• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence

[10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
10.02.2026, 21:28  ✶  
Minęło wystarczająco dużo czasu, żebyśmy stali się sobie obcy - dwoje ludzi z historią, przeszłością, ale bez teraźniejszości, pozbawionych przyszłości - patrząc na nią teraz, wiedziałem, że nie mam już prawa do jej szczęścia, decyzji, do wątpliwości, do jej życia, a jednak byłem tutaj, tego dnia też, i może właśnie dlatego tak trudno było mi dopuścić do siebie to, co widziałem. Staliśmy w jednym pomieszczeniu, oddzieleni latami milczenia, decyzjami, których nie podjęliśmy, słowami, których nie powiedzieliśmy, ale z chwili na chwilę coraz wyraźniej czułem się jak ktoś, kto nigdy nie zniknął z radaru - tak, jakby to wcale nie był koniec tej opowieści, zamknięcie rozdziału.
Przez ułamek sekundy mój umysł próbował to odsunąć, zracjonalizować, wytłumaczyć samemu sobie, że przesadzam, to tylko napięcie chwili, każdy przed przysięgą ma moment zawahania, a ja widzę to, co chcę zobaczyć, bo łatwiej byłoby uwierzyć, że ona też nie jest pewna, niż przyjąć, iż właśnie patrzyłem na jej świadomy wybór, w którym mnie nie uwzględniła. Może wszystkie śluby z bliska wyglądały jak potencjalna katastrofa, jeśli patrzył na nie ktoś, kto sam nie potrafił pogrzebać przeszłości, nie miałem z tym żadnego praktycznego doświadczenia. Tyle, że to było jak spoglądanie na pęknięcie w szybie i wmawianie sobie, że to tylko refleks światła. A przecież widziałem wyraźnie, może nawet trochę zbyt wyraźnie - praktycznie od razu zobaczyłem, gdy jej dłoń zacisnęła się mocniej na bukiecie, to był drobiazg, nikt poza mną pewnie by tego nie zauważył, ale białe płatki zadrżały, niczym w zwolnionym tempie, kilka pręcików poruszyło się, prósząc pyłkiem na smukłe, szczupłe palce o odrobinę zbyt eleganckich paznokciach, parę gałązek innych kwiatów wczepionych pomiędzy te główne ugięło się pod naciskiem. Przy takim scenariuszu, ślubny bukiet nie miał wytrzymać do oczepin, lilie miały stracić cały swój wdzięk, już teraz nie pasowały do tej chwili. No, właśnie - dlaczego w ogóle się tu znalazły? Były dosłownie wszędzie, nie tylko w rękach Prudence, lecz także w wazonach przy ławkach, w dekoracjach na ołtarzu, ich zapach przytłaczał, otumaniał, zupełnie nie pasował do kobiety, którą znałem. Czy to było możliwe, by aż tak zmieniła upodobania?
Wiedziałem, że nie lubiła lilii - kiedyś powiedziała, że pachną zbyt ciężko, zgodziłem się z nią bez wahania, bo te białe kojarzyły mi się bardziej z pogrzebami, niż z radosnymi uroczystościami - teraz ściskała je jednak tak, jakby były jedyną rzeczą, której mogła się trzymać, nawet jeśli drugą dłonią trzymała narzeczonego. Uśmiechała się nadal, ale w jej oczach pojawiło się coś, czego nie dało się zrzucić na światło ani stres - to nie był zwykły ślubny niepokój, to było zagubienie, puste miejsce, w którym powinna być decyzja. Stała wśród świec i dymu z kadzideł, w bieli, która jeszcze chwilę temu wydawała się naturalnym przedłużeniem jej spokoju, lecz teraz wyglądała jak kostium, ładny, dopasowany, zupełnie nie jej.
