02.02.2026, 10:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.02.2026, 10:14 przez Lorien Mulciber.)
Aaron nie był już spłukanym młokosem, dzieci dorosły, a żona… No tak. Żona też już nie stanowiła przeszkody. W końcu małżonka nie ściana, można przesunąć, prawda? A czasem wystarczyło poczekać aż ściana skruszeje i się zawali.
Lorien bywała szalenie zazdrosna nawet o trupy spoczywające siedem metrów pod ziemią. Taka już była. Zazdrosna była nawet o pracę, bo choć sama żyła już praktycznie w Ministerstwie Magii, to łapała się na tym, że wolałaby mieć Aarona przy sobie. Już. Teraz. Natychmiast. .
Jakbym miał tyle żyć, to sam bym chyba zdecydował się wyżłopać dzban takiej herbatki z jemioły.
Zadarła głowę wpatrując się w jasne oczy Moody’ego. Było coś intrygującego w tym człowieku. W tym podejściu równoczesnej ucieczki i pragnienia śmierci. Nie zaprzątała sobie nigdy głowy kwestią “co by było gdyby dożyła stu pięćdziesięciu lat.” Ani nawet stu, ani siedemdziesięciu, pięćdziesięciu…
Gdyby byli sami, ujęłaby dłońmi jego policzki, przesunęła ostrymi pazurami po gładkiej skórze, zaciągnęła się zapachem tej okropnej wody kolońskiej. A potem zapytałaby słodko: Czy gdy umrę wypijesz herbatkę z jemioły na moim grobie?
Pochowaliby go z nią, dokładnie tam gdzie było jego miejsce. Nie przy tej pierwszej żonie. Nie, nie nie. Absolutnie nie.
Zorientowała się, że gdzieś w połowie rozmyślań zaczęła marszczyć brwi na samą myśl o tym, że miałby spędzić całą wieczność z jakąś inną babą. Może i tamta była pierwsza, ale ona była z kolei lepsza.
Złagodniała dopiero w chwili, gdy w myślach wypowiedziała wojnę; zdążyła się obrazić na Aarona że by się nie dał pochować z nią; wybaczyć mu o ile obieca że wcale nie miał tego na myśli i to oczywiste, że nawet śmierć ich nie rozłączy i nie dałby rady bez niej żyć i w ogóle to z tej miłości wypieprzy tą paskudną koszulę flanelową w zielone czarną kratę; a potem zaprosił ją na kolację w sobotę. Jakby był legilimentą to by wiedział, że właśnie jej to obiecał i bogowie niech mają go w opiece jeśli się z obietnicy nie wywiąże. Ale uśmiechnęła się prześlicznie już wyrzucając z pamięci całą tą historyczną opowiastkę o jemiole.
Teatr w odczuciu Lorien już dawno stracił ten efekt “wow”. Była zapraszana do teatru na każdą możliwą okazję, dostawała bilety na wyprzedane spektakle, zawsze zasiadali z Anthony’m w tej samej loży, więc… Co do zasady nie było to dla niej nic specjalnego. Czasem trzeba się było pojawić, reprezentować Ministerstwo Magii, pokazać po czyjej stronie stoi i będzie stał Wizengamot, posłuchać ploteczek i wymienić uśmiechy z tymi, z którymi uśmiechy należało wymienić. Teatr obdarty z czułości był po prostu kolejnym miejscem schadzek i gier politycznych.
Jakby jej zaproponowano bilety na najbliższe Royal Ascot… no to byłoby coś innego.
Krytyka jej umiejętności wychowawczych była co najmniej nie na miejscu. Wystarczyło przecież spojrzeć na niej najcudowniejszego wychowanka - Stanley’a Andrew Borgina. Ktoś złośliwy by powiedział, że on bardziej był Roberta Mulcibera, ale to bzdura. Był jej. Na własnej sędziowskiej piersi wychowany. Zawsze grzeczny, zawsze najładniejsze raporty pisał, zawsze mówił dzień dobry i do widzenia. Wzór Brygadzisty. A że teraz wybrał ścieżkę Jednoosobowej Działalności Gospodarczej - no cóż! Każde pisklę kiedyś wyleci z gniazda. Na pewno mu szło świetnie! Nie to co dzieciom co poniektórych, które nadal siedziały na L4.
