– No nie są takie same. Mówiłam, że są w pewnym sensie podobne. Ale my się nigdy blisko nie trzymaliśmy, więc nie było też okazji, żeby się przekonać jak duże jest to podobieństwo… – Victoria czuła się w obowiązku, by się wytłumaczyć. No bo tak, znali się z Chrisem całe lata, ale to zawsze był po prostu kontakt… biznesowy, a przynajmniej w większości, bo to, że znali się ze szkoły, nieco tę znajomość ocieplało, do stopnia, że można sobie było pozwolić na nieco więcej (jak choćby na uwagi, że wydają ją nie za tego Rosiera, za którego powinni).
– Jeżeli ktoś coś wie, to się tym nie chwali. Oficjalnie nie dostaliśmy żadnych informacji, nad czym ubolewam… Ale nie byłby to pierwszy raz, kiedy wywalają nas do zadania i nie podają pełnych informacji. Na przykład w sierpniu zostałam przydzielona do… hmmm… pilnowania Lorraine Malfoy w trakcie, kiedy ona zajmowała się ciałami naszych widmowych wydmuszek i przez cały czas zastanawiałam się co to ma na celu – pilnowanie ciał przed nią, czy pilnowanie jej przed ciałami. Do teraz nie jestem pewna jaki był tego cel, chociaż jedno z ciał wróciło do życia – Lestrange skrzywiła się. – Ale nie poinformowano mnie wcześniej, że coś takiego może mieć miejsce, nie otrzymałam żadnego pakietu informacji, nic, tylko to, że mam tam siedzieć przez kilka godzin i liczyć palce, bo byłam bliska zaśnięcia z nudów – czy można było Victorię winić za jej podejrzliwość w stosunku do Ministerstwa? Chyba nie. Była pewna, tak jak Brenna mówiła, że mieli w szeregach Śmierciożerców, to nie ulegało wątpliwościom, dlatego też podczas akcji nad jeziorem Windermere podjęła taką a nie inną decyzję: zniszczyła kocioł trytonki, za pomocą którego kontrolowała ludzi i pominęła to w raportach, nie chcąc, by ta substancja trafiła w ręce kogokolwiek, bo już czuła w kościach jakby się to skończyło: badaniami. I wszyscy by tego pożałowali. I niestety doskonale wiedziała, że gdyby nie odznaka, to nie miałaby do tego wszystkiego dostępu. – Cóż, co jak co, ale Borginowie od chyba zawsze zajmowali się różnymi mniej legalnymi interesami – Victoria westchnęła lekko, bo nawet jej własna babka skierowała ją do Borginów i choćby dlatego Stanley był jej potrzebny: inaczej trudno byłoby wyciągnąć z nich informacje, choć czy w tym momencie to rzeczywiście było takie ważne? Powód, dla którego to wszystko potrzebowała, wyjechał w siną dal. No i… Lestrange też miała całkiem solidny powód by podejrzewać, że Stanley nosił szlafrok i maseczkę, i wcale nie chodziło o wizyty w spa. Nie było to coś, czym zamierzała się dzielić ze swoją rodziną, bo może i była wychowana w takim a nie innym klimacie, że rodzina powinna być na pierwszym miejscu, to przecież nie była głupia. Ktoś z jej rodziny musiał się kłaniać Voldemortowi, a ona nie wiedziała kto taki. Wiedziała za to, kto tego nie robił: ona sama. I raczej nie Primrose, która nie miałaby kiedy zacząć kolaborować, a poza tym była przerażona tym co się działo.
– Szkoda, jeśli wartości rodziny przysłaniają wszystko inne – odparła i szturchnęła lekko Brennę łokciem w bok, by nieco się rozchmurzyła. Wartości rodziny Lestrange też różniły się od tych, które przekazywali sobie u Longbottomów, ale co z tego? Nie zamierzała wyrzekać się swojej przyjaźni z Brenną, wręcz przeciwnie. Gdyby ktoś jej coś rzucił na ten temat, to gotowa była wręcz podłożyć się z nią przy jakichś pismakach, żeby każdy wiedział i widział, że ma to wszystko gdzieś.
– Cóż, zapytać ją nie zaszkodzi. Co prawda pracuje tam od miesiąca, ale to i tak większy dostęp do informacji niż my z zewnątrz – Lestrange jakoś zapomniała w tym równaniu o Isobel, skupiając się na nekromantach zza granicy.
– No jasne. Ale potem czeka nas druga tura fasolek – dodała i chwilę później już stała, gotowa do spaceru.