Victoria tylko pokręciła głową na tę całą listę facetów, co do których Erik miał jakieś plany, by ich wyswatać ze swoją siostrą, bo to było wielkie przedsięwzięcie w ogóle stworzyć taką listę potencjalnych absztyfikantów, których mogłaby Brenna w ogóle przyjąć. Rozumiała ten sentyment i to faktycznie było całkiem urocze i kochane w tym wydaniu, bo wydawało jej się, że na liście i zapraszaniu na imprezę się zakończyło. Ale sama będąc zmuszona do małżeństwa przez swoją rodzinę dwa razy (a oba okazały się niewypałem i całe szczęście, że do ślubu nie doszło, bo byłaby teraz wdową i rozwódką), niespecjalnie uważała, za dobry pomysł tak popychać kogokolwiek od jednych ramion do drugich bez wyraźnej zgody.
Lestrange bardzo szybko sobie to półtorej miesiąca odliczyła, aż wyszedł jej koniec sierpnia i początek września i tylko cmoknęła niepocieszona, że Brenna nic jej wcześniej nie powiedziała, a musiała z niej wszystko wyciągać siłą, a najgorsze było to, że nie połapałaby się, że coś jest na rzeczy, gdyby jej Atreus nie powiedział, że idzie z nią na wesele do Yaxleyów i nadal żyłaby sobie tak nieświadomie, że coś się w życiu panny Longbottom pozmieniało. Victoria nie była pewna, skąd ta cała skrytość i bardzo nie chciała myśleć o sobie jak o jakimś niechcianym elemencie, któremu nie warto się zwierzyć z tego, że ktoś jej się podoba i że myśli o tym kimś na poważnie. Owszem, już ostatnio pytała ile to trwa, ale choć dostała wtedy odpowiedź, to nie była co do niej przekonana, skoro dookoła dostawała jeszcze takie odpowiedzi jak „a czym dokładnie jest to”.
– To już chwilę trwa, zaraz będzie dłużej niż każde moje narzeczeństwo – zauważyła. Żadne nie przetrwało dłużej niż dwa miesiące, ale o tym, że była zaręczona, każde z jej przyjaciół wiedziało i nikt nie musiał tego z niej wyduszać siłą. – Nie jest. Gdyby był śmiertelnie nudny, to nie poszłabym z nim na bal – nie była do tego przecież przymuszona przez kogokolwiek, poszła z nim z własnej woli.
– Też dostałam jeden albo dwa – stwierdziła i uśmiechnęła się złośliwie. – Śmiem twierdzić, że wygnanie mu nie służy. Ma za dużo czasu na te bzdury, a do tego myśli, że nikt się nie połapie, że te wycinanki to on. Wyślij mu kiedyś rebus zielarski albo kolorowankę z jakąś rośliną. Ucieknie w popłochu – gdziekolwiek się zaszył, to miał ewidentnie za dużo czasu. Ale z drugiej strony to dobrze, bo to oznaczało mniej czasu na robienie złych rzeczy. – A gdzie zarządzanie nie leży i nie kwiczy. Z drugiej strony jak funkcjonariuszom nie chce się zapamiętać nazwisk na tablicy z listami gończymi, to nie do końca jest wina systemu, a jednostki. Chyba, że mówisz o czymś innym.