• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence

[12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
05.02.2026, 20:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.02.2026, 20:52 przez Benjy Fenwick.)  
Dywan leżący przy taksówce w tym świetle wyglądał jeszcze bardziej jak coś żywego, miałem wrażenie, że obserwuje nas oboje, chociaż gdzieś z tyłu głowy doskonale wiedziałem, że to tylko zwinięta tkanina, tylko że „tylko” było dziś słowem bardzo względnym. Prue nadal stała w framudze jak w bezpiecznej strefie, jakby drzwi miały magiczne właściwości ochronne, przez moment miałem ochotę powiedzieć jej, że framuga nie jest tarczą antywężową, ale uznałem, że to nie jest najlepszy moment na realizm. Słuchałem jej, kiwając głową powoli, jakbym uczestniczył w bardzo poważnej debacie naukowej o zwyczajach gadów, opierając się jedną dłonią o poręcz - to była dobra poręcz, solidna, lubiłem ją, schody natomiast wyglądały, jakby tylko czekały, aż ktoś postawi stopę nie tam, gdzie trzeba. Miałem wrażenie, że czają się na to, aż zrobię krok w złą stronę, aby urosnąć lub zmaleć o kilka centymetrów, przez co potknąłbym się i wywrócił, więc pozwoliłem im być i zostałem tam, gdzie byłem.
Nie pomagałem, to znaczy - pomagałem fizycznie, ale mentalnie dolewałem oliwy do ognia, bo nie mogłem inaczej, jakoś tak instynktownie mówiłem o dusicielach, o połykaniu, o trawieniu, nie mogąc nic poradzić na słowa, które opuszczały moje usta, ani na to, że Prudence teraz patrzyła na mnie z tą mieszaniną skupienia i lekkiej paniki, która pojawia się tylko wtedy, kiedy człowiek jest pijany i próbuje przetwarzać informacje o potencjalnym zagrożeniu biologicznym.
- Hyh… No… w teolii. - Odmruknąłem, drapiąc się po karku. - To znaczy, jadowite są balsiej… Impulsywne. Cykną i po splawie. A dusiciele… One są metodyczne. To, yh, lószisa w stylu. - Dopiero wypowiadając to na głos, zorientowałem się, że to nie był uspokajający argument, brzmiało to sensownie przez około pół sekundy, potem Prue zaczęła bardzo obrazowo mówić o owijaniu się wokół nas i zjadaniu, a ja praktycznie od razu wyobraziłem to sobie, z wieloma szczegółami, nie wiedziałem, po co. Spojrzałem w kierunku węża, przez sekundę miałem wrażenie, że się poruszył, mrugnąłem - nie, nadal leżał, świat po prostu falował. Mimo to, przez krótką chwilę, w mojej głowie pojawił się obraz zielono-czarnego rulonu oplatającego dom, schodki, nas oboje, a potem próbującego zmieścić wszystko do jednego, bardzo abstrakcyjnego żołądka. Zmarszczyłem brwi i odruchowo zerknąłem w dół, na swoje ręce, potem na tors, jakbym próbował oszacować statystyki i cały proces logistyczny przełykania, i przetarłem twarz dłonią.
- Poza tym… - Dodałem po chwili. Spojrzałem jeszcze raz na dywan na podjeździe, jakby mógł nas podsłuchiwać. - Jahby napa-awdę chciał nas zjeś, to by zaczął od, yh, kieowcy. A kierowca szyje, nie? - To był argument z kategorii „improwizowana logika”, ale w tamtym momencie wydawał mi się tak samo przekonujący, jak plan dotyczący przenoszenia kartonów, który zaczął powstawać w mojej głowie i… Dokładnie tam pozostał - nawet wtedy, gdy Pruey mnie o niego spytała, ja tylko energicznie pokiwałem głową, nie myśląc za wiele o tym, że nie byliśmy z żoną na tej samej stronie. Nasze ustalenia wydawały mi się wyjątkowo jasne.
Później ruszyliśmy do akcji, a ja na chwilę straciłem ją z pola widzenia, bo znowu nosiłem kartony, natomiast one miały ten irytujący zwyczaj zasłaniania całego świata, gdy brało się je w taki sposób, w jaki ja postanowiłem nieść je przed sobą. Przez moment naprawdę udało nam się udawać, że jesteśmy normalną ekipą przeprowadzkową, nosiliśmy pudła, we troje, w tym samym powtarzalnym rytmie, aż Prudence odpuściła dźwiganie i przerzuciła się na układanie - patrzyłem na nią kątem oka, kiedy stawiała pudło na pudle, budując swoją wieżę z tą nieprzerwaną, imponującą koncentracją, którą znałem z innych momentów - wyglądało to prawie jak zabawa w klocki, tylko że te klocki miały nieprzewidywalny rozkład masy i nierówne, choć kwadratowe, wymiary.
