• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence

[12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
06.02.2026, 21:49  ✶  
Patrzyłem na rulon i próbowałem zapamiętać jego dokładne ułożenie względem krawędzi podjazdu, tak na wszelki wypadek - to, gdzie zaczynał się jego cień na betonie, gdzie kończyła się czarna nitka wzoru, jak bardzo ciasno był zwinięty - w głowie zapisywałem te szczegóły jak punkty kontrolne. Czułem to dziwne napięcie w karku, ten drobny zgrzyt w środku, mikroskopijne „a co jeśli”, które nie chciało zniknąć - mieszankę alkoholu i odpowiedzialności, która mówiła, że jeśli coś pójdzie nie tak, to będzie to zdecydowanie moja wina, bo to ja pierwszy zidentyfikowałem zagrożenie. Łuskowate tekstylium przy aucie przyciągało wzrok jak magnes, nie dało się go nie widzieć - co chyba powinno być dobrym znakiem, bo węże zazwyczaj lepiej się maskowały, ale dopuszczałem do siebie wniosek, że ten mógł być wyjątkowy - miał w sobie coś animalistycznego, coś z szat maskujących leśnego predatora, coś, co sprawiało, że mózg automatycznie dopisywał resztę. Wzór zdecydowanie wyglądał jak skóra gada, nie dało się tego odzobaczyć, nawet jeśli gdzieś tam byłem świadomy, że Penny raczej nie wysyłała żywych stworzeń w prezencie. Podarek leżał nieruchomo, ale właśnie to było najbardziej podejrzane, stałem tam i miałem to uporczywe wrażenie, że jeśli spuści się z niego wzrok, to zmieni pozycję, nie drastycznie, o kilka centymetrów, tyle, żeby człowiek nie był pewien własnej pamięci. Wiedziałem, że to tylko dywan, teoretycznie, tyle tylko, iż wiedza była dziś pojęciem względnym.
Czułem się przez chwilę jak bardzo pijany wykładowca zoologii, prowadzący prelekcję wśród dzikiej flory i fauny, nie na schodkach domu pod Londynem, stałem stabilnie tylko dlatego, że nogi miały jeszcze pamięć pionu, a barierka na szczęście nie została przeżarta przez rdzę, chociaż nasze nowe lokum zdecydowanie potrzebowało sporej ilości napraw, do tej pory bardzo lekką ręką traktowanych przez nestorkę rodu Bletchley, która - zgodnie z deklaracją - „miała inne rzeczy do roboty”. Słowa wypływały ze mnie powoli, z tym charakterystycznym trzeźwo-nietrzeźwym przekonaniem, że właśnie dzieliłem się bardzo specjalistycznym osądem sytuacyjnym, tym bardziej, że widziałem kątem oka, jak Prudence kiwała głową - to mnie upewniało, bo przecież kto jak kto, ale moja żona była najprawdziwszą skarbnicą informacji, i jeśli ona się ze mną zgadzała, to… Mieliśmy tutaj naprawdę poważny problem natury herpetologicznej. Wpatrywała się we mnie, a ja miałem świadomość, że moje słowa wcale jej nie uspokajały, tylko budowały nowe scenariusze - może to i dobrze, musieliśmy być gotowi na różne okoliczności, magia potrafiła być nieprzewidywalna. W naszym świecie przedmioty zdecydowanie mogły być czymś innym, niż się wydawały, wiedziałem o tym, ona też.
Słuchałem uważnie, naprawdę, tylko że w połowie zdania o „odpowiedniej godzinie” mózg zrobił mi gwałtowny skręt w bok i nagle zobaczyłem w wyobraźni węża sprawdzającego czas, zawiesiłem się na moment, bo moja głowa próbowała sobie wyobrazić gada z Rolexem na ogonie.
- Kaszdy ma swoje godziny. - Stwierdziłem wreszcie, przytakując temu, co właśnie powiedziała, przez ten cały czas byłem skierowany ku niej połową ciała i jednym uchem, drugim łapałem szum wiatru, który niósł zapach mokrego asfaltu i czyichś kolacji z sąsiednich domów. Pytania spadały na mnie jedno po drugim, każde trochę bardziej niepokojące od poprzedniego. „Może nie był głodny”, „może dopiero przed nim pora kolacji”, „może czeka na odpowiednią godzinę”, każde zdanie dokładało mu w mojej głowie nową warstwę osobowości. - Ja tesz nie j-jeem wszystkiego cały czas. - Urwałem, drapiąc się wolną ręką po brodzie, bo to sprawiło, że nagle zaburczało mi w brzuchu i nie byłem w stanie przypomnieć sobie, kiedy ostatnio cokolwiek jedliśmy. - Chociasz dzisiaj bym mógł. - Stwierdziłem, to był naprawdę długi i chaotyczny dzień, a my jeszcze nie myśleliśmy o niczym, co moglibyśmy przekąsić na kolację. Pieczone gady raczej nie wchodziły w grę, nie w tym konkretnym przypadku, chociaż w każdym innym… - Wiesz, jak smakują wonsze? - Musiałem zadać to pytanie, nawet jeśli znałem na nie odpowiedź i brzmiała ona „niezbyt dobrze”, coś jak połączenie kurczaka z rybą albo kalmary o odrobinę bardziej obrzydliwej konsystencji - zamyśliłem się na moment, krzywiąc usta i oblizując wargi - zdecydowanie wolałbym zamówić pizzę. Ciekawe, czy Ellie zostawiła nam tu jakieś ulotki, nie wyglądała na koneserkę taniego, szybkiego żarcia, ale z drugiej strony - zawsze mnie zaskakiwała.
Zrobiło się na moment bardzo cicho, słychać było tylko daleki szum ulicy i coś, co mogło być stertą liści przesuwanych przez wiatr, ale dla mnie zabrzmiało jak podejrzanie konkretne „szszszsz”. Przeniosłem ciężar z jednej nogi na drugą i znowu spojrzałem na dywan, próbując wychwycić w nim jakikolwiek znak życia.
- I telas pytanie bszmi… - Podrapałem się w kark. - Czy węsze znają się na zegaa-lkach? Takich… Co lobią kółka. Tik… Tak. Tik-tak. Booo… - Zawiesiłem się. - Ja nie wiem. Eee… Myślę, sze nie? - Zerknąłem w stronę drzwi, gdzie przez szybę było widać fragment przedpokoju i wiszący tam klasyczny zegar. - My mamy tylko… Te, no, analogowe. - Dodałem z powagą. - Szadnych cyflowych. Szadnych światełek. - Wróciłem wzrokiem do dywanu. - Więc jakby chciał splawdziś polę… Yhhh, musiałby ogalniaś na własną lękę? Skąd inaczej miałby wiedzieś, sze jest „godzina kolacji”? - Zrobiłem krótką pauzę. - A on nie ma ląk. Chybaasze kieluje się słońcem. - Podniosłem głowę i zerknąłem w szare niebo nad przedmieściami. - Ale słońce jusz dawno poszło spaś. - Popatrzyłem na nią z tym pijanym, bardzo szczerym skupieniem. - Selio. On nie ma nadgalstka. - Dodałem, jakby to był argument ostateczny, przez moment byłem absolutnie pewny, że właśnie rozwiązałem problem chronobiologii gadów. - Gdzie by ten zegalek nosił. - Ściszyłem głos, nachylając się ku Prue, porozumiewawczo. - Jak chcesz, to mosemy p s z e s u n ą ś wsystkie o dwie godziny. Z d e z o l ien tu j e m y gada. Tak… P l o fila ktysz n i e. - Urwałem, wskazując głową w głąb domu. Miałem plan, nie pamiętałem dokładnie, skąd się wziął, ale istniał i działał, a to było w tej chwili wystarczające. Pudła wędrowały z podjazdu do przedpokoju, z przedpokoju pod ściany, a ja miałem wrażenie, że poruszaliśmy się według jakiegoś bardzo prostego rytmu, który wszyscy doskonale rozumieliśmy - podnieść, przejść, odstawić, oddychać, powtórzyć - plan był sprytny tylko dlatego, że w ogóle istniał. Przez chwilę wszystko szło zaskakująco gładko, nosiliśmy kartony w całkiem niezłym ciągu logistycznym - ja z kierowcą kursowałem między drzwiami a podjazdem, Prudence została w środku, żeby je ustawiać, a świat skurczył się do kilku metrów podjazdu i kawałka domu. Za każdym razem, kiedy wracałem na podjazd, pierwsze co robiłem, to zerkałem w stronę dywanu - leżał, za drugim razem też, za trzecim również - to było ważne. W końcu wszystkie kartony znalazły się w środku, drzwi się zamknęły, a ja pożegnałem kierowcę szybkim uściskiem dłoni i tym automatycznym „dzięki, szefie”, które wypływało ze mnie bez udziału świadomości. Kiedy wróciłem do przedpokoju, Prue była na zaawansowanym etapie budowania czegoś, co z daleka wyglądało jak naprawdę solidna wieża z kartonu, patrzyłem na nią przez chwilę, oparty o framugę, z tym absolutnie szczerym, pijanym podziwem. Przez moment byłem nawet pod wrażeniem, zarówno papierowej konstrukcji, jak i faktu, że w tym stanie udało nam się to wszystko wnieść bez strat w ludziach. Potem wieża zaczęła się chwiać, no - najpierw ona, potem Prudence, ja chyba trochę też pod naporem dywanu - a potem górny karton poleciał.
Moje kolana praktycznie na momencie zaprotestowały przeciwko kucaniu obok tego całego rozgardiaszu, więc od razu oparłem plecy o ścianę, dokładnie tak jak Pruey, bo ciało - trochę bez konsultacji z mózgiem - uznało, że to jedyna sensowna pozycja w tym momencie. Wyciągnąłem rękę, zgarnąłem kilka kamyków w kupkę, potem listy, potem znowu kamyki, bo nie byłem konsekwentny. Moja żona siedziała obok, wpatrzona w bałagan, a ja miałem to znajome wrażenie, że rzeczy spoglądają na nas z powrotem, szczególnie dywan, bo to on był tutaj najgorszy - gdyby nie jego obecność, nie musielibyśmy nawet niczego dzisiaj sprzątać.
Zmrużyłem oczy, jakbym próbował wypatrzeć coś, czego fizycznie nie dało się zobaczyć. Nie potrafiłem wyjaśnić dlaczego, ale w tamtej chwili byłem absolutnie przekonany, że mam w sobie jakiś wężowy radar, nie wiedziałem skąd wzięło się to przekonanie, ale brzmiało wystarczająco przekonująco, żeby je wypowiedzieć, próbując przekonać o tym również Prudence. Przysunąłem się bliżej niej na parkiecie, tak że nasze ramiona prawie się dotknęły, i też spojrzałem w stronę przedpokoju, tam gdzie dywan leżał przy drzwiach. Mrugnąłem, potem jeszcze raz.
- Eee… Yh… - Wymamrotałem. - No… Nie ma. - Zmrużyłem oczy, jakby to miało mi pomóc zobaczyć powieki u dywanu, nie pomogło. - Nie ma. - Powtórzyłem powoli. - Zelo powiek. Tak. - Powiedziałem bardziej zdecydowanym tonem, niczym werdykt , który przyszedł mi znikąd. - Mają takie… Pszesloczyste coś. Jak folię. - Zrobiłem gest dłonią przed własną rozszerzoną źrenicą. - Czyli technicznie… On cały czas „patszy”. - Zawiesiłem się, bo to było trochę niepokojące. Przeniosłem wzrok na jej brązowe tęczówki, na tekstylium, które teraz analizowała z intensywnością badacza. Spojrzała potem na mnie, na moje oczy, jakby robiła porównanie gatunkowe, czułem jej spojrzenie na swoich powiekach i przez moment miałem absurdalne wrażenie, że powinienem nimi poruszyć, żeby udowodnić, że jestem po „tej dobrej stronie”. Przeniosłem wzrok na nią, potem z powrotem na rulon, zamknąłem oczy demonstracyjnie na sekundę i znowu je otworzyłem.
- Ty masz powieki. Ja mam powieki - dodałem - to jest plus. My mosemy mlugaś. - Energicznie potrząsnąłem głową, aż zobaczyłem mroczki. - On nie. - Wygodniej oparłem się plecami o ścianę i przesunąłem dłonią po twarzy. - A to tesz znaczy, sze on nie mose udawaś snu - dorzuciłem po chwili - to jak ma nie mieś losmytego oblasu i suchych oczu? - Parsknąłem cicho, ale kiedy zaczęła mówić o pozycjach, o tym, że może nas mylić, uniosłem brew i spojrzałem na dywan z nową dozą podejrzliwości.
- Hyh… No-oobla. - Skinąłem głową powoli. - My wiemy, sze on leszy. On wie, sze my wiemy. Jesteśmy w impasie, e? - Zawahałem się, próbując policzyć czas w jednostkach, które nie były sekundami. - Od dawna. - Wskazałem podłogę przy drzwiach, robiąc cichy dźwięk „szszsz” pod nosem, zgarnąwszy pierwszy koralik. Za każdym razem, kiedy podnosiłem coś z podłogi, pierwszym odruchem było spojrzenie w stronę drzwi - ten tok myślenia zatoczył ładne, paranoiczne kółko, które w tym stanie było absolutnie naturalne.
A potem padło to jedno stwierdzenie, na które prawie od razu odwróciłem się częściowo, jakbym próbował zlokalizować instalację wzrokiem przez ściany.
- Eee… Yh… No, tego scenaliuszszszsza nie blałem pod uwagę. - Wyobraziłem to sobie przez sekundę - wąż znikający w instalacji, pojawiający się gdzieś indziej, w łazience, w kuchni, pod prysznicem - potrząsnąłem głową. - Ale… - Zacząłem wolno. - Zoba, on jest… Gluby. - Zrobiłem gest ręką, pokazując mniej więcej obwód. - Nie kaszdy bydlak mieści się w kaszdyn otfosze. - Urwałem z namysłem, marszcząc brwi na dźwięk tego, jak to zabrzmiało, bo - no, tak - nie zabrzmiało zbyt dobrze. - Chyba. - Oparłem potylicę o ścianę,  „jak się popieści, to może się pomieści”, coś w tym było, w środku dalej układałem kolejne warianty tej historii, wszystkie równoległe, wszystkie możliwe, wszystkie z wężem w roli głównej, bo w tym stanie nic nie było zbyt absurdalne, żeby się nie wydarzyć.
