia. Mówię, że jak jeszcze raz podejdzie i zacznie ci opowiadać, jaki to on fajny, wrażliwy i że »naprawdę nie szukał nikogo, ale ty jesteś inna«, to daj mi pretekst do ingerencji, a ja mu powiem, że ma się odpierdolić. Grzecznie. Albo niegrzecznie. Jeszcze nie wiem”.
- Pracuję na ten zaszczyt od lat, pamiętasz? - Stwierdziłem głosem, który miał brzmieć jak zawsze, czyli trochę lakoniczny, trochę rozbawiony, trochę „stara, daj spokój”, zerknąwszy na nią spod rzęs. Oddychała spokojnie, leniwie, a ja czułem każdy jej wdech i wydech na swojej skórze, jakby ktoś mi wbijał igłę prosto w mostek i powoli nią obracał, co sprawiało, że w głowie miałem już całą litanię. „Cholera, znowu to robię. Znowu mówię za dużo, znowu brzmię jak zazdrosny dzieciak. Dlaczego ja to mówię? Dlaczego nie mogę po prostu się zamknąć? Bo chcę, żeby to była prawda. Chcę, żeby to była prawda tak bardzo, że aż boli. Chcę, żeby była moja. Nie jako przyjaciółka. Nie jako »ta, której ludzie chcą dać uwagę, bo na to zasługuje, a ja zachowuję się irracjonalnie, chcąc jej to odebrać«. Jako moja. Cała. Zawsze. Na tym piasku, w tej wodzie, w tym słońcu, w tej nocy, w tym łóżku, które nigdy nie będzie nasze, bo ja nigdy nie powiem tego na głos.”
- Dobra, nieważne. - Głos mi odrobinę zadrżał na końcu, więc zakaszlałem, żeby zamaskować. W środku wiedziałem, że to kłamstwo, ale to było jedno z tych kłamstw, które powtarza się tak długo, aż zaczynają brzmieć jak prawda.
Westchnąłem ciężko, jak dzieciak, który wie, że zaraz dostanie burę, a i tak musi powiedzieć.
- Jestem średnio zadowolony. Bardzo średnio. Mogłabyś chociaż raz powiedzieć temu nowemu albo komukolwiek innemu, że masz już kogoś. Nie musi wiedzieć, że to półprawda, półściema. - „Następnym razem, jak znowu zacznie kręcić się koło ciebie z tym swoim »hej, co tam u ciebie, masz chwilę«, możesz mu po prostu powiedzieć, że jesteś zajęta. Nie musi wiedzieć czym. Wystarczy, że powiesz »zajęta« i tyle. On zrozumie. Albo nie zrozumie, ale wtedy ja mu wytłumaczę. Po swojemu.” Zamilkłem, piasek szurał pod moimi palcami, fale biły o brzeg, a ja nadal leżałem z nią na sobie, z jej ciepłem w moim ciele i z tą samą, odwieczną myślą w głowie - że gdybym tylko miał jaja, żeby przestać być „przyjacielem”, to może nie musiałbym się złościć na każdego faceta, który tylko na nią spojrzy, ale nie miałem, więc tylko zacisnąłem zęby i mruknąłem pod nosem, tak cicho, że pewnie nawet ona nie usłyszała:
- Cholera, mógłbym go utopić na promie. Nikt by nie znalazł ciała.
Myślałem o tym za każdym razem, gdy uśmiechał się do niej tym swoim „hej, jestem miły, ale tak naprawdę chcę cię przelecieć” uśmiechem, i to wcale nie dlatego, że jakoś szczególnie go nie lubiłem. Zawsze był jakiś jego pokroju. Problem leżał głębiej, bo chociaż zazwyczaj miałem rację, co do przewidywań odnośnie ludzi, moja intuicja od lat krzyczała też tym jednym zdaniem „ona leży na tobie w bikini, pachnie jak grzech, a ty wciąż jesteś za bardzo grzeczny”, i w tym przypadku również miała rację. Nie mogłem się ruszyć, bo nie chciałem, bo chciałem, żeby została, bo chciałem, żeby nigdy nie wstała, a jednocześnie chciałem wstać, odejść i przestać się torturować - te dwie myśli pojawiały się jednocześnie, jak dwa pociągi jadące na siebie po tym samym torze - czułem się największym idiotą na tej plaży, facetem od „jestem”, nie od „zostań”, leżącym tu i warczącym na każdego, kto się zbliżał, jak pies, który pilnował czegoś, czego nikt nie mógł mu zabrać, bo to coś i tak nie było jego.
Plaża, słońce, jej włosy opadające mi na obojczyk, dłoń rozłożona na mojej skórze, mój oddech zsynchronizowany z jej - normalka, codzienność - z tych wszystkich rzeczy, które w życiu potrafiły gwałtownie się rozsypać, jej obecność zawsze była stałą, nawet jeśli pojawiała się tylko na moment, nawet jeśli nasze drogi znów miały się za chwilę rozjechać. Może dlatego tak łatwo było przywyknąć, tak trudno odpuścić, trwając w zawieszeniu. Prawda była taka, że od dawna nauczyłem się maskować i nie wiedziałem, czy kiedykolwiek byłbym w stanie przestać to robić.
