09.02.2026, 21:59 ✶
Uśmiechnął się promiennie na widok Hestii. Dawno nie widział jej w stroju innym niż mundur BUM-u. Ubrana była zresztą bardzo ładnie. Jak kwiat, może jaskier... Kojarzyło się to Henry'emu w słońce wychodzące zza chmur po wielu chmurnych dniach.
– Przyszedłem dosłownie przed kilkoma minutami – odparł, wciskając ręce do kieszeni. – Bilety kupiłem już wcześniej, więc pozostał tylko popcorn.
Nie mógł powiedzieć, że nie był podekscytowany jedzeniem prażonej kukurydzy z solą. Mugole zrobili z tego przekąskę o reputacji wprost sensacyjnej. Z pewnością potrafili coś zareklamować, dobrze sprzedać. Normalnie Henry nie dawałby się porwać temu konsumpcjonistycznemu szaleństwo, ale na Matkę... były jego urodziny. A i do kina chodził rzadko, właściwie prawie wcale.
Spodziewał się prezentu, choć go nie oczekiwał od Hestii. Dlatego tym bardziej było mu miło, że o nim pomyślała.
– Dziękuję, Hesiu. Jestem zaszczycony. Ale otworzę go, jak już usiądziemy – uprzedził dziewczynę, wciąż z uśmiechem na twarzy. Podsunął jej ramię, jak uczył go dziadek. Po dżentelmeńsku. Choć w jego wykonaniu wyglądało to raczej jak żartobliwy gest wobec przyjaciółki. – Zapraszam do kina, w takim razie. Zamiast tortu będzie popcorn. Miałem przynieść ci kawałek, ale pracownicy w Proroku to szarańcza, mówię ci. Nie zostawili okruszka.
Szyld kina lśnił nad nimi jasnymi reflektorami, a poniżej ułożono czarnymi literami napis "Monty Python: maraton". Ludzie dookoła już wchodzili do środka, robili kolejkę do popcornu. A na dworze wieczór robił się coraz chłodniejszy. Chmury zbierały się na niebie, ledwo widać było zachodzące słońce. Najwyższy czas, by już wchodzić do środka.
– Przyszedłem dosłownie przed kilkoma minutami – odparł, wciskając ręce do kieszeni. – Bilety kupiłem już wcześniej, więc pozostał tylko popcorn.
Nie mógł powiedzieć, że nie był podekscytowany jedzeniem prażonej kukurydzy z solą. Mugole zrobili z tego przekąskę o reputacji wprost sensacyjnej. Z pewnością potrafili coś zareklamować, dobrze sprzedać. Normalnie Henry nie dawałby się porwać temu konsumpcjonistycznemu szaleństwo, ale na Matkę... były jego urodziny. A i do kina chodził rzadko, właściwie prawie wcale.
Spodziewał się prezentu, choć go nie oczekiwał od Hestii. Dlatego tym bardziej było mu miło, że o nim pomyślała.
– Dziękuję, Hesiu. Jestem zaszczycony. Ale otworzę go, jak już usiądziemy – uprzedził dziewczynę, wciąż z uśmiechem na twarzy. Podsunął jej ramię, jak uczył go dziadek. Po dżentelmeńsku. Choć w jego wykonaniu wyglądało to raczej jak żartobliwy gest wobec przyjaciółki. – Zapraszam do kina, w takim razie. Zamiast tortu będzie popcorn. Miałem przynieść ci kawałek, ale pracownicy w Proroku to szarańcza, mówię ci. Nie zostawili okruszka.
Szyld kina lśnił nad nimi jasnymi reflektorami, a poniżej ułożono czarnymi literami napis "Monty Python: maraton". Ludzie dookoła już wchodzili do środka, robili kolejkę do popcornu. A na dworze wieczór robił się coraz chłodniejszy. Chmury zbierały się na niebie, ledwo widać było zachodzące słońce. Najwyższy czas, by już wchodzić do środka.