- U mnie był grzeczny.- Odcięła się równie żartobliwy, unosząc dłoń do góry i całując dementorka w czarny kapturek, gdzie miał czubek główki.- Przejmuje kiepskie zwyczaje Biura Aurorów.
Pewnie gdyby Dementorek potrafił to by wystawił w tym momencie Aaronowi język. Ale języka nie miał. Miał za to łapkę i nauczył się całkiem niedawno gestu Kozakiewicza. Więc go pokazał w odpowiedzi na ten cały karcer i szlaban, po czym szybko umknął w bezpieczny gąszcz loków Lorien, która… nie zdołała opanować chichotu.
No i to chyba sprawiło, że zatrzymany w półkroku Brygadzista uznał, że można sobie pozwolić z drobną sędzią. Śmiech jednak szybko został zduszony, a jej twarz wróciła do ustawień fabrycznych - usta wygięte w lekkim grymasie, ściśnięte, uniesione brwi. Ot typowy lorkowy bitch face.
Słuchała Aarona strofującego młodziaka, co jakiś czas kiwając uważnie głową. Dokładnie. Powinien dziękować i biec załatwić sprawę. Nie do pomyślenia co z tą młodzieżą teraz się działo. Zero szacunku!
Zajrzę do pani nieco później....
- Wizengamot obraduje dziś cały dzień.- Odpowiedziała na zapewnienie, że doczeka się wizyty w późniejszym czasie.- Proszę przyjść pod wieczór, panie Moody, choć mam nadzieję, że do tego czasu pozbędą się tego zielska.
Obróciła się na pięcie i weszła do gabinetu zatrzaskując za sobą drzwi. Przez chwilę jeszcze przy nich stała, oparta o stare drewno, dociskając dłonie do ust. Przecież czuła jak ją palą policzki! Jak jakiejś nastolatce!
Z tego wszystkiego zapomniała nawet spytać co to jest ta cała “kosiarka”...
Lorien bywała szalenie zazdrosna nawet o trupy spoczywające siedem metrów pod ziemią. Taka już była. Zazdrosna była nawet o pracę, bo choć sama żyła już praktycznie w Ministerstwie Magii, to łapała się na tym, że wolałaby mieć Aarona przy sobie. Już. Teraz. Natychmiast. .
Jakbym miał tyle żyć, to sam bym chyba zdecydował się wyżłopać dzban takiej herbatki z jemioły.
Zadarła głowę wpatrując się w jasne oczy Moody’ego. Było coś intrygującego w tym człowieku. W tym podejściu równoczesnej ucieczki i pragnienia śmierci. Nie zaprzątała sobie nigdy głowy kwestią “co by było gdyby dożyła stu pięćdziesięciu lat.” Ani nawet stu, ani siedemdziesięciu, pięćdziesięciu…
Gdyby byli sami, ujęłaby dłońmi jego policzki, przesunęła ostrymi pazurami po gładkiej skórze, zaciągnęła się zapachem tej okropnej wody kolońskiej. A potem zapytałaby słodko: Czy gdy umrę wypijesz herbatkę z jemioły na moim grobie?
Pochowaliby go z nią, dokładnie tam gdzie było jego miejsce. Nie przy tej pierwszej żonie. Nie, nie nie. Absolutnie nie.
Zorientowała się, że gdzieś w połowie rozmyślań zaczęła marszczyć brwi na samą myśl o tym, że miałby spędzić całą wieczność z jakąś inną babą. Może i tamta była pierwsza, ale ona była z kolei lepsza.
Złagodniała dopiero w chwili, gdy w myślach wypowiedziała wojnę; zdążyła się obrazić na Aarona że by się nie dał pochować z nią; wybaczyć mu o ile obieca że wcale nie miał tego na myśli i to oczywiste, że nawet śmierć ich nie rozłączy i nie dałby rady bez niej żyć i w ogóle to z tej miłości wypieprzy tą paskudną koszulę flanelową w zielone czarną kratę; a potem zaprosił ją na kolację w sobotę. Jakby był legilimentą to by wiedział, że właśnie jej to obiecał i bogowie niech mają go w opiece jeśli się z obietnicy nie wywiąże. Ale uśmiechnęła się prześlicznie już wyrzucając z pamięci całą tą historyczną opowiastkę o jemiole.
Teatr w odczuciu Lorien już dawno stracił ten efekt “wow”. Była zapraszana do teatru na każdą możliwą okazję, dostawała bilety na wyprzedane spektakle, zawsze zasiadali z Anthony’m w tej samej loży, więc… Co do zasady nie było to dla niej nic specjalnego. Czasem trzeba się było pojawić, reprezentować Ministerstwo Magii, pokazać po czyjej stronie stoi i będzie stał Wizengamot, posłuchać ploteczek i wymienić uśmiechy z tymi, z którymi uśmiechy należało wymienić. Teatr obdarty z czułości był po prostu kolejnym miejscem schadzek i gier politycznych.
Jakby jej zaproponowano bilety na najbliższe Royal Ascot… no to byłoby coś innego.
Krytyka jej umiejętności wychowawczych była co najmniej nie na miejscu. Wystarczyło przecież spojrzeć na niej najcudowniejszego wychowanka - Stanley’a Andrew Borgina. Ktoś złośliwy by powiedział, że on bardziej był Roberta Mulcibera, ale to bzdura. Był jej. Na własnej sędziowskiej piersi wychowany. Zawsze grzeczny, zawsze najładniejsze raporty pisał, zawsze mówił dzień dobry i do widzenia. Wzór Brygadzisty. A że teraz wybrał ścieżkę Jednoosobowej Działalności Gospodarczej - no cóż! Każde pisklę kiedyś wyleci z gniazda. Na pewno mu szło świetnie! Nie to co dzieciom co poniektórych, które nadal siedziały na L4.
- U mnie był grzeczny.- Odcięła się równie żartobliwy, unosząc dłoń do góry i całując dementorka w czarny kapturek, gdzie miał czubek główki.- Przejmuje kiepskie zwyczaje Biura Aurorów.
Pewnie gdyby Dementorek potrafił to by wystawił w tym momencie Aaronowi język. Ale języka nie miał. Miał za to łapkę i nauczył się całkiem niedawno gestu Kozakiewicza. Więc go pokazał w odpowiedzi na ten cały karcer i szlaban, po czym szybko umknął w bezpieczny gąszcz loków Lorien, która… nie zdołała opanować chichotu.
No i to chyba sprawiło, że zatrzymany w półkroku Brygadzista uznał, że można sobie pozwolić z drobną sędzią. Śmiech jednak szybko został zduszony, a jej twarz wróciła do ustawień fabrycznych - usta wygięte w lekkim grymasie, ściśnięte, uniesione brwi. Ot typowy lorkowy bitch face.
Słuchała Aarona strofującego młodziaka, co jakiś czas kiwając uważnie głową. Dokładnie. Powinien dziękować i biec załatwić sprawę. Nie do pomyślenia co z tą młodzieżą teraz się działo. Zero szacunku!
Zajrzę do pani nieco później....
- Wizengamot obraduje dziś cały dzień.- Odpowiedziała na zapewnienie, że doczeka się wizyty w późniejszym czasie.- Proszę przyjść pod wieczór, panie Moody, choć mam nadzieję, że do tego czasu pozbędą się tego zielska.
Obróciła się na pięcie i weszła do gabinetu zatrzaskując za sobą drzwi. Przez chwilę jeszcze przy nich stała, oparta o stare drewno, dociskając dłonie do ust. Przecież czuła jak ją palą policzki! Jak jakiejś nastolatce!
Z tego wszystkiego zapomniała nawet spytać co to jest ta cała “kosiarka”...
Koniec sesji