Każde „nie zje”, każde „nie ma nóg”, każde „nie wejdzie po schodach” układało się w bardzo solidną konstrukcję bezpieczeństwa - skinąłem głową kilka razy, wolno, a kiedy powiedziała, że dom jest duży i że to plus, przytaknąłem z pełnym przekonaniem. Logistycznie nie do ogarnięcia.
- Bez nóg to niee. Musiałby skakaś. Albo telepoltowaś. - Rozłożyłem ręce, jakby to miało zamknąć temat, bo teleportacja to była już inna kategoria zagrożeń, które dotyczyły zupełnie innych gatunków, choooociaż… Zawiesiłem się na sekundę. - Na razie nie wykazuje tych, no, pradysposysji telepoltassssyjnych, co nie? - Skinąłem głową sam do siebie, bardzo zadowolony z tej konkluzji. - Mosze się co najwyszej… Eee… Wciągaś się po polęczy. - Zrobiłem w powietrzu nieudany gest imitujący wspinaczkę.
Poczułem jej palce przy skroni, ten znajomy, ciepły dotyk, i zamarłem, bo to był moment, który wymagał bezruchu, spinka kliknęła cicho, nawet wtedy nie ruszałem się jeszcze przez kilka sekund, tylko przechyliłem głowę minimalnie, żeby ułatwić cały proces weryfikacji, czy leży dobrze. Uśmiechnąłem się krzywo, czując chłód metalu na głowie i słysząc komplementy płynące z ust żony.
Przetarłem kark dłonią.
- Eee… Yhhh… Nie zapszeczę. - Odpowiedziałem, chociaż brzmiało to bardziej jak westchnienie niż deklaracja. Jej rumieniec nie umknął mojej uwadze, ale nie skomentowałem go, bo świat miał wystarczająco dużo zmiennych. Sam też odpłynąłem na sekundę, ale wróciłem szybciej, bo podłoga przypomniała mi o swoim istnieniu, w potem, kiedy padło „jesteśmy najlepsi”, coś we mnie podskoczyło.
- Noooo - powiedziałem z nagłym entuzjazmem - naj-lep-si. - Podniosłem rękę. - Daaj. - Wyciągnąłem dłoń w jej stronę, trochę za wysoko, trochę za wolno, ale intencja była jasna - zawiesiłem piątkę w powietrzu, czekając, aż mi ją przybije.
Nie dociekałem dalej, co sprawiło, że w kolekcji, którą zebrała, znalazły się właśnie te artefakty - w tym stanie liście miały pełne prawo istnieć w kartonach - popatrzyłem jeszcze raz na rozsypane drobiazgi pod naszymi stopami, szczególnie na te elementy, które wciąż próbowały się przemieszczać. Kiedy zaczęła się podnosić przy ścianie, patrzyłem uważnie, gotowy w razie czego interweniować, ale udało jej się stanąć bez większych strat, skinąłem więc głową, uznając to za kolejny sukces zespołowy. Wkrótce sam też stałem.
- Ej, ej… - Rzuciłem, gubiąc rytm, ale odruchowo przesuwając się bliżej. - Nie goni się ich flontalnie. Tszeba… Myśleś jak koalik. Zaganiaś je. - Zrobiłem ręką półokrągły ruch, próbując skierować jednego łapserdaka w stronę ściany, to było ważne, poczucie przewagi terytorialnej. - Widzisz? Tak. Jakbyś była koobojem. - Zebrałem kilka do garści, jeden spadł, drugi utknął mi między palcami, przylepiając się do skóry, złapałem go zanim zdążył potoczyć się pod kartony.
- Mam. - Położyłem go na kupce. - Jeden pojmany. - Przez tę chwilę naprawdę wierzyłem, że mamy sytuację pod pełną kontrolą, bo jak nie my, to kto.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (12493), Prudence Fenwick (5872)




Wiadomości w tym wątku
[12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 01.02.2026, 01:12
RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 02.02.2026, 09:41
RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 02.02.2026, 20:52
RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 02.02.2026, 23:41
RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 03.02.2026, 21:13
RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 04.02.2026, 00:11
RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 05.02.2026, 20:51
RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 06.02.2026, 10:41
RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 06.02.2026, 21:49
RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 07.02.2026, 00:22
RE: [12/10/1972] We’re all young when we first start to live | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 15.02.2026, 21:44

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa