02.02.2026, 20:52 ✶
Podjazd był dziś dłuższy niż zwykle, a światło z lampy ogrodowej robiło z wszystkiego akwarelę, w dodatku taksówka mrugała do mnie reflektorem, zupełnie bez powodu, bo kierowca przecież czekał cierpliwie przy bagażniku. Ja też czekałem - na co, nie byłem już pewien, miałem wrażenie, że wszystko dzieje się z lekkim opóźnieniem, jak w starym projektorze, nie do końca zgrywającym obraz z dźwiękiem. Prudence pojawiła się w drzwiach, oparła o futrynę, zmrużyła oczy jak kot wystawiony na zbyt jasne światło, patrzyła to na mnie, to na taksówkę, to na kartony, jakby ktoś właśnie przetasował jej rzeczywistość. Ja natomiast stałem u dołu schodów, oparty barkiem o poręcz, która wydawała się dziś podejrzanie śliska, i też próbowałem złapać ostrość na obrazie przed sobą, by ustawić świat w linii prostej - podjazd, samochód, pudła, wąż z dywanu, moja żona w drzwiach - średnio szło, wszystko miało dziś tendencję do lekkiego dryfu, poza tym nawet przy najlepszych chęciach, punkty, które usiłowałem połączyć, nie znajdowały się na jednym poziomie.
Prue stała wysoko, patrząc na mnie z góry, podjazd był nisko, za to wyraźnie świecił się od niedawnej mżawki i świateł latarni, taksówka stała cicho, a ja próbowałem przypomnieć sobie, czy już mówiłem, co się dzieje, czy jeszcze nie. Słyszałem głos Pruey, ale zanim mój mózg złożył cokolwiek w sensowne spostrzeżenie, zdążyłem już mrugnąć trzy razy i zgubić finalny wniosek. Dotarł do mnie tylko połowicznie, bo w tym samym czasie próbowałem zapamiętać, że trzeba jeszcze zamknąć bramę, i że kierowca patrzył na mnie z miną człowieka, który bardzo chce wrócić do normalnych klientów.
- Hyh… Nooo, wi-eeesz… - Podrapałem się po karku, łapiąc poręcz schodów, żeby nie odpłynąć za daleko, i zupełnie zapomniałem, że zamierzałem powiedzieć coś o niejadowitości gadziego jegomościa, zamiast tego zrobiłem krok w bok, żeby ją przepuścić, ale sam kolejny raz musiałem się złapać poręczy, bo schodek nagle znalazł się nie tam, gdzie go pamiętałem. Zeszliśmy razem na podjazd, taksówkarz stał przy bagażniku, a ja podszedłem do niego z tym swoim krzywym, wieczornym uśmiechem, odrobinę chwiejnie, jakbym testował grunt po trzęsieniu ziemi, i złapałem pierwszy karton. Był cięższy, niż zapamiętałem sprzed trzech sekund. Prudence też wzięła jedno pudło, na co spojrzałem na nią z uznaniem, którego nie umiałem ubrać w normalne słowa. Mężczyzna, który nam je przywiózł, okazał się złotym człowiekiem, bez gadania podawał i przenosił kolejne pakunki, pomógł je przestawić pod ścianę, nawet przytrzymał drzwi, kiedy przeciąg próbował je zamknąć, ja w tym czasie próbowałem ogarnąć logistykę całej operacji, co przy moim stanie było ambitnym przedsięwzięcie.
- Spokooj… Damy laaadę. Jeeeden kaalton, dluuugi kaa’ton… - Wyliczałem półgłosem, jakby to była strategia wojskowa. - Małee kloooszki.
Rytm był prosty - podnieś, przejdź, postaw. Podnieś, przejdź, postaw. W środku domu kartony zaczęły rosnąć pod ścianą w coś, co przypominało nowoczesną instalację artystyczną. Prue układała je jeden na drugim, bardzo skupiona, z tym poważnym wyrazem twarzy, jakby właśnie konstruowała wyjątkowo ambitną budowlę. Patrzyłem, jak cofa się o pół kroku, marszczy brwi i przygląda się swojej konstrukcji. Pudła zaczęły się bujać, ona też, na moment zsynchronizowali się jak dwa metronomy, na co uśmiechnąłem się tylko pod nosem, wzruszając ramionami i obracając się, aby przynieść więcej pudełek, bo wewnątrz mojej głowy, im więcej ich było, tym bardziej stabilna stawała się konstrukcja. Szkoda tylko, że to miałoby miejsce, gdybyśmy celowali w szerokości, nie wysokość. Niepomny tego, wróciłem po kolejny karton, przy którego niesieniu zahaczyłem barkiem o framugę i prawie wywinąłem orła.