Nie ingerowałem w jej pracę, doskonale sobie radziła, naprawdę profesjonalnie w moich oczach, przychodziłem więc z kolejnymi kartonami w rękach i tylko obserwowałem, jak powstaje wieża - trochę się bujała, ale w tamtej chwili niewiele rzeczy wyglądało stabilnie - za każdym razem uśmiechałem się pod nosem, bo Prue wyglądała na zadowoloną z zadania, więc ja też byłem zadowolony, że ktoś tak kompetentny przejął część chaosu. Widać było, że sprawia jej to jakąś dziwną przyjemność, jedyny problem polegał na tym, że grawitacja nie znała zasad zabawy.
Zanim zdążyłem zareagować, konstrukcja zakołysała się i jedno z pudeł poleciało - rzeczy rozsypały się po podłodze z hałasem, który zabrzmiał jak mała eksplozja wspomnień - kamyki, listy, suszone liście, muszelki, cały mikrokosmos, wszystko to spoczęło w naszym korytarzu, częściowo rozsypując się po całym holu. Zostaliśmy sami z wizją nieprzewidzianej potrzeby zrobienia z tym porządku, kierowcy już dawno nie było, pozostało po nim tylko sto papierowych sarkofagów, ciche echo zamykanych drzwi i ta charakterystyczna pustka po samochodzie na podjeździe, który - zresztą - bardzo szybko zniknął z mojej mapy świata, bo wszystko, co miało znaczenie, znajdowało się teraz w przedpokoju. Wszystkie nasze zdobycze były już w środku, ustawione pod ścianą w przedpokoju w tej krzywej linii, która zawsze powstaje, kiedy człowiek próbuje być zorganizowany po alkoholu. Dywan leżał przy drzwiach, zwinięty w swój podejrzany rulon, dokładnie tam, gdzie kończył się świat zewnętrzny, a zaczynał nasz, jakby pilnował progu. Przykucnąłem obok Prue, a potem po prostu osunąłem się na parkiet, plecami do ściany, dokładnie tak jak ona, bo nogi uznały, że to rozsądniejsza opcja.
Kiedy zapytała, czy on tylko udaje, zmrużyłem oczy i bardzo poważnie rozważyłem tę opcję.
- Eee… Mosliwe. - Przyznałem w pierwszej chwili, bez cienia zastanowienia - One są splytne. Takie… - Zamachałem ręką, szukając słowa, a gdy się nie znalazło, nawet nie próbowałem kończyć tego zdania, tylko przyjrzałem się stworzeniu, poważnie je oceniając. - On nie udaje. - Powiedziałem spokojniej, po kilkunastu sekundach wpatrywania się w rulon. - Jakby udawał, to by się jusz tlochę loswinął. Albo chociasz… Eee… Zmienił pozycję. - Przesunąłem dłonią po podłodze, zbierając ususzone liście w jedną stertę. - A on leszy tak samo. To jest… Postawa. „Nie poluję”. Poza tym… On nie ma powiek. - Jaki to miało związek z polowaniem? Nie wiedziałem jeszcze, powiedziałem to instynktownie, ale uznałem to za istotny szczegół. - Jakby planował atak, to by się jakoś… Spiął. Albo napiął. I musiałby zamlugaś. A on nie mluga. Bo nie ma powiek. - Chyba nie mógł wyostrzyć obrazu, poprzez mrużenie nieistniejących powiek, by nas lepiej obczaić, racja? Właśnie dlatego leżał tam, gdzie go zostawiliśmy, zwinięty, ciężki, bezradnie spokojny - co prawda, za każdym razem, kiedy przenosiłem wzrok z niej na niego, miałem wrażenie, że zmieniał pozycję o milimetr, tylko po to, żeby utrzymać nas w napięciu, ale ten argument o rozmytym obrazie utrudniającym polowanie odrobinę mnie uspokajał.
- S góly? - Powtórzyłem. - Nieee. Jak jusz, to s dołu. On jest pszy podłodze. Jak usłyszę „szszszsz” s góly, to znaczy, sze mamy ploblem nie tylko s węszem, ale i s akustyką domu. Albo s lulami. - Pokręciłem głową, przez chwilę wyobraziłem sobie noc, skrzypienie parkietu i wielki zielony zwój pełznący przez korytarz. - A selio, to śpisz obok mnie, ja od dszwi, nie? Jak na Holysontalnej. Jakby coś pełzło po schodach, najpie nathnie się na moje stopy. - Zawiesiłem się. - Aaaal-bo na moje kolana. Aaaal-bo na cokolwiek. Jestem doś, yh, duszą pszeszkodą. - Zerknąłem na nią, potem na dywan, potem znowu na nią, pokiwałem głową, zadowolony z tego planu. - Poczuję, jakby coś szszszszło. Wstanę. Zablokuję pszejsie. Koniec histoji. - Machnąłem ręką w stronę kartonów, chociaż planowałem na dywan i na siebie, no, cóż. - Poza tym on jest pszy dszwiach. Głównych. To jest waszne. To znaszy, sze jakby miał gdzieś iś, to jest szansa, sze źle tlafi i wyjszszszje. - Ciągnąłem wolniej, samemu sobie kiwając głową. Patrzyłem gdzieś przed siebie, bo próba utrzymania kontaktu wzrokowego w tym stanie wydawała się zbyt ambitna. - On nawet nie wie, gdzie jest sypialnia. - Dodałem z tą pijacką powagą, która bierze się z głębokiego przekonania, że właśnie rozwiązało się problem życia i śmierci. Parsknąłem cicho, ale zaraz spoważniałem, bo w tym stanie człowiek bardzo łatwo sam siebie przekonuje do każdej teorii.
Prue nachyliła się w moją stronę bez słowa, a ja zorientowałem się dopiero po chwili, że coś się dzieje, bo jej ręka znalazła się nagle bardzo blisko mojej twarzy. Nie od razu skojarzyłem, co właściwie robiła, najpierw zobaczyłem tylko jej dłoń w polu widzenia, trochę rozmytą, potem błysk metalu. Mój mózg potrzebował jednak solidnej chwili, żeby nadrobić drogę od bodźca do znaczenia, zamarłem więc w pół ruchu, z jedną dłonią wciąż zawieszoną nad stertą koralików, pozwalając jej działać - nie dlatego, że mnie to zaskoczyło, tylko dlatego, że w tym stanie każdy nieoczekiwany ruch wymagał ode mnie znacznie więcej przetwarzania. Poczułem palce na skroni, ciepłe, trochę niepewne, szukające włosów, które uparcie nie chciały leżeć tam, gdzie powinny, a potem delikatne pociągnięcie, jakby próbowała oddzielić jeden kosmyk od reszty. Widziałem na jej twarzy ten drobny grymas skupienia, nie dziwił mnie on wcale, bo przypinanie spinki było obecnie zadaniem wymagającym całej dostępnej mocy obliczeniowej.
- Hyh… Uwaszaj, bo ja się luszam. - Ostrzegłem półgłosem, chociaż absolutnie nie miałem zamiaru się ruszać, nie licząc ust, którymi nadal poruszałem. Sekundę później usłyszałem metaliczny klik, bardzo wyraźny w tej dziwnej ciszy między nami, a potem wniosek, jaki padł z ust Pruey. - Pasuje? - Powtórzyłem wniosek żony, bardziej do siebie niż do niej, po czym poruszyłem głową minimalnie, testując, czy spinka dobrze się trzyma - trzymała, jak skurwysyn. - No, dooobla. - Mruknąłem, przesunąwszy językiem po zębach, szukając odpowiednich słów. Zrobiłem krótką pauzę, bo mózg musiał przełączyć się z trybu „jej dłoń przy mojej twarzy” ponownie na tryb „hipotetyczny atak gada”. - Tela to jusz w ogóle jestem… Nie-do-połknięsia. - Zerknąłem w bok, jakby wąż mógł nas podsłuchiwać, a potem wróciłem spojrzeniem i zrobiłem krótki, głupi gest na wysokości krtani.
Przechyliłem głowę jeszcze raz, przetarłem twarz dłonią i spojrzałem w stronę drzwi - tam, gdzie obiekt naszej rozmowy nadal leżał zwinięty, niewzruszony, jakby naprawdę rozważał swoje opcje - nie wiedziałem skąd wzięło się to przekonanie, ale brzmiało wystarczająco poważnie. Zerknąłem na niego, potem na podłogę, potem znowu na niego, podczas gdy moje myśli krążyły w małych pętlach. „Rzeczny nierzeczny”, przetrawiłem to wolniej, niż bym chciał, patrząc w kierunku Prue, jakby była jednocześnie prorokinią i ofiarą własnych wizji - w tym stanie rzeczy nie potrzebowały żadnego głębszego sensu, wystarczyło, że istniały lub mogły zaistnieć, nawet bardzo hipotetycznie, byśmy musieli się na nie przygotować.
- Eee… - Wypuściłem powietrze. - Wszystko jest pod kont-olą. - Nie było, ale brzmiało wystarczająco solidnie. - Losglyśliśmy go, zanim on nas… - Urwałem, robiąc nieokreślony gest dłonią, naśladując chapnięcie zębisk. To była żelazna logika - jak coś jest tylko niebezpieczne, to wiesz, na czym stoisz, a jak jest tylko bezpieczne, to też, a jak jest jedno i drugie… - Jak coś jest jednocześnie bezpieczne i niebezpieczne, to tszeba je tlaktowaś jak niebezpieczne. - Zawyrokowałem. „Bezpieczny i niebezpieczny w zależności od okazji” brzmiało wystarczająco prawdopodobnie, w końcu ja też byłem dziś dokładnie taki. Patrzyłem na swoje ręce, podczas gdy koraliki uciekały pojedynczo przez moje palce, każdy w swoją stronę, i musiałem przyznać, że miało to w sobie coś niepokojącego, ale jednocześnie… Tak, dokładnie tak, był też ten drugi wniosek.
- To by znaczyło, sze mamy wczesny system ostszegawczy. - To była pocieszająca informacja, więc przeniosłem uwagę z powrotem na podłogę, starając się dostrzec jakieś wzory w zachowaniu rozsypanych przedmiotów. Na próżno - zaraz zapomniałem o tym, czego tak właściwie szukałem - głowa pracowała z opóźnieniem, ale ręce wiedziały, co robić, więc zająłem się przesuwaniem koralików bliżej nas, starając się zebrać je w coś na kształt kupki, każdy ruch był trochę wolniejszy, niż planowałem, ale konsekwentny. Wkrótce miałem je już mniej-więcej pod kontrolą, chociaż co chwilę zauważałem kolejne. Podniosłem z podłogi garść suchych liści i przez chwilę tylko patrzyłem na nie, marszcząc czoło. - Eeej, a to? Co to? - Spytałem niezbyt inteligentnie, dopiero zauważając, że Prudence próbowała wstać, mądrze, przy ścianie. Patrzyłem na nią, gotowy złapać ją w pół drogi, gdyby nagle postanowiła przetestować grawitację twarzą, ale wyglądało na to, że bardzo dobrze kontrolowała sytuację - udało jej się, wyprostowała się powoli i wreszcie stanęła - podpełzłem więc kawałek dalej na kolanach, zbierając kolejne skarby, dopóki nie uznałem, że nie było już miejsca na siedzenie.
Jej tropem przesunąłem się po ścianie, podparłem dłonią o parkiet i podniosłem się wolno, bardzo wolno, z tą szczególną ostrożnością, jaką człowiek ma tylko wtedy, kiedy wie, że podłoga może nagle zmienić zdanie - złapałem równowagę - świat zakołysał się na moment, ale wrócił. Mogliśmy kontynuować. Przez chwilę naprawdę skupiałem się na robieniu małych kupek z rzeczy, które rozsypały się po podłodze - pozostałe samotne koraliki do jednej, listy do drugiej, kamyki osobno, jakby segregowanie miało zapobiec czemuś wielkiemu - co jakiś czas zerkałem w stronę drzwi wejściowych, bo wąż, nawet jeśli był statyczny, należał do kategorii „obserwować”.
Kamyki osobno.
Koraliki osobno.
Muszelki osobno.
Liście… Liście nie chciały współpracować, były lekkie, ślizgały się po parkiecie, przyklejały do dłoni.
- Eee… Nie lu-bię li-ści. - Burknąłem, podnosząc jeden, który przykleił mi się do rękawa, i mimo to, dokładając go do pozostałych.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (12493), Prudence Fenwick (5872)




Wiadomości w tym wątku
[12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 01.02.2026, 01:12
RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 02.02.2026, 09:41
RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 02.02.2026, 20:52
RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 02.02.2026, 23:41
RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 03.02.2026, 21:13
RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 04.02.2026, 00:11
RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 05.02.2026, 20:51
RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 06.02.2026, 10:41
RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 06.02.2026, 21:49
RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 07.02.2026, 00:22
RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 15.02.2026, 21:44

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa