– O tyle o ile… Zawsze wydawała mi się bardzo wylękniona – jakby bała się, że za plecami znajdzie się ktoś, kto zrobi jej coś złego… Mniej-więcej tak to Victoria odbierała. – I była bardzo szczęśliwa, jak mogła przyjść do mnie pomóc mi z ogrodem. Wydaje mi się, że nieczęsto opuszczała dom – no i zawsze miło mówiła o swoim synu, choć wyglądała, jakby się go bała. I to ona przyszła do Victorii poprosić ją o pomoc, gdy przeczuwała, ze może zrobić coś ostatecznego.
– Wiem, Brenn. Ja bym tego nie traktowała jako transakcję, przecież spotykalibyście się niezależnie od tego, że ten paszkwil się pojawił, nie? – i miała już pewną myśl w głowie, którą chciała zresztą kontynuować, ale przerwała jej wzmianka o żabach i fasolkach. – Pewnie masz rację, nie mam dzisiaj szczęścia – westchnęła i złapała za pudełko czekoladowej żaby. To przynajmniej na pewno była czekolada, a po tych dziwnych smakach fasolek mogła sobie to umilić i tak też zrobiła, łapiąc zręcznie żabkę. – Stara mateczka Hubbard, wspaniale – mlasnęła z przekąsem. – Chcesz? – zapytała jeszcze, bo skoro Brenna tak się ucieszyła z Nicolasa, to może i z wiedźmy też… – To ten sam przypadek co czarna porzeczka – mruknęła jeszcze ale zaraz spojrzała na Brennę przeciągle. – Ale to się świetnie składa, że trafiłaś na cytrynową. Bo chciałam ci powiedzieć, że skoro życie podsuwa ci cytryny, to powinnaś zrobić z nich lemoniadę. To odnośnie tego paszkwilu i spotykania się z Atreusem – bo przecież o Brennie też napisali bzdury, które były nieprawdą, a mogła to przekuć w coś dobrego, choćby we własnym domu, by dali jej spokój. To najmniej, co mogła z tym zrobić.
– No, w końcu – ucieszyła się, gdy już Brenna usunęła z wypowiedzi niepotrzebne tam słowa i z poczuciem dobrze wykonanej pracy wsadziła sobie resztę żaby do buzi i uśmiechnęła się niewinnie. – Ach, bawił się w swatkę? – zapytała i uśmiechnęła się pod nosem, bo to w sumie nieistotne, czy Brenna go zaprosiła czy nie: ważne, że tam był i… Cóż, Victoria już pytała się Brenne jak długo to trwa i nie dostała żadnej sensownej odpowiedzi. Ale nie zamierzała tak po prostu odpuścić, co to, to nie. – No dobra, to ile to w końcu trwa? Tylko błagam cię nie mów mi, że nie wiesz, bo tym razem ci nie dam tak łatwo spokoju.
Nie, Victoria nie miała w głowie żadnych planów, żeby lecieć na dwa fronty, to faktycznie nie było w jej stylu, ale gdyby wiedziała, to z pewnością chciałaby nieco dopomóc szczęściu Brenny, tak to już przecież było.
– Nie do końca przypadkowe. Utrzymujemy kontakt od… no od czasu szkoły. Nie jakoś bardzo duży, ale dość regularny, bo Chris jest autorem chyba większości moich sukienek – nie wszystkich, nie, ale na przestrzeni lat trochę się już tego pozbierało. – Ta, w której byłam na balu to też jego dzieło – uśmiechnęła się lekko, bo cokolwiek i jakkolwiek Rosier to robił, to uważała, że w jakiś sposób był w stanie wydobyć jej urodę jeszcze bardziej. – To kuzyn mojego pierwszego i na szczęście niedoszłego… Ale są zupełnie inni – Victoria niespecjalnie lubiła wspominać tamten ciemny okres swojego życia, ale nie dało się tego całkowicie pominąć, a na pewno nie w tej historii. – A czy pojedyncze… Hmmm – zaprosił ją na kolejne spotkanie, więc nie pojedyncze, ale nie potrafiła przewidzieć, jak to będzie dalej i czy zaraz mu się nie znudzi. Tak, Rookwood całkiem nieźle przeorał jej pewność siebie, chociaż naprawdę próbowała o sobie nie myśleć w tych złych kategoriach. – Czy chcesz mi powiedzieć, że wysłał do ciebie listy z wycinanymi literkami z gazet? – Lestrange nie wytrzymała i po prostu zapytała wprost, bo odkąd Stanley już nie pracował w Ministerstwie, to chyba mu się nudziło i wyczyniał takie cuda.
– Ach, jasne. Każdy komu zależy by się przejął, to w sumie nic dziwnego… – ale to nadal były poufne informacje, więc… – Pewnie zależy od rodzaju pomocy. Wiem, że nie robisz tego dla pieniędzy. Ale nie da się ukryć, że odznaka bardzo wiele rzeczy ułatwia i otwiera furtki – nie mówiąc już o tym, że łatwiej było o pewne informacje… Tak, jasne, niektórzy korzystali z tego dla własnych celów, a nie by pomóc, ale ci co mieli serce we właściwym miejscu również z tego korzystali. Łatwiej było o pewne narzędzia. No i… było się tym oczkiem w sicie, które mogło zatrzymać kamień, a nie po prostu wielką dziurą, przez którą by przeleciał…