- Psze’aaszam… - Powiedziałem do drzwi, zanim wyszedłem po raz ostatni, by pożegnać taksówkarza i zabrać ostatni transport - dywan leżał tam, gdzie go zostawiłem, ciemnozielony z czernią, zwinięty w rulon, dokładnie jak coś, co w każdej chwili mogło się rozprostować i zacząć pełznąć. Złapałem go pod pachę i od razu poczułem, że to zły pomysł, ciężar przesunął mi się na ramię, wąż zsunął się trochę i przez moment naprawdę wyglądało to tak, jakbym walczył z ogromnym, chociaż spokojnym gadem. Wreszcie udało mi się wciągnąć go do środka.
Stałem jeszcze przy drzwiach, klamka była ciepła od mojej dłoni, powietrze w przedpokoju było ciężkie od alkoholu i ciepła domu, który dopiero zaczynał być naszym domem, schody na piętro patrzyły na mnie krzywo, z góry jak na kogoś, komu nie do końca ufały, a świat miał opóźnienie rzędu pół sekundy, i wtedy… Górne pudło spadło z głuchym stukiem, jego zawartość rozsypała się po parkiecie.
- Ouu… - Zamarłem na moment, podczas gdy Prue usiadła na podłodze pod ścianą, patrząc na rozsypane rzeczy, jakby próbowała je zahipnotyzować, żeby same wróciły do pudełka.
Podszedłem bliżej, przykucnąłem obok niej, opierając łokieć o kolano, a następnie kontrolowanie - przynajmniej w mojej głowie - opadając dupą na podłogę obok niej.
- Spokooj… - Powiedziałem cicho, przeciągając tylko trochę, reagując na jej ciężkie westchnienie, bo prawdę mówiąc, mi też nie widziało się sprzątanie. - Niic nie uucieeknie. - To mówiąc, podniosłem jedną z pamiątek, oglądając ją pod światło, które dziwnie falowało - obróciłem drobiazg w palcach, próbując sobie przypomnieć, skąd się wziął, ale bez większego powodzenia. - Pa-tsz… - Pokazałem jej, mimo to. - To wciąsz tu jeest. Wszyyystko jeest. Nie musimy tego telas ogalniaś, nie? One nigdzie nie uciekną. Chyba sze wąsz je zje? - Spojrzałem na nią, nagle dziwnie zaniepokojony tą myślą.
Prue stała wysoko, patrząc na mnie z góry, podjazd był nisko, za to wyraźnie świecił się od niedawnej mżawki i świateł latarni, taksówka stała cicho, a ja próbowałem przypomnieć sobie, czy już mówiłem, co się dzieje, czy jeszcze nie. Słyszałem głos Pruey, ale zanim mój mózg złożył cokolwiek w sensowne spostrzeżenie, zdążyłem już mrugnąć trzy razy i zgubić finalny wniosek. Dotarł do mnie tylko połowicznie, bo w tym samym czasie próbowałem zapamiętać, że trzeba jeszcze zamknąć bramę, i że kierowca patrzył na mnie z miną człowieka, który bardzo chce wrócić do normalnych klientów.
- Hyh… Nooo, wi-eeesz… - Podrapałem się po karku, łapiąc poręcz schodów, żeby nie odpłynąć za daleko, i zupełnie zapomniałem, że zamierzałem powiedzieć coś o niejadowitości gadziego jegomościa, zamiast tego zrobiłem krok w bok, żeby ją przepuścić, ale sam kolejny raz musiałem się złapać poręczy, bo schodek nagle znalazł się nie tam, gdzie go pamiętałem. Zeszliśmy razem na podjazd, taksówkarz stał przy bagażniku, a ja podszedłem do niego z tym swoim krzywym, wieczornym uśmiechem, odrobinę chwiejnie, jakbym testował grunt po trzęsieniu ziemi, i złapałem pierwszy karton. Był cięższy, niż zapamiętałem sprzed trzech sekund. Prudence też wzięła jedno pudło, na co spojrzałem na nią z uznaniem, którego nie umiałem ubrać w normalne słowa. Mężczyzna, który nam je przywiózł, okazał się złotym człowiekiem, bez gadania podawał i przenosił kolejne pakunki, pomógł je przestawić pod ścianę, nawet przytrzymał drzwi, kiedy przeciąg próbował je zamknąć, ja w tym czasie próbowałem ogarnąć logistykę całej operacji, co przy moim stanie było ambitnym przedsięwzięcie.
