09.02.2026, 00:38 ✶
To był okropny widok. Ten obraz zupełnie nie pasował do tej Roselyn, którą miał w głowie. Ona zawsze błyszczała, była zadziorna i słodko-niebezpieczna, typowa róża z kolcami, majestatyczna, ale kłująca. A tutaj? Tutaj przypominała usychający kwiat u kresu drogi, który tylko czekał, aż całkiem zgaśnie słońce. Widok jej oczu był dla niego na tyle wstrząsający, że przeszedł go dreszcz pozostawiający na skórze gęsią skórkę. Wyprostował się, zadarł głowę i skupił się na tym, co musiał zrobić, a nie na tym, co widział.
Łóżko zaskrzypiało, a on zamknął ją w ramionach, głaszcząc – bo nic lepszego nie przyszło mu do głowy. Co miał niby jej powiedzieć mądrego? Tu nie chodziło tylko o wydarzenie tej nocy, chodziło o ostatni okres w którym miała ciągle pod górkę, ciągle coś się jej rozsypywało, a ogień pochłaniący Londyn był tylko iskrą, która rozpaliła jej własny płomień. Strawił ją, dopalał się wewnątrz i zostawiał szary, smutny popiół. Wyczuł, że jej ciało naprężało się, gdy zbliżał się do konkrentje cześci głowy, więc omijał go, skupiając się na łopatkach, karku i dole pleców.
- Jak to byłaś w Londynie? Co Ty robiłaś w Londynie? – powtórzył za nią tak, jakby nie rozumiał, co do niego mówiła. Znów się napiał, gula pojawiła się w gardle, a spojrzenie jego oczu utkwiło gdzieś na brudnych włosach, jakby nie mógł przyglądać sie jej twarzy. Wkurwił się, uderzyły go wyrzuty sumienia i paskudnie na siebie klnął, że nie było go wtedy, gdy był jej potrzebny. Nie nadawał się po prostu na narzeczonego, nawet takiego udawanego i kryzysowego.
- Cśś, nie mów za dużo. – przyłożył jej palec do ust, przecierając zaraz ich kącik. Nachylił się i musnął wargami jej czoło. Nie mógł jej tym niczego wynagrodzić, ale mogło to być próbą przeproszenia za to, czego nie chciał jej mówić. Nie bez powodu przysłowie „Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz” było tak trafne. – Nie przejmuj się mną. Musimy się Tobą zająć mała. Spakujemy Cię, wezmę Cię na kilka dni do rezydencji dziadka. Nie będzie miał nic przeciwko. Chcesz zabrać skrzata? Przyślę kogoś, żeby zaczęli porządkować Twój dom. I absolutnie nie możesz się sprzeciwiać, bo Cię po prostu stąd wyniosę dla Twojego własnego dobra. – zaznaczył przy końcu wprowadzania jej w swój plan na najbliższe kilka dni, tonem, który z trudem zniósłby jakąkolwiek formę sprzeciwu. Anthony rozejrzał się po pokoju, najprawdopodobnie w poszukiwaniu jakieś torby lub walizki, którą mogliby użyć, żeby zgarnęła kilka rzeczy. – Moja siostra może być upierdliwa, ale wybierzmy Ci pokój przy moim, to będziecie w osobnych skrzydłach domu. – dodał z lekkim uśmiechem, chcąc odwrócić jej uwagę od całego dramatu, skupić chociaż na chwilę na czymś drobnym i niedorzecznym, bo wiedział, że takie rzeczy pomagają. Znów musnął jej czoło, mechanicznie, zatrzymując dłoń na środku jej pleców. – Napiszę do Twoich rodziców i brata, żeby się nie martwili.
Łóżko zaskrzypiało, a on zamknął ją w ramionach, głaszcząc – bo nic lepszego nie przyszło mu do głowy. Co miał niby jej powiedzieć mądrego? Tu nie chodziło tylko o wydarzenie tej nocy, chodziło o ostatni okres w którym miała ciągle pod górkę, ciągle coś się jej rozsypywało, a ogień pochłaniący Londyn był tylko iskrą, która rozpaliła jej własny płomień. Strawił ją, dopalał się wewnątrz i zostawiał szary, smutny popiół. Wyczuł, że jej ciało naprężało się, gdy zbliżał się do konkrentje cześci głowy, więc omijał go, skupiając się na łopatkach, karku i dole pleców.
- Jak to byłaś w Londynie? Co Ty robiłaś w Londynie? – powtórzył za nią tak, jakby nie rozumiał, co do niego mówiła. Znów się napiał, gula pojawiła się w gardle, a spojrzenie jego oczu utkwiło gdzieś na brudnych włosach, jakby nie mógł przyglądać sie jej twarzy. Wkurwił się, uderzyły go wyrzuty sumienia i paskudnie na siebie klnął, że nie było go wtedy, gdy był jej potrzebny. Nie nadawał się po prostu na narzeczonego, nawet takiego udawanego i kryzysowego.
- Cśś, nie mów za dużo. – przyłożył jej palec do ust, przecierając zaraz ich kącik. Nachylił się i musnął wargami jej czoło. Nie mógł jej tym niczego wynagrodzić, ale mogło to być próbą przeproszenia za to, czego nie chciał jej mówić. Nie bez powodu przysłowie „Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz” było tak trafne. – Nie przejmuj się mną. Musimy się Tobą zająć mała. Spakujemy Cię, wezmę Cię na kilka dni do rezydencji dziadka. Nie będzie miał nic przeciwko. Chcesz zabrać skrzata? Przyślę kogoś, żeby zaczęli porządkować Twój dom. I absolutnie nie możesz się sprzeciwiać, bo Cię po prostu stąd wyniosę dla Twojego własnego dobra. – zaznaczył przy końcu wprowadzania jej w swój plan na najbliższe kilka dni, tonem, który z trudem zniósłby jakąkolwiek formę sprzeciwu. Anthony rozejrzał się po pokoju, najprawdopodobnie w poszukiwaniu jakieś torby lub walizki, którą mogliby użyć, żeby zgarnęła kilka rzeczy. – Moja siostra może być upierdliwa, ale wybierzmy Ci pokój przy moim, to będziecie w osobnych skrzydłach domu. – dodał z lekkim uśmiechem, chcąc odwrócić jej uwagę od całego dramatu, skupić chociaż na chwilę na czymś drobnym i niedorzecznym, bo wiedział, że takie rzeczy pomagają. Znów musnął jej czoło, mechanicznie, zatrzymując dłoń na środku jej pleców. – Napiszę do Twoich rodziców i brata, żeby się nie martwili.