- Przepraszam, jeśli cię to ubodło. Wiesz, że ja mam wpisane w umowę bycie twoim osobistym systemem alarmowym. - Mruknąłem, zerkając na nią spod przymrużonych powiek. Przesunąłem palcami po jej przedramieniu, bardziej ochronnie niż flirtująco, jakbym odruchowo sprawdzał, czy wszystko z nią w porządku - ten gest miał w sobie coś z przyzwyczajenia - zawsze byłem tym, który stał trochę z boku, ale jednocześnie najbliżej. Tym, który pilnuje, żeby nie było za zimno, za gorąco, za niebezpiecznie. Kimś pomiędzy najlepszym przyjacielem a starszym bratem, nawet jeśli różnica wieku była śmieszna. - Coś jak magiczny czujnik dymu. Jak tylko ktoś zaczyna pachnieć problemem, to mi się zapala lampka. - Spróbowałem to rozluźnić, wykrzywiając wargi w grymasie.
Słońce prażyło mi twarz, sól unosiła się w powietrzu, a gdzieś w oddali ktoś śmiał się zbyt głośno. Zamilkłem na moment, słuchając fal, potem westchnąłem, przeciągnąłem się lekko pod nią i zerknąłem na wodę. Nie powiedziałem nic więcej na tamten temat, bo nie chciałem przesuwać granic, których oficjalnie nie mieliśmy, zamiast tego wsunąłem palce w jej włosy na karku, bardziej odruchowo niż świadomie, i lekko je potargałem.
- Ej, idziesz do wody? Albo po coś do picia? Mam ci coś przynieść? Muszę wstać, bo czuję, jak smażą mi się jaja. - Rzuciłem, zsuwając okulary przeciwsłoneczne na nos.
Powinienem był powiedzieć „wstawaj, bo mi noga zdrętwiała”, ale zamiast tego leżałem jak idiota i pozwalałem Prue być tam, gdzie chciała, bo gdzieś tam w głębi duszy ja też tego pragnąłem, choćby dlatego, że dzięki temu mogłem poczuć zapach jej kremu do opalania i truskawek zmieszany z solą oceaniczną - zdecydowanie jedno z najlepszych połączeń, jakie istniały w tym miejscu, moje ulubione - nawet jeśli musiałem zacisnąć zęby, żeby nie sapnąć. Chciałem czuć te wszystkie nuty dłużej, pozwolić im na chwilę wypełniać mi nozdrza, nawet jeśli wiedziałem, że za kilka godzin będę się nim męczył, zwłaszcza w środku nocy, kiedy już jej nie będzie obok. Prychnąłem, bardziej nosem niż śmiechem, i obróciłem podbródek w bok, jakbym patrzył na coś bardzo interesującego gdzieś daleko nad linią wody. Przez chwilę nic nie mówiłem, bo wiedziałem, że jak się odezwę od razu, to wyjdzie mi coś zbyt szczerego albo zbyt głupiego, a ja zwykle celowałem w złoty środek pomiędzy jednym a drugim.
- Bardzo mi się podoba, że w twojej głowie „przyjaciel” i „królik doświadczalny” to prawie synonimy. - Mruknąłem, po czym pokręciłem głową, bo brzmiało to już podejrzanie precyzyjnie. - Wiesz, że zawsze mnie rozbraja, jak mówisz o mnie w trybie ogłoszenia matrymonialnego. Bardzo uprzejmie z twojej strony. - Parsknąłem cicho, kiedy zaczęła wyliczać moje „atuty”, jakby czytała anons z działu przygód wysokiego ryzyka. - Brzmi, jakbyś próbowała sprzedać mnie lepiej niż ja sam siebie. Aż się dziwię, że z takim wsparciem jeszcze nie mam kolejki chętnych. - Zamilkłem na chwilę, a następnie prychnąłem po raz kolejny, to było to moje charakterystyczne charknięcie - pół śmiech, pół „nie masz pojęcia, co właśnie powiedziałaś”. - Brakuje tylko małego druczku. - Uniosłem brew, bo skoro właśnie robiła mi bardzo uprzejmy audyt życiowy, powinna była robić to dokładnie. Brakowało tylko tabelki z plusami i minusami oraz rubryki „potencjał rozwojowy”. - „Lekko uszkodzony egzemplarz, bez gwarancji”. - Uśmiechnąłem się krzywo, ale zaraz zmiękłem, kiedy znów wygodnie ułożyła się na mojej klatce piersiowej. - Wyglądam całkiem nieźle, bo aktualnie jestem opalony i nie krwawię. - Dodałem. - Interesującą pracę mam, bo wchodzę w miejsca, do których rozsądni ludzie nie wchodzą. A że się nie nudzę? No cóż. To akurat prawda. Nuda mnie nie lubi. To nie jest stabilność, Pruey. To jest dobrze opakowany chaos. Zresztą sama wiesz. - Zawsze mnie bawiło, jak potrafiła rozkładać ludzi na czynniki pierwsze i składać ich z powrotem w wersji „optymistycznej”. Tak, zdecydowanie nie było tam tego fragmentu, w którym byłoby napisane, że jestem chronicznie nieprzystosowany do normalnych relacji, mam alergię na stabilizację i wyjątkowy talent do wikłania się w sprawy, które praktycznie zawsze kończyły się jakąś albo blizną, albo ewakuacją.