Wyglądała pięknie - to prawda - w tej prostej, eleganckiej sukni, w kreacji, która odbijała światło świec i ostatnie promienie słońca wpadające przez wysokie okna, jej ciemne włosy kontrastowały z materiałem, opadały gładko na ramiona, jakby ktoś celowo ustawił światło i cień, żeby podkreślić każdy detal. Była zjawiskiem, obrazem, idealnie skomponowanym, właściwym temu dniu, pasowała do otoczenia, do świec, do kadzideł, do spojrzeń ludzi, którzy przyszli tu zobaczyć, jak robi wszystko jak trzeba. Tak - zawsze robiła wszystko jak trzeba, nie można było jej tego odmówić, postępowała właściwie, empatycznie, zgodnie z tym, w jaki sposób powinna była postępować, przynajmniej z zewnątrz, pod czujnym ostrzałem spojrzeń ludzi, którzy nie chcieli wiedzieć, że mogłoby być inaczej - nie gorzej, nie „niewłaściwie”, tylko inaczej. Bo kto tak naprawdę ustalał te wszystkie zasady? Rodzina? Krewni? Kowen? Obcy ludzie dookoła? Oczywiście, ironii nie dało się umknąć, sam kiedyś często zasłaniałem się słowami, że „tak już działa świat, takie są nasze realia, dopasuj się albo przepadnij”, ale przecież tak naprawdę wcale nie chciałem w to wierzyć, dlatego z dawna mnie tu nie było, a teraz patrzyłem, jak ktoś mi bliski robi coś, by zadowolić innych, nie siebie. Widziałem to, przecież to dostrzegłem, jednak nie zareagowałem, zamiast tego próbując zracjonalizować sobie coś, co powinno być dla mnie bardzo jasnym sygnałem - było nim, ale wciąż nie zrobiłem nic, by zrobić cokolwiek.
Jej rodzice siedzieli w pierwszym rzędzie, razem z resztą najbliższej rodziny - widziałem ich profile, rozpoznawałem je nawet po latach - byli dumni, spokojni, zadowoleni, spełnieni. Jak mieliby nie być, ich córka, siostra, kuzynka, krewniaczka stała przy ołtarzu, w bieli, z mężczyzną, w czerni, który był właściwy, odpowiedni, ułożony, świeciło słońce, kowen był perfekcyjnie przystrojony, to był idealny dzień dla idealnie dobranej pary. Problem w tym, że ja nie znałem tego człowieka, do dziś nie wiedziałem, kim był i jak wyglądał. Tym razem naprawdę na niego spojrzałem, mierząc wzrokiem wyraz twarzy mężczyzny, który stopniowo zaczął ulegać zmianie - na początku był spokojny, opanowany, odpowiedni do tej chwili, później stał się lekko pytający, minimalnie zmarszczony - tyle, że mina Prudence od początku nie była odbiciem tej u jej narzeczonego, i kiedy spojrzała na kapłana, dostrzegłem w jej oczach coś, czego nie umiałem zignorować - uciekała myślami. Nie powinna była uciekać myślami, prawda? To był moment, który wymagał obecności, a jednak widziałem coraz wyraźniej, że jej spojrzenie zaczęło stawać się rozmyte, skupienie nie zatrzymywało się na słowach, które niosły się echem z ust kapłana - zamiast tego przelatywały obok niej, rozpływając się, jak dym z kadzideł. Nie spoglądała nawet na swojego wybranka, ja za to tak, wracałem do niego co kilka sekund, próbując rozeznać się w sytuacji - w jego oczach pojawiła się irytacja, nie obawa, nie milczące pytanie, tylko irytacja - to nie był strach, że ją straci, to był gniew spowodowany utratą kontroli nad sytuacją. Zobaczyłem napięcie w jego szczęce, w linii ust - coś, co widziałem na tyle często, by być pewnym - nie musiał mówić nic na głos, to było spojrzenie człowieka, który nie chce zostać postawiony w niezręcznej sytuacji, kogoś coraz bardziej sfrustrowanego, ale na tyle eleganckiego, aby nie chcieć robić sceny i pospieszać wybranki. Cisza, która zapadła, była subtelna, ale wyraźna - jakby powietrze na moment zgęstniało - kilka osób poruszyło się niespokojnie, kapłan zawahał się, ledwie zauważalnie, ja powróciłem wzrokiem do mojej dziewczyny. Przyjaciółki.