- Spokooj… Damy laaadę. Jeeeden kaalton, dluuugi kaa’ton… - Wyliczałem półgłosem, jakby to była strategia wojskowa. - Małee kloooszki.
Rytm był prosty - podnieś, przejdź, postaw. Podnieś, przejdź, postaw. W środku domu kartony zaczęły rosnąć pod ścianą w coś, co przypominało nowoczesną instalację artystyczną. Prue układała je jeden na drugim, bardzo skupiona, z tym poważnym wyrazem twarzy, jakby właśnie konstruowała wyjątkowo ambitną budowlę. Patrzyłem, jak cofa się o pół kroku, marszczy brwi i przygląda się swojej konstrukcji. Pudła zaczęły się bujać, ona też, na moment zsynchronizowali się jak dwa metronomy, na co uśmiechnąłem się tylko pod nosem, wzruszając ramionami i obracając się, aby przynieść więcej pudełek, bo wewnątrz mojej głowy, im więcej ich było, tym bardziej stabilna stawała się konstrukcja. Szkoda tylko, że to miałoby miejsce, gdybyśmy celowali w szerokości, nie wysokość. Niepomny tego, wróciłem po kolejny karton, przy którego niesieniu zahaczyłem barkiem o framugę i prawie wywinąłem orła.
- Psze’aaszam… - Powiedziałem do drzwi, zanim wyszedłem po raz ostatni, by pożegnać taksówkarza i zabrać ostatni transport - dywan leżał tam, gdzie go zostawiłem, ciemnozielony z czernią, zwinięty w rulon, dokładnie jak coś, co w każdej chwili mogło się rozprostować i zacząć pełznąć. Złapałem go pod pachę i od razu poczułem, że to zły pomysł, ciężar przesunął mi się na ramię, wąż zsunął się trochę i przez moment naprawdę wyglądało to tak, jakbym walczył z ogromnym, chociaż spokojnym gadem. Wreszcie udało mi się wciągnąć go do środka.
Stałem jeszcze przy drzwiach, klamka była ciepła od mojej dłoni, powietrze w przedpokoju było ciężkie od alkoholu i ciepła domu, który dopiero zaczynał być naszym domem, schody na piętro patrzyły na mnie krzywo, z góry jak na kogoś, komu nie do końca ufały, a świat miał opóźnienie rzędu pół sekundy, i wtedy… Górne pudło spadło z głuchym stukiem, jego zawartość rozsypała się po parkiecie.
- Ouu… - Zamarłem na moment, podczas gdy Prue usiadła na podłodze pod ścianą, patrząc na rozsypane rzeczy, jakby próbowała je zahipnotyzować, żeby same wróciły do pudełka.
Podszedłem bliżej, przykucnąłem obok niej, opierając łokieć o kolano, a następnie kontrolowanie - przynajmniej w mojej głowie - opadając dupą na podłogę obok niej.
- Spokooj… - Powiedziałem cicho, przeciągając tylko trochę, reagując na jej ciężkie westchnienie, bo prawdę mówiąc, mi też nie widziało się sprzątanie. - Niic nie uucieeknie. - To mówiąc, podniosłem jedną z pamiątek, oglądając ją pod światło, które dziwnie falowało - obróciłem drobiazg w palcach, próbując sobie przypomnieć, skąd się wziął, ale bez większego powodzenia. - Pa-tsz… - Pokazałem jej, mimo to. - To wciąsz tu jeest. Wszyyystko jeest. Nie musimy tego telas ogalniaś, nie? One nigdzie nie uciekną. Chyba sze wąsz je zje? - Spojrzałem na nią, nagle dziwnie zaniepokojony tą myślą.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)