06.02.2026, 18:02 ✶
Co było gorsze?
Śmierć nie mogła być najgorsza. Śmierć nagle wydawała się młodej Lestrange ukłonem losu, darem od samej Pani Księżyca – bo kiedy tylko usłyszała swoje imię i zdała sobie sprawę z tego, że ktoś ją rozpoznał, gwałtowanie pożałowała swojej decyzji. To nie miało znaczenia kto to był. To mogła być nawet jej rodzona siostra, ale bycie powiązaną w cudzej pamięci z czymś tak idiotycznym momentalnie załamało cały jej świat. Miała się po tym pokazać w Wielkiej Sali? Miała iść na śniadanie wiedząc, że każdy, absolutnie każdy może myśleć o nowej plotce oplatającej szkolne korytarze i nie czuć, jak jej więzy zaciskają się również na szyi młodziutkiej Primrose, która chciała czerpać ze świata garściami, a zamiast tego dostawała... to?
Odwróciła się w kierunku koleżanki sztywna, a ujęcie tego słowami, że jej twarz pobladła było sporym niedopowiedzeniem. Z każdą kolejną sekundą traciła kolor coraz bardziej. Uciekł wpierw z jej twarzy, później tułowia, kończyn, włosów. Wyglądała jak świeżo zatynkowana ściana, albo jakby ją ktoś obsypał mąką – dar metamorfomagii znów stał się jej przekleństwem, demaskując nie tylko narastającą wewnątrz rozpacz, ale również utratę kontroli.
Bała się wody jak niczego innego, ale w tym momencie, jako nastolatka pragnąca podbijać świat, wolała schować głowę w muszli klozetowej i trzymać ją tam tak długo, aż to wszystko nie zniknie. To musiał być zły sen... Teatralnie wręcz osunęła się na drzwi, pozwalając policzkom zalać się strumieniem mlecznych łez.
– To koniec, ty przebrzydła mendo – pisnęła, trzymając się umywalki, na którą zaczęła teatralnie opadać. Wydawała się niewzruszona tym, że komunikuje się z energetycznym wspomnieniem po uczennicy zamordowanej w szkole. Złym człowiekiem nie była i szkoda jej było Jęczącej Marty, ale na szacunek trzeba sobie przecież zapracować. Gdyby nie to, jak koszmarną była histeryczką, prawdopodobnie planowałaby odwet – na ten moment stać ją było co najwyżej na idiotyczne groźby. – ZNISZCZĘ CIĘ, ROZUMIESZ? ZNISZCZĘ. ZMIENISZ PRZYDOMEK Z JĘCZĄCEJ MARTY NA ŁYSĄ MARTĘ, NAWET JEŚLI BĘDZIE MNIE TO KOSZTOWAŁO WIZYTĘ W DZIALE KSIĄG ZAKAZANYCH. – Brzmiała przy tym niespodziewanie wręcz poważnie. Chwyciła nawet jedną z rolek papieru, którymi oberwała Astoria i cisnęła nią w tę nieszczęsną kabinę.
Śmierć nie mogła być najgorsza. Śmierć nagle wydawała się młodej Lestrange ukłonem losu, darem od samej Pani Księżyca – bo kiedy tylko usłyszała swoje imię i zdała sobie sprawę z tego, że ktoś ją rozpoznał, gwałtowanie pożałowała swojej decyzji. To nie miało znaczenia kto to był. To mogła być nawet jej rodzona siostra, ale bycie powiązaną w cudzej pamięci z czymś tak idiotycznym momentalnie załamało cały jej świat. Miała się po tym pokazać w Wielkiej Sali? Miała iść na śniadanie wiedząc, że każdy, absolutnie każdy może myśleć o nowej plotce oplatającej szkolne korytarze i nie czuć, jak jej więzy zaciskają się również na szyi młodziutkiej Primrose, która chciała czerpać ze świata garściami, a zamiast tego dostawała... to?
Odwróciła się w kierunku koleżanki sztywna, a ujęcie tego słowami, że jej twarz pobladła było sporym niedopowiedzeniem. Z każdą kolejną sekundą traciła kolor coraz bardziej. Uciekł wpierw z jej twarzy, później tułowia, kończyn, włosów. Wyglądała jak świeżo zatynkowana ściana, albo jakby ją ktoś obsypał mąką – dar metamorfomagii znów stał się jej przekleństwem, demaskując nie tylko narastającą wewnątrz rozpacz, ale również utratę kontroli.
Bała się wody jak niczego innego, ale w tym momencie, jako nastolatka pragnąca podbijać świat, wolała schować głowę w muszli klozetowej i trzymać ją tam tak długo, aż to wszystko nie zniknie. To musiał być zły sen... Teatralnie wręcz osunęła się na drzwi, pozwalając policzkom zalać się strumieniem mlecznych łez.
– To koniec, ty przebrzydła mendo – pisnęła, trzymając się umywalki, na którą zaczęła teatralnie opadać. Wydawała się niewzruszona tym, że komunikuje się z energetycznym wspomnieniem po uczennicy zamordowanej w szkole. Złym człowiekiem nie była i szkoda jej było Jęczącej Marty, ale na szacunek trzeba sobie przecież zapracować. Gdyby nie to, jak koszmarną była histeryczką, prawdopodobnie planowałaby odwet – na ten moment stać ją było co najwyżej na idiotyczne groźby. – ZNISZCZĘ CIĘ, ROZUMIESZ? ZNISZCZĘ. ZMIENISZ PRZYDOMEK Z JĘCZĄCEJ MARTY NA ŁYSĄ MARTĘ, NAWET JEŚLI BĘDZIE MNIE TO KOSZTOWAŁO WIZYTĘ W DZIALE KSIĄG ZAKAZANYCH. – Brzmiała przy tym niespodziewanie wręcz poważnie. Chwyciła nawet jedną z rolek papieru, którymi oberwała Astoria i cisnęła nią w tę nieszczęsną kabinę.