Victoria była zaintrygowana – a to nie zdarzało się aż tak często. Bywało, że zainteresował ją jakiś temat, o którym właśnie usłyszała, czy przeczytała, do stopnia, że czuła w kościach, że musi się o tym dowiedzieć nieco więcej, aż zaspokoi ciekawość. Bywało, że w toku swoich rozmyślań natury alchemicznej wpadała na jakiś pomysł i gotowa była przekopać księgi, byle tylko się upewnić, czy ma to jakiś głębszy sens i czy warto spróbować taką a nie inną ścieżkę do zbadania w kotle. Bywało, że jakaś sprawa w pracy zajmowała jej myśli na długo, gdy już ściągnęła mundur i odznakę, a zagadka nie dawała jej spać… Ale żeby zaintrygowały ją ruchy jakiegoś mężczyzny, to zdarzało się rzadko, a poczuła zaintrygowanie, gdy w jej ręce wpadł podesłany do niej liścik.
Zarezerwowała sobie wybrany przez Christophera termin, to była ta łatwiejsza część. Ta znacznie trudniejsza sprawiła, że Lestrange spędziła przed swoją szafą stanowczo za dużo czasu, w końcu jednak zdecydowała się na czarną, zwiewną sukienkę w kwiaty, bardzo dobrze podkreślającą wąską talię i kobiece kształty. Sukienka była z rodzaju tych eleganckich, ale nie do przesady – raczej nie wzbudziłaby sensacji, gdyby przeszła obok mugoli, to znaczy większej niż obrócenie się za nią, bo właśnie zobaczono bardzo ładną dziewczynę. Niemal czarne włosy zasłaniały rozcięcie na plecach, gdzie z pewnością widać byłoby kawałek blizny z maja, zaś jej ręce, w tym blizny na lewej, były widoczne i nijak nie skryte pod rękawiczkami, jak podczas balu. Victoria zaczynała się uczyć, jak żyć z bliznami, jak nie czuć wstydu, nosząc je na skórze. Może nie były widoczne bardzo i na pierwszy rzut oka, bo ciągle dzielnie smarowała je maściami, ale na tyle wyraźnie, że nie było to dla niej aż tak łatwe. To znaczy to wszystko byłoby widoczne, gdyby nie jesienny płaszczyk narzucony na ramiona raczej dlatego, że pora roku tego wymagała, a nie dlatego, by faktycznie uchronić się przed zimnem.
Victoria była zaintrygowana i nie kryła tego, gdy Chris pojawił się u niej w domu nad jeziorem ze świstoklikiem. A nawet dwoma, bo taki też skok wykonali i to już dało jej jakiś tam wgląd w to, że prawdopodobnie „uciekają” z Wielkiej Brytanii (chyba, że Christopher próbował ją skołować, to mu się w takim wypadku udało) – i to intrygowało ją jeszcze bardziej, chociaż nie była wcale pewna kierunku, bo opcji było nieco zbyt wiele. A miejsce, w którym ostatecznie wylądowali, choć niezbyt piękne, to powodowało, że miała tych pytań jeszcze więcej niż mniej, choć wcale w tym momencie nie pomyślała sobie o tym, że to poziom Aidana. Oj nie nie.
Lestrange tylko krótko wyjrzała przez okno kamienicy, co upewniło ją w tym, że absolutnie musieli opuścić nie tyle Anglię, co całą Wielką Brytanię, nie zdążyła się jednak przyjrzeć zbyt dobrze… Choć gdy się odwracała, by wyjść wraz z Chrisem i zejść na dół, to błysnęła jej woda i to zaświeciło się w jej głowie lampką.
– No dobrze, panie Rosier – odparła, do cichego stukotu zgrabnymi szpileczkami. – Ma pan moją pełną uwagę – może i nie przyznała tego na głos, ale z pewnością w jej słowach pobrzmiewały nuty zainteresowania. A już na pewno były tam, gdy nie zwracała się do Christophera po imieniu, to zupełnie jak wtedy, gdy zaskoczył ją tym, że sam upiekł pudding świąteczny.