06.02.2026, 23:10 ✶
Troska obu kobiet osłodziła mu ból stłuczonego kolana, mimo, że ostatecznie przegrał w oczach Mony z grzybem. Niezdarnie próbował się pozbierać z pomocą Mathildy, ale wylądowali ponownie w połowie na ścieżce, a w połowie na mchu, w plątaninie kończyn, włosów i chichotów. Hannibalowi nie udało się zrobić nic, by złagodzić lądowanie, ale przynajmniej uniknął przygniecenia tancerki całym ciężarem. Przez chwilę trudno było się zorientować, które ręce i nogi są czyje, lecz szybko złapał oddech i przetoczył się na plecy.
Może nie dane nam wstać…
- Może naszym przeznaczeniem jest upaść razem… - westchnął z emfazą, podnosząc głowę, by spojrzeć na dziewczynę. Opadł z powrotem na plecy, skrzywił się niemiłosiernie, wyciągnął spod siebie jakąś niemożliwie kanciastą szyszkę i wpatrzył się w prześwitujące wysoko między gałęziami niebo.
- Znalazłyście jakieś grzyby, poza tym, którego Mona uratowała zamiast mnie? - zapytał z cieniem przekąsu w głosie, nie robiąc najmniejszego ruchu, by wstać. Ubranie i tak już nadawało się tylko do czyszczenia, a plecy bolały w miejscu, gdzie wbiła się w nie szyszka. Poza tym leśna ściółka był całkiem wygodna.
Odpoczynek został przerwany, gdy koronami drzew zakołysał podmuch wiatru i druga szyszka spadła, uderzając go w czoło, jakby sam las postanowił pozbyć się intruza.
- Auć! - Hannibal potarł czoło dłonią - No dobrze, dobrze, już wstaję!
Podniósł się ciężko, ale tym razem skutecznie, chociaż kolano bolało. Czy to było to samo, w które znów przywalił na ostatniej próbie z Laurettą?
- Chyba wystarczy mi tej dziczy na jakiś czas - mruknął, zerkając na Mathildę, gotów podać jej pomocną dłoń w razie potrzeby - Możemy wracać?
Zanim uszli sto metrów zdążył potknąć się o korzeń, dostrzec dwa grzyby które prawie zebrał, nim Mona uświadomiła go, że są trujące i zostać obsranym przez jakieś ptaszysko. Zaklęcie czyszczące nie wyszło i musiał poświęcić swoją chusteczkę, by usunąć kupę z kurtki.
- Ten las zachowuje się, jakby mnie nagle znienawidził! - pożalił się, zatrzymując się i opadając na kolano (oczywiście to obite!), by zawiązać sznurówkę - Zaczynam się obawiać, że za chwilę użre mnie jakaś wściekła wiewiórka, czy coś!
Ledwo wypowiedział te słowa, przez ścieżkę faktycznie przemknęło coś małego i rudego. Hannibal zaklął cicho i sięgnął po różdżkę. Zwierzątko jednak zniknęło w krzakach, a on spojrzał niepewnie na towarzyszące mu kobiety. Pechowych zbiegów okoliczności było podejrzanie dużo, w dodatku był przekonany, że uszkodził kolano podczas upadku. Na tydzień przed premierą. W takim tempie, jeżeli nie wykończy go las, zrobi to Kendrick albo Lauretta.
- To nie jest śmieszne. Co się do cholery dzieje? Wiecie coś o jakichś krążących po okolicy klątwach?
Może nie dane nam wstać…
- Może naszym przeznaczeniem jest upaść razem… - westchnął z emfazą, podnosząc głowę, by spojrzeć na dziewczynę. Opadł z powrotem na plecy, skrzywił się niemiłosiernie, wyciągnął spod siebie jakąś niemożliwie kanciastą szyszkę i wpatrzył się w prześwitujące wysoko między gałęziami niebo.
- Znalazłyście jakieś grzyby, poza tym, którego Mona uratowała zamiast mnie? - zapytał z cieniem przekąsu w głosie, nie robiąc najmniejszego ruchu, by wstać. Ubranie i tak już nadawało się tylko do czyszczenia, a plecy bolały w miejscu, gdzie wbiła się w nie szyszka. Poza tym leśna ściółka był całkiem wygodna.
Odpoczynek został przerwany, gdy koronami drzew zakołysał podmuch wiatru i druga szyszka spadła, uderzając go w czoło, jakby sam las postanowił pozbyć się intruza.
- Auć! - Hannibal potarł czoło dłonią - No dobrze, dobrze, już wstaję!
Podniósł się ciężko, ale tym razem skutecznie, chociaż kolano bolało. Czy to było to samo, w które znów przywalił na ostatniej próbie z Laurettą?
- Chyba wystarczy mi tej dziczy na jakiś czas - mruknął, zerkając na Mathildę, gotów podać jej pomocną dłoń w razie potrzeby - Możemy wracać?
Zanim uszli sto metrów zdążył potknąć się o korzeń, dostrzec dwa grzyby które prawie zebrał, nim Mona uświadomiła go, że są trujące i zostać obsranym przez jakieś ptaszysko. Zaklęcie czyszczące nie wyszło i musiał poświęcić swoją chusteczkę, by usunąć kupę z kurtki.
- Ten las zachowuje się, jakby mnie nagle znienawidził! - pożalił się, zatrzymując się i opadając na kolano (oczywiście to obite!), by zawiązać sznurówkę - Zaczynam się obawiać, że za chwilę użre mnie jakaś wściekła wiewiórka, czy coś!
Ledwo wypowiedział te słowa, przez ścieżkę faktycznie przemknęło coś małego i rudego. Hannibal zaklął cicho i sięgnął po różdżkę. Zwierzątko jednak zniknęło w krzakach, a on spojrzał niepewnie na towarzyszące mu kobiety. Pechowych zbiegów okoliczności było podejrzanie dużo, w dodatku był przekonany, że uszkodził kolano podczas upadku. Na tydzień przed premierą. W takim tempie, jeżeli nie wykończy go las, zrobi to Kendrick albo Lauretta.
- To nie jest śmieszne. Co się do cholery dzieje? Wiecie coś o jakichś krążących po okolicy klątwach?