- Jasne, że nie mogę narzekać bez przerwy. Mam aktywną robotę, słońce nad głową, blizny w ciekawych miejscach i… - Przesunąłem kciukiem po jej dłoni, tej, która nadal spoczywała na mojej klatce piersiowej, i westchnąłem teatralnie. - Ta „najfajniejsza przyjaciółka na świecie”… - Powiedziałem to lekko, półżartem, ale w środku coś mi się ścisnęło, zawsze tak było, kiedy sprowadzała nas do tej jednej kategorii. - Tego akurat nie podważę. To jest mój as w rękawie.
A gdy tak zdecydowanie wypowiedziała się o poltergeiście, zamknąłem na moment oczy, jakbym naprawdę się nad tym zastanawiał, aż wreszcie uniosłem rękę i udając pełną powagę, przyłożyłem ją do serca.
- Wobec tego obiecuję, że jeśli to się kiedyś wydarzy, stanę się bardzo aktywnym bytem astralnym. Będę zapalał ci świece, przysuwał narzędzia i robił „puk puk” w porach lunchu, żebyś oderwała się od pracy. - Stwierdziłem, jakbyśmy dyskutowali o czymś, co jest całkiem zabawne, ale nigdy się nie wydarzy, a nie o losie, który kiedyś prawdopodobnie rzeczywiście mnie trafi obuchem w potylicę. Nie byłem typem faceta, który osiadał w mglistym kadrze z kubkiem herbaty, żyjąc normalnym życiem, i oboje zdawaliśmy sobie z tego sprawę.
Odchyliłem głowę w tył, wpatrując się w niebo, jakbym próbował to naprawdę rozważyć. Słońce było zbyt jasne, piasek za gorący, a jej słowa… Zbyt celne, jak na coś rzuconego mimochodem, ja natomiast wolałem unikać sytuacji, w których miałem ochotę teatralnie umrzeć wewnętrznie. Nie lubiłem zastanawiać się nad tym, czemu w jednym jedynym przypadku, w którym naprawdę chciałem, by było inaczej, musiałem pogodzić się z rzeczywistością, nie dramatycznie, nie z rozpaczą, po prostu… Nie lubiłem. Przez chwilę milczałem, a potem zerknąłem na nią z ukosa, z tym moim krzywym półuśmiechem, który zwykle oznaczał, że zaraz powiem coś, co nie zabrzmi jak standardowa deklaracja.
- „Może kiedyś się znajdzie”… - Powtórzyłem powoli, jakbym degustował te słowa. - Uwielbiam ten optymizm. Naprawdę. Brzmi jak coś pomiędzy horoskopem a wróżbą z fusów. - A jak zdawała sobie sprawę, niespecjalnie wierzyłem w takie znaki, nigdy się nie sprawdzały, nie w moim przypadku - to nie było tak, że los czy wszechświat mnie nie lubił, wcale tak nie twierdziłem, po prostu przewidywanie mojej przyszłości było… Nieprzewidywalne. Zbyt wiele zmiennych, za dużo czynników. - Musiałaby to być naprawdę wyjątkowa kobieta. - Mruknąłem, bardziej do siebie niż do niej, mrużąc oczy, jakbym właśnie usłyszał coś rozbrajająco naiwnie optymistycznego, nieprawdopodobnego w ten uroczy sposób. Zawiesiłem spojrzenie na niebie, nawet nie próbowałem sobie takiej wyobrazić, już wiedziałem, że to niebezpieczna gra. - Nie szukam miłości - dodałem spokojniej - to nie jest jedna z tych rzeczy, które odhaczasz na liście obok „kupić mleko” i „nie umrzeć dzisiaj”. - Spojrzałem na nią kątem oka, z tym krzywym uśmiechem, który zwykle maskował rzeczy, których nie chciałem rozwijać. - Nie chodzę po świecie z listą cech idealnej kobiety w kieszeni. To nie jest tak, że czekam, aż objawi się jakaś mityczna siła, przez którą nagle polubię deszcz, beton i herbatę z mlekiem. Mam swój typ i on jest, delikatnie mówiąc, problematyczny. - Uśmiechnąłem się krzywo, bo oboje wiedzieliśmy, co miałem na myśli, a następnie przesunąłem językiem po zębach, wzruszając ramionami. To był całkiem powtarzalny żart, coś w rodzaju powrotu do przeszłości, samych korzeni, bo już kiedyś o tym rozmawialiśmy. W rzeczywistości miałem określony typ, tak, ale ten, który mówił „radzę sobie, ale możesz iść obok, jeśli chcesz”, nie ten toksyczny, z którego tak usilnie żartowałem - ten drugi po prostu lgnął do mnie, podczas gdy ten pierwszy nie patrzył na mnie w kategoriach romantycznych. - Więc kiedy życzysz mi takiej kobiety, to pamiętaj, że życzysz mi czegoś, co statystycznie mówiąc źle się dla mnie kończy. - Nie powiedziałem tego jak skargę, raczej jak suchy fakt, coś między prognozą pogody a statystyką wykoleń pociągów. Nie kłamałem zresztą, naprawdę nie widziałem siebie w roli faceta, który z entuzjazmem kupuje zasłony pod kolor londyńskiej mgły.
Kącik ust drgnął mi w krzywym uśmiechu.
- Serio myślałaś, że ktoś mógłby tak po prostu zająć twoje miejsce? - Pokręciłem głową. - Nie działa to w ten sposób. - Zamilkłem na moment, czując jej ciepło, jej oddech, ten absurdalnie intymny spokój, który zawsze między nami wisiał. Nie powiedziałem „na szczęście” ani „niestety”, zostawiłem to zawieszone między nami, bo było to dla mnie wyjątkowo jasne. Wspomnienia wróciły same, jak fala, tamta przerwa, tamto głupie milczenie, te wszystkie niedopowiedzenia, które narosły między nami jak kurz w opuszczonym pokoju.
- Byłaś zazdrosna, mówisz. - Rzuciłem bezceremonialnie. - Nie „może”, nie „trochę”. Byłaś. Tak po cichu, elegancko, z uniesioną brodą i udawaniem, że wcale cię to nie obchodzi. Klasyka. - Nie dałem jej nawet szansy zaprzeczyć, parsknąłem cicho i przekrzywiłem głowę, patrząc na nią z dołu, jakbym właśnie złapał ją na czymś oczywistym. Doskonale pamiętałem te momenty, gdy mi samemu też towarzyszyła tamta irracjonalna, natrętna myśl „zaraz go mentalnie zakopię pod trybuną Quidditcha”, dotycząca kogoś, kogo prawdopodobnie nawet nie rozważała na kumpla. Pokręciłem głową z niedowierzaniem, po czym nachyliłem się minimalnie bliżej. - A skoro już wyciągamy stare trupy z szafy… Ja byłem. - Wypuściłem powietrze nosem, to było absurdalne, jak bardzo ta jedna osoba potrafiła rozbrajać mnie do rdzenia. Przeniosłem spojrzenie z jej oczu na linię szczęki, potem z powrotem. - Z tym, że przyjąłem strategię, by być w tym strasznie niemiły. Okropnie. Płoszyłem moich potencjalnych zastępców jak gołębie na dziedzińcu. Kompletnie odruchowo. - Uniosłem kącik ust, ale w środku czułem znajome ukłucie, to nie był temat do żartów, tylko ja zawsze wszystko obracałem w żart, tak już po prostu miałem. - Niejeden z nich do dziś pewnie uważa mnie za socjopatę. Musisz mi to wybaczyć, intencje miałem słuszne, sposób komunikacji to inna bajka. - Palcami zaczepiłem o pasmo jej włosów, zakręciłem je wokół palca, potem puściłem. Słońce odbijało się w ciemnych puklach, czułem ciepły oddech na swojej skórze, było w tym wszystkim coś boleśnie znajomego, zawsze dotykaliśmy się za dużo jak na „tylko przyjaciół”, zawsze było między nami to zawieszenie, ten brak jednoznaczności, który nauczyliśmy się traktować jak normalność.
Potem, kiedy z tym swoim błyskiem w oku ogłosiła, że muszę o nią dbać, bo nie znajdę drugiej takiej jak ona, prychnąłem rozbawiony - szczególnie ten triumfalny uśmiech nie umknął mojej uwadze.
- O, widzę, że już wyciągasz wnioski. - Rzuciłem, krzywiąc się teatralnie. - „Nie znajdziesz drugiej takiej jak ja”, tak? Skromność też masz po babce? - Pokręciłem głową z rozbawieniem, słońce waliło z góry bez litości, a ja udawałem, że rozważam jej słowa z filozoficzną powagą, chociaż tak naprawdę byłem zajęty tym, jak kosmyki włosy łaskoczą mnie po szyi. - Ej, halo. Jeśli już mam polec, to przynajmniej w spektakularny sposób. Lawina. Starożytna klątwa. Eksplozja czegoś bardzo nielegalnego. - Te wyobrażenia wywołały u mnie krótki, chrapliwy śmiech, nawet jeśli miały duże prawdopodobieństwo wydarzenia się kiedyś w przyszłości. - Coś z rozmachem. - Machnąłem ręką, gotów przyjąć tak naprawdę cokolwiek z odpowiednią dramaturgią. - A nie… Podgryzanie łydki. - Mój ton był lekki, w środku jednak czułem znajome ukłucie, to „zasługujesz na coś więcej” odbiło mi się echem gdzieś pod żebrami, bo ona zawsze mówiła takie rzeczy, jakby chodziło o fabularne zakończenia, a ja wiedziałem, że prawdziwe „więcej” leżało teraz dokładnie na mnie, z dłonią na mojej klatce piersiowej, i to samo w sobie było jak powolne umieranie za życia. - Chcę, żeby ballady miały przynajmniej cztery zwrotki, do tego potrzeba sporo materiału. - Dodałem jeszcze luźniej, po czym pozwoliłem sobie na krótką pauzę, wsłuchując się w szum fal.
Jej tekst o „akcie własności” skomentowałem uniesieniem brwi. „Akt własności”, jasne, oczywiście, że tylko Prue potrafiła to ująć właśnie w ten sposób, nie mając na myśli niczego, co momentalnie powinno było się tam nasuwać.
- Ej, ej, chwila. Halo, proszę pani. Z tym aktem własności to bym się tak nie rozpędzał. - Westchnąłem teatralnie i spojrzałem w niebo, mrużąc oczy od słońca. Przesunąłem dłonią po piasku obok jej biodra, rysując bezsensowny kształt, bardziej dla zajęcia palców niż z jakiegokolwiek innego powodu. - To jest… - Urwałem, szukając odpowiedniego słowa, które nie zabrzmiałoby tak, jak to, co przez chwilę pojawiło się w mojej głowie. - Dzierżawa? - To już brzmiało bardziej w stylu tego, na co oboje pozwalaliśmy sobie przez lata, jak coś wyciągniętego z bardzo kreatywnej umowy prawnej, najlepiej spisanej na serwetce w barze gdzieś pośrodku niczego. - Korzystaj, póki możesz. Jak wrócimy do roboty, znowu będziesz mnie widzieć głównie z plecakiem i w biegu. - Przeciągnąłem się lekko, pozwalając jej dalej leżeć na mnie, nie dlatego, że byłem altruistą, tylko dlatego, że to było obustronne - znikanie, rozmijanie się, powroty, krótkie chwile spokoju - być może nie mówiłem o ciemnych stronach tego układu, to była moja tarcza, zawsze nią była, ruch, droga, kolejne zlecenia, kolejne miasta - łatwiej było żartować z własnej niestabilności, niż powiedzieć wprost, że nie potrafiłem usiedzieć w jednym miejscu, bo wtedy musiałbym przyznać, że to nie tylko kwestia charakteru, ale też strachu przed utknięciem. Przed tym, że coś by się ustabilizowało na tyle, że mógłbym to stracić. Przez chwilę milczałem, patrząc, jak jej włosy opadają na moje ramię. Pamiętałem Hogwart aż za dobrze, te dwa lata, kiedy byliśmy praktycznie nierozłączni, kiedy wszystko było prostsze, bo świat kończył się na murach szkoły i planach na najbliższy tydzień, nie było wtedy rachunków, decyzji o przyszłości, kompromisów, było „chodź”, „zostań”, „masz chwilę?”, to wystarczało. Teraz już nie wystarczało, teraz każde spotkanie było jak punkt pomiędzy długimi odcinkami samotnej drogi, wydarzało się przez czas nieokreślony, z możliwością nagłego przerywnika, gdy świat znowu postanowi rzucić nami w inną strefę czasową.
Oparłem głowę głębiej w piasku i pozwoliłem, żeby ciężar „mojej partnerki” rozłożył się wygodniej dla niej. Słońce paliło równo, fale szumiały gdzieś obok, a ja udawałem, że to jest po prostu kolejny zwyczajny dzień na plaży, a nie jedna z tych chwil, które później wracają w snach. Wiedziałem, że ona prędzej czy później wybierze stabilność, ja zawsze wybierałem drogę, dlatego właśnie byliśmy przyjaciółmi i nikim więcej. Patrzyłem w niebo, próbując nie oddychać zbyt głęboko, bo każdy wdech sprawiał, że jej piersi mocniej przyciskały się do mojego boku. Próbowałem myśleć o czymś innym - o falach, mewie, która właśnie próbowała ukraść komuś frytki. Pachniała solą, kremem do opalania, mieszanką perfum, kosmetyków i charakterystycznym zapachem, który był tylko jej - tym czymś, co zawsze miała w sobie - ciepłem, które wwiercało mi się pod skórę i zostawało tam na całe tygodnie. Cholera, znałem na pamięć nawet sposób, w jaki jej włosy łaskotały mnie w szyję, kiedy wiatr je poruszał. Przesunąłem dłonią po jej plecach, trochę wyżej, trochę niżej, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie. Nie ruszałem się jednak bardziej, nie mogłem, gdybym drgnął, pewnie bym ją objął w pasie i przycisnął mocniej, a tego nie wolno mi było robić bez żadnego konkretnego powodu. Przyjaciele nie robią takich rzeczy, przyjaciele pozwalają, żeby ich używać jako materaca i udają, że to normalne. Patrzyłem w niebo, w te cholerne ptaki, które robiły kółka jak debile, i próbowałem nie myśleć o tym, jak uda Pruey obejmowały moje biodra - próbowałem, naprawdę - nie wychodziło. Jej ciało idealnie przylegało do mojego, jakby byliśmy jedną z tych par z katalogów turystycznych, które nie musiały nic mówić, by wszyscy wokół wiedzieli, że należą do siebie. W rzeczywistości zawsze było tak samo „jesteś taki wygodny”, „masz idealną temperaturę”, „nie ruszaj się, bo mi zimno”. A ja? Ja leżałem jak idiota i pozwalałem. Bo co miałem zrobić? Odepchnąć ją? Powiedzieć, że nie chcę być jej ludzkim podgrzewaczem? Wolę, żeby w ogóle na mnie nie leżała, niż żeby leżała tak, jakby to nic nie znaczyło? Głowa na mojej klatce, jedna noga przerzucona przez moją, palce stóp leniwie muskające moją łydkę. Piasek pod nami był prawie nieludzko ciepły, ale to ta bliskość paliła mnie od środka - starałem się nie analizować każdego ruchu, każdego oddechu, który sprawiał, że moja krew wrzała.
Westchnąłem cicho, bardziej nosem niż płucami, kiedy wtuliła się we mnie tak naturalnie, jakby to było nasze stałe miejsce na świecie, oparłem policzek na jej włosach na krótką sekundę, odruchowo, zanim zdążyłem to skomentować czymkolwiek mądrym. Pozwoliłem sobie na ten jeden prawie bezgłośny wydech, który zwykle robiłem wtedy, kiedy coś mnie uwierało, ale nie miałem zamiaru robić z tego dramatu - bo przecież byłem tym od noszenia toreb, od pilnowania, żeby nie wchodziła w podejrzane układy, od „uważaj”, „patrz pod nogi” i „daj, ja to zrobię”. Prawie jak starszy brat, tylko z gorszymi nawykami i znacznie lepszym refleksem, i właśnie tą rolą się zasłaniałem, jak tarczą, gdy zdarzało mi się paplać rzeczy, które normalnie brzmiałyby znacznie bardziej jednoznacznie.
Kiedy zeszło na tego nowego z ekipy, spoważniałem odrobinę - nie na tyle, żeby było to widać na pierwszy rzut oka, ale wystarczająco, żebym sam to poczuł.
- Może to zboczenie zawodowe, ale są ludzie, którzy pachną problemami na kilometr. On ma dokładnie ten zapach. - Zerknąłem w tamtą stronę, gdzie kręcił się wcześniej, po czym wywróciłem oczami teatralnie, tak, żeby to było bardziej „no, proszę, stara” niż faktyczny wyraz zaniepokojenia - a przecież odczuwałem je za każdym razem, gdy widziałem, jak tamten typ orbitował wokół Prudence, uśmiechając się zbyt szeroko, a ona tylko kiwała głową, jakby to było nic. Przesunąłem dłonią po twarzy, potem po włosach, jakbym zbierał myśli w całość, i zerknąłem na nią spod przymrużonych powiek. Zawiesiłem na niej spojrzenie, zbyt długie jak na zwykłą rozmowę, ale nadal na tej cienkiej granicy między żartem a czymś innym. Taki mały, desperacki akt samoobrony.
- No, jasne, wiem, że nie. Ty nie prosisz. Ty po prostu… Istniejesz. - Zrobiłem krótką pauzę, żeby dotarło do niej to, że tak naprawdę wcale nie musiała nic robić, by ściągać na siebie uwagę - nie miałem pojęcia, jakim cudem zdawała się zupełnie nie dostrzegać wpływu, jaki miała na tych wszystkich facetów w okolicy, zwłaszcza w miejscach, które były odludne i na ogół pozbawione ludzi takich jak ona. Westchnąłem na pokaz, przesunąłem dłonią po jej kręgosłupie w dół, zatrzymując się tuż nad talią - nie za nisko, ale wystarczająco nisko, żeby każdy, kto by nas teraz widział z boku, zrozumiał, że to nie jest zwykłe „przytulanko między kumplami” - to było silniejsze ode mnie. Moje palce niemal zahaczyły o troczek od dołu stroju, nie robiąc nic z tym faktem, ale będąc tam o sekundę za długo - za długo, żeby to było przyjacielskie, za krótko, żeby było czymś więcej.
- Nie mówię, że robisz to specjalnie. - Dodałem szybko, żeby nie zabrzmiało jak oskarżenie, ignorując, że zabrzmiałem niezbyt logicznie, bo przecież istniała celowo. - Proszę cię… Wierzę w twoje instynkty. - Mruknąłem, jakbym naprawdę musiał się powstrzymać, żeby nie prychnąć. Jej słowa brzmiały, jakby czuła, że moje wcześniejsze komentarze sugerowały, iż biegała za nim jak jakaś głupiutka nastolatka, a to wcale nie było moim zamiarem. - Po prostu… Jesteś. I to wystarczy. Jesteś… - „Za seksowna, żeby stać z boku i udawać, że nikt nie patrzy. Oni patrzą, wszyscy, ten nowy też, widziałem, jak mu się oczy zaświeciły, kiedy się do niego uśmiechnęłaś. Myślisz, że to był uśmiech »cześć, miło cię poznać, kolego z ekipy«? Nie. To był uśmiech, po którym facet myśli »o kurwa, mam szansę«”. - Za ładna, żeby być taką miłą. Co jest, swoją drogą, potwornie niesprawiedliwe wobec reszty uzdrowicieli. - Co z tego, że było ich dwóch, z nią włącznie, a tamten - jak już ustaliliśmy - był śliski i trochę obrzydliwy. Przewróciłem oczami jeszcze raz, mocniej. Insynuowałem temu typkowi złe zamiary? Cholera, jasne, że insynuowałem. - Gdybyś była nudna i przeciętna, nikt by się za tobą nie oglądał. Ale niestety dla mojego świętego spokoju, jesteś… No. - Zawahałem się na ułamek sekundy, po czym machnąłem ręką. „Jesteś śliczna, wiesz o tym, i to nie w tym niewinnym, »ładnie wyglądasz na zdjęciach do dokumentów« sensie, jasna cholera”. - Jesteś tobą. - To było kolejne bezpieczne zdanie, w ustach kogoś innego mogłoby brzmieć jak dziwny komplement, w moich miało być neutralne, braterskie, przyjacielskie.
Zasłaniałem się tą rolą z uporem maniaka - platoniczny partner, ten od noszenia plecaka, od sprawdzania terenu, od „daj, ja to załatwię”, starszy brat w wersji terenowej, gość, który ma zawsze plan B i nóż w bucie, bezpieczna przystań - właśnie tak - to była moja oficjalna funkcja w jej życiu i trzymałem się jej kurczowo, bo alternatywa była zbyt ryzykowna.
- No, dobra, inaczej. - Zacząłem od nowa, głosem, który miał brzmieć obojętnie, a wyszedł trochę za nisko, trochę za szorstko. - Trzymasz dystans. Rozmawiasz od czasu do czasu. Uśmiechasz się normalnie. Nie mówię, że to twoja wina. Zmierzam do tego, że powinnaś na niego uważać, żebyś nie musiała się zastanawiać, czy facet, który właśnie obdarza cię spojrzeniem, myśli o tym, jak bardzo jesteś miła, czy o tym, jak bardzo chciałby zobaczyć, jak bardzo potrafisz być niegrzeczna. - Wzruszyłem ramionami, bo nie chciałem, żeby pomyślała, że ją oskarżam. - W sensie… Cholera, sama wiesz, typ musiałby być ślepy albo gejem. A ten ewidentnie nie jest ani jednym, ani drugim. - Przyjrzałem jej się uważnie, temu zmarszczeniu między brwiami, które znałem aż za dobrze. Miała rację, nie prosiła się o uwagę, ale on i tak myślał inaczej, to było jasne, bo chodził w tych samych kółkach, co wszyscy inni faceci na tej plaży, którzy widzieli ładną kobietę w tym bikini i nagle zapominali, że „miła” nie równa się „chcę cię na deskę surfingową i na resztę wieczoru też”.
- Nie twierdzę, że powinnaś chodzić z workiem na głowie i pokutnymi ciuchami do kostek. - Dodałem, bo znałem ją na wylot i wiedziałem, że pewnie zaraz by mi zarzuciła, że chcę ją zamknąć w klatce. - Ale może… Nie wiem… Mogłabyś chociaż raz nie być taka uprzejmie-miła-dla-wszystkich? Bo on już sobie wyobraża, że jak mu dasz trzy zdania i pół uśmiechu, to następnego dnia obudzi się w twoim łóżku z twoimi majtkami na lampie. - Ciągnąłem, starając się, żeby zabrzmiało to jak zwykłe przyjacielskie dogryzanie. Przewróciłem oczami jeszcze raz, dla zasady, ten gest był już tak stary jak my sami, wyuczony, zapisany w mięśniach - tak jak to, że leżeliśmy, jakby to była najbardziej naturalna konfiguracja świata - ona na mnie, ja pod nią, słońce nad nami, piasek pod nami, ocean gdzieś z boku, a całe to zamieszanie z robotą, klątwami i Australią chwilowo odsunięte na margines.
- Słuchaj. - Odezwałem się po chwili ciszy. - Ja naprawdę nie mam problemu z tym, że z kimś pogadasz. To nie jest tak, że stoję z notesem i zapisuję, kto ile razy do ciebie podszedł. Nie musisz robić tego dla mnie. - Powiedziałem. - Po prostu rób to, co uważasz za słuszne. Ja tylko… Sygnalizuję zagrożenia. Jak latarnia morska. Albo pies pasterski. Wybierz metaforę. - Na moment zamilkłem, czując ciężar tej całej bliskości. - Bo, no, więc tak - zacząłem, starając się, żeby mój głos brzmiał jak zwykle, trochę znudzony, trochę zirytowany, jak starszy brat, który nie chciał widzieć krzywdy młodszej siostry - ci tutaj nie słyszą słów, tylko widzą, jak błyszczą ci oczy, kiedy się śmiejesz, a wtedy myślą „no, ale ona się uśmiechnęła, to chyba zielone światło”. - A ten to już wyjątkowo patrzył na nią dziś, jakby była jedyną butelką zimnego piwa na czterdziestostopniowym upale. Nie był potworem, raczej, nie był przestępcą, no, nie gorszym od większości ludzi tutaj, nie miał „zła” wypisanego na czole, był po prostu jednym z tych facetów, którzy widzą piękną, samotną kobietę i zaczynają planować ruchy jak w partii szachów, gotowi obiecać jej, że będzie ich królową, podczas gdy zazwyczaj szukali kogoś, kto nie miał pełnić długoterminowo ważnej roli w ich rozgrywkach. - Może następnym razem, jak znowu przyjdzie z tym swoim „hej, co słychać, wyglądasz dzisiaj niesamowicie”, po prostu powiedz mu, że masz osobę od noszenia ręcznika i podawania kremu do opalania? Albo coś. - „Nie mówię, że masz go unikać jak ognia. Mówię, że jak jeszcze raz podejdzie i zacznie ci opowiadać, jaki to on fajny, wrażliwy i że »naprawdę nie szukał nikogo, ale ty jesteś inna«, to daj mi pretekst do ingerencji, a ja mu powiem, że ma się odpierdolić. Grzecznie. Albo niegrzecznie. Jeszcze nie wiem”.
- Pracuję na ten zaszczyt od lat, pamiętasz? - Stwierdziłem głosem, który miał brzmieć jak zawsze, czyli trochę lakoniczny, trochę rozbawiony, trochę „stara, daj spokój”, zerknąwszy na nią spod rzęs. Oddychała spokojnie, leniwie, a ja czułem każdy jej wdech i wydech na swojej skórze, jakby ktoś mi wbijał igłę prosto w mostek i powoli nią obracał, co sprawiało, że w głowie miałem już całą litanię. „Cholera, znowu to robię. Znowu mówię za dużo, znowu brzmię jak zazdrosny dzieciak. Dlaczego ja to mówię? Dlaczego nie mogę po prostu się zamknąć? Bo chcę, żeby to była prawda. Chcę, żeby to była prawda tak bardzo, że aż boli. Chcę, żeby była moja. Nie jako przyjaciółka. Nie jako »ta, której ludzie chcą dać uwagę, bo na to zasługuje, a ja zachowuję się irracjonalnie, chcąc jej to odebrać«. Jako moja. Cała. Zawsze. Na tym piasku, w tej wodzie, w tym słońcu, w tej nocy, w tym łóżku, które nigdy nie będzie nasze, bo ja nigdy nie powiem tego na głos.”
- Dobra, nieważne. - Głos mi odrobinę zadrżał na końcu, więc zakaszlałem, żeby zamaskować. W środku wiedziałem, że to kłamstwo, ale to było jedno z tych kłamstw, które powtarza się tak długo, aż zaczynają brzmieć jak prawda.
Westchnąłem ciężko, jak dzieciak, który wie, że zaraz dostanie burę, a i tak musi powiedzieć.
- Jestem średnio zadowolony. Bardzo średnio. Mogłabyś chociaż raz powiedzieć temu nowemu albo komukolwiek innemu, że masz już kogoś. Nie musi wiedzieć, że to półprawda, półściema. - „Następnym razem, jak znowu zacznie kręcić się koło ciebie z tym swoim »hej, co tam u ciebie, masz chwilę«, możesz mu po prostu powiedzieć, że jesteś zajęta. Nie musi wiedzieć czym. Wystarczy, że powiesz »zajęta« i tyle. On zrozumie. Albo nie zrozumie, ale wtedy ja mu wytłumaczę. Po swojemu.” Zamilkłem, piasek szurał pod moimi palcami, fale biły o brzeg, a ja nadal leżałem z nią na sobie, z jej ciepłem w moim ciele i z tą samą, odwieczną myślą w głowie - że gdybym tylko miał jaja, żeby przestać być „przyjacielem”, to może nie musiałbym się złościć na każdego faceta, który tylko na nią spojrzy, ale nie miałem, więc tylko zacisnąłem zęby i mruknąłem pod nosem, tak cicho, że pewnie nawet ona nie usłyszała:
- Cholera, mógłbym go utopić na promie. Nikt by nie znalazł ciała.
Myślałem o tym za każdym razem, gdy uśmiechał się do niej tym swoim „hej, jestem miły, ale tak naprawdę chcę cię przelecieć” uśmiechem, i to wcale nie dlatego, że jakoś szczególnie go nie lubiłem. Zawsze był jakiś jego pokroju. Problem leżał głębiej, bo chociaż zazwyczaj miałem rację, co do przewidywań odnośnie ludzi, moja intuicja od lat krzyczała też tym jednym zdaniem „ona leży na tobie w bikini, pachnie jak grzech, a ty wciąż jesteś za bardzo grzeczny”, i w tym przypadku również miała rację. Nie mogłem się ruszyć, bo nie chciałem, bo chciałem, żeby została, bo chciałem, żeby nigdy nie wstała, a jednocześnie chciałem wstać, odejść i przestać się torturować - te dwie myśli pojawiały się jednocześnie, jak dwa pociągi jadące na siebie po tym samym torze - czułem się największym idiotą na tej plaży, facetem od „jestem”, nie od „zostań”, leżącym tu i warczącym na każdego, kto się zbliżał, jak pies, który pilnował czegoś, czego nikt nie mógł mu zabrać, bo to coś i tak nie było jego.
Plaża, słońce, jej włosy opadające mi na obojczyk, dłoń rozłożona na mojej skórze, mój oddech zsynchronizowany z jej - normalka, codzienność - z tych wszystkich rzeczy, które w życiu potrafiły gwałtownie się rozsypać, jej obecność zawsze była stałą, nawet jeśli pojawiała się tylko na moment, nawet jeśli nasze drogi znów miały się za chwilę rozjechać. Może dlatego tak łatwo było przywyknąć, tak trudno odpuścić, trwając w zawieszeniu. Prawda była taka, że od dawna nauczyłem się maskować i nie wiedziałem, czy kiedykolwiek byłbym w stanie przestać to robić.
- Przepraszam, jeśli cię to ubodło. Wiesz, że ja mam wpisane w umowę bycie twoim osobistym systemem alarmowym. - Mruknąłem, zerkając na nią spod przymrużonych powiek. Przesunąłem palcami po jej przedramieniu, bardziej ochronnie niż flirtująco, jakbym odruchowo sprawdzał, czy wszystko z nią w porządku - ten gest miał w sobie coś z przyzwyczajenia - zawsze byłem tym, który stał trochę z boku, ale jednocześnie najbliżej. Tym, który pilnuje, żeby nie było za zimno, za gorąco, za niebezpiecznie. Kimś pomiędzy najlepszym przyjacielem a starszym bratem, nawet jeśli różnica wieku była śmieszna. - Coś jak magiczny czujnik dymu. Jak tylko ktoś zaczyna pachnieć problemem, to mi się zapala lampka. - Spróbowałem to rozluźnić, wykrzywiając wargi w grymasie.
Słońce prażyło mi twarz, sól unosiła się w powietrzu, a gdzieś w oddali ktoś śmiał się zbyt głośno. Zamilkłem na moment, słuchając fal, potem westchnąłem, przeciągnąłem się lekko pod nią i zerknąłem na wodę. Nie powiedziałem nic więcej na tamten temat, bo nie chciałem przesuwać granic, których oficjalnie nie mieliśmy, zamiast tego wsunąłem palce w jej włosy na karku, bardziej odruchowo niż świadomie, i lekko je potargałem.
- Ej, idziesz do wody? Albo po coś do picia? Mam ci coś przynieść? Muszę wstać, bo czuję, jak smażą mi się jaja. - Rzuciłem, zsuwając okulary przeciwsłoneczne na nos.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)