Widziałem w jej oczach kalkulację, szybką, ale wyraźną, przynajmniej dla mnie - w końcu kiedyś potrafiliśmy czytać z siebie nawzajem, jak z nikogo innego, i chociaż usiłowałem wmawiać sobie, że to była moja nadinterpretacja, to teraz Prue wyglądała w moich oczach, jakby próbowała w kilka sekund przeliczyć całe swoje życie. Nie miała planu, to było oczywiste, gdyby miała, wyglądałaby inaczej, bardziej zdecydowanie, zawsze była pewniejsza, kiedy miała już gotowy scenariusz. Teraz była na krawędzi, balansując, próbując złapać równowagę, widziałem to w jej twarzy - napięcie, kontrast między obowiązkiem a instynktem, między tym, co wypada, a tym, co krzyczy w środku. Spojrzała w dół, na białą suknię, materiał, który jeszcze chwilę temu wydawał się lekki i elegancki, a teraz mógł stać się przeszkodą, na buty, które nie były stworzone do ucieczki, po czym cofnęła się o półkrok, puszczając rękę mężczyzny. To nie była trema, to było ciało, które mówiło „nie”, zanim usta zdążyły to wypowiedzieć.
Powinienem zareagować, problem w tym, jak trudno było mi dopuścić do siebie, że to działo się naprawdę - stałem tu, po latach milczenia, i patrzyłem, jak jej życie właśnie skręca w stronę, której nie chciała, zamiast zrobić coś, co kiedyś zrobiłbym bez chwili namysłu. Dlaczego nagle byłem tak bardzo zachowawczy? Część mnie wciąż upierała się przy tym, by zostać przy filarze, pozostać cieniem, nie ingerować, nie komplikować, ale coś we mnie reagowało szybciej niż rozsądek. Serce uderzyło mi mocniej, i chociaż nadal stałem w tym samym miejscu, pół kroku w cieniu, przez sekundę miałem wrażenie, że jej wzrok prześlizgnął się po mnie - nie byłem pewien, czy mnie dostrzegła, chyba nie - w stresie twarze zazwyczaj zaczynały się rozmywać, wiedziałem to, że kiedy człowiek panikuje, świat traci ostrość. Poza tym byłem poza zasięgiem cudzych oczu, nikt nie zwracał na mnie uwagi, wszyscy byli skupieni na niej, jeszcze mogłem się wycofać, wmówić sobie, że to nie moja sprawa.
Zawsze wiedziałem, że nie jesteśmy dla siebie, rozmijamy się w tym, czego chcemy od życia, ale wiedziałem też, jak wygląda jej twarz, kiedy jest naprawdę szczęśliwa, i to nie była ta twarz. Nie zamierzała iść do przodu, to było jasne jak światło świec, jej wzrok znów powędrował w bok, boczną nawą, ku drzwiom - tam, gdzie cień był gęstszy, gdzie można było zniknąć szybciej niż przez główne wyjście. Mimowolnie wyobraziłem sobie, jak rusza sama, potyka się o materiał, pomija schodek, ktoś ją zatrzymuje, dzieje się tysiąc innych prawdopodobnych scenariuszy, przez które całe to miejsce zamienia się w scenę, której nie zapomni do końca życia.
Nie planowałem nawiązywać interakcji z młodą parą, ani tym bardziej wmieszać się w coś, co zwróciłoby na nas uwagę, zamierzałem wyjść cicho, zanim wszystko się skończy, ruszyć w trasę, zniknąć, ale wystarczyła chwila, bym pozwolił sobie poczuć irracjonalne wrażenie, że cokolwiek stanie się w te najbliższe minuty, zaważy o wszystkim. Serce uderzyło mi mocniej, głupio, jakbym znowu miał dwadzieścia lat. Może byłem tylko kolejną rozmazaną twarzą w tłumie, statystą w cudzym dniu, łatwiej byłoby uwierzyć, że przesadzam, dopisuję dramat do zwykłej tremy, wciąż patrzę na nią przez filtr dawnych uczuć i dlatego każde drgnienie jej twarzy wydaje mi się znaczące, ale czułem to zbyt wyraźnie. Umysł bronił się jeszcze przez chwilę, podsuwając rozsądne wersje - trema, wzruszenie, zwykłe przeciążenie emocjami. Ślub, ołtarz, świece, rodzina, to nie były miejsca na zawahanie, które kończyło się ucieczką, próbowałem wmówić sobie, że źle to interpretuję, zaraz się uśmiechnie szerzej, weźmie oddech i powtórzy słowa przysięgi, a ja wyjdę stąd jak ktoś, kto po prostu przyszedł zobaczyć dawną przyjaciółkę w ważnym dniu.
Trudno było dopuścić do siebie to, co widziałem, nawet jeśli obraz był boleśnie wyraźny - cofnięty krok, rozluźnione palce, wzrok uciekający w stronę drzwi - to nie były niuanse, to były sygnały alarmowe.
A jednak część mnie wciąż chciała to zracjonalizować, bo jeśli przyjąłbym, że naprawdę nie chciała tu stać, to znaczyło, że coś trzeba było zrobić, a ja nie przyszedłem tu, żeby cokolwiek robić. Nie zaprosiła mnie na ślub, informację dostałem od kogoś innego, mimochodem, jakby chodziło o pogodę, nie o kogoś, kto był dla mnie niesamowicie ważny. Po tamtych wydarzeniach na plaży zniknęła z mojego życia tak dokładnie, jakby ktoś przeciął linę między nami i pozwolił jej opaść na dno, nie przyszła, nie napisała, nie zapytała, czy żyję - nie wiedziałem, dlaczego, chociaż mógłbym wymyślić sto wersji. Robiłem to całkiem regularnie, wracałem myślami do pytań, na które nie miałem odpowiedzi. Potrzebowała dystansu, zawiodła się na mnie, przeżyła traumę, to było zbyt skomplikowane? Łatwiej było udawać, że nigdy nie byliśmy dla siebie tak ważni, jak byliśmy, skoro chciała zamknąć ten rozdział? Uznała, że nie ma sensu wracać do czegoś, co i tak nie miało przyszłości? Niezależnie od tego, co nią kierowało, nie było krótkiej wiadomości, choćby suchego „żyjesz?”, nie przyjechała na żadną z akcji, nie napisała pożegnania, zanim okazało się, że wróciła do Wielkiej Brytanii. Wiedziałem też, że ja mogłem napisać, pojechać, mogłem stanąć pod jej drzwiami i zapytać wprost, czy to już koniec - nie zrobiłem tego - zabrakło mi odwagi czy rozsądku, do dziś nie wiedziałem. Może uznałem, że jeśli ona wybrała ciszę, powinienem ją uszanować, a może po prostu bałem się usłyszeć odpowiedź. Zamiast tego zostawiłem przestrzeń, która z czasem zamieniła się w dystans, a dystans w obcość, czas zrobił swoje, minęły miesiące, potem lata, i nagle z dwojga ludzi, którzy znali każdy ton swojego głosu, staliśmy się sobie obcy - tak to przynajmniej wyglądało z zewnątrz. Teraz staliśmy w jednym pomieszczeniu i byliśmy sobie niemal nieznajomi - niemal - znałem kształt jej dłoni, sposób, w jaki marszczyła nos, gdy coś ją drażniło, wiedziałem, jak brzmiał jej śmiech, kiedy była naprawdę szczęśliwa, a jednocześnie nie wiedziałem, kim jest dzisiaj, jakie miała poranki, kogo budziła obok siebie - to było najdziwniejsze - to, że można znać kogoś latami i potem nie znać wcale, jednocześnie mając wrażenie, że wystarczyłoby kilka spojrzeń, jedna rozmowa, parę dni, by naprawić te setki, które minęły.
Kochałem ją wtedy, kiedy wszystko było jeszcze nieokreślone i zbyt bliskie, by to nazwać, kochałem ją w miesiącach ciszy, chociaż wmawiałem sobie, że to minie, i kochałem ją teraz, w białej sukni, stojącą przy ołtarzu obok mężczyzny, którym nie byłem.
To nie znaczyło, że powinniśmy być razem, zawsze wiedziałem, że rozmijamy się w oczekiwaniach, chcemy innych rzeczy, każde z nas idzie w inną stronę. Moja droga była w trasie, w zleceniach, w ciągłym ruchu, jej miała być stabilna, poukładana, akceptowalna. A jednak miłość nie znika tylko dlatego, że jest nierozsądna. Stałem więc w bocznej nawie, bliżej drzwi niż ołtarza, i czułem to wyraźnie - czułem tę obecność, jak cienką warstwę szkła między nami, widziałem ją, a jednak wahałem się podejść i dotknąć jej ramienia. Łapałem się na czekaniu, aż zrobi to ktoś inny - matka, babka, druhna, przyjaciółka, może brat. Ja nie byłem nikim oficjalnym, nie byłem zaproszony, nie byłem już jej powiernikiem, a mimo to… Cokolwiek się między nami rozpadło, cokolwiek przemilczeliśmy, cokolwiek zaniedbałem, uczucie w głębi mojej piersi wcale nie wyparowało, nie rozmyło się jak twarze w tłumie, było we mnie, równie realne jak chłodne powietrze, które czułem na skórze, zanim wszedłem do środka.
Kochałem ją wtedy na plaży, gdy wszystko między nami pękło, kochałem ją w miesiącach ciszy, chociaż udawałem, że potrafię bez niej funkcjonować, kochałem ją teraz, w bieli, przy ołtarzu, kiedy należała już do kogoś innego - i może właśnie dlatego tak trudno było mi przyjąć to, co widziałem, bo jeśli naprawdę nie chciała tego ślubu, jeżeli naprawdę była o krok od ucieczki, to oznaczało, że przez cały ten czas żyła w czymś, co nie dawało jej szczęścia, a mnie przy tym nie było. I nikt, zupełnie nikt inny nie zdawał się tego zauważać - dlaczego?
Staliśmy po dwóch stronach tej samej przestrzeni, obcy sobie w oczach świata, a jednak to wszyscy inni wyglądali tak, jakby nie wiedzieli, o co chodziło.
Zobaczyłem, jak jej ramiona unoszą się minimalnie wyżej, jakby ciało szykowało się do ruchu, dostrzegłem to, mimo obserwowania otoczenia. Nie pamiętałem, żebym podjął decyzję,  w tym momencie nie było już miejsca na analizę, po prostu ruszyłem, przesunąłem się wzdłuż ściany, wychodząc z cienia filaru. Każdy krok był cichy, ale nieodwracalny, podświadomie wiedziałem, że to był ten kierunek, z którego nie ma prostego wycofania - jeśli ktoś mnie zauważy, jeśli ona naprawdę zdecyduje się uciec, będę częścią tego obrazu. Mimo to nie zatrzymałem się w połowie decyzji, serce biło mi szybciej, ale ruch miałem spokojny, widziałem już tylko ją, świece, dym, szepty stały się wyłącznie tłem.
Jeden krok w przód, potem drugi - nie analizowałem, nie kalkulowałem, co to oznaczało dla mnie, dla niej, dla kogokolwiek, działałem tak, jak działałem całe życie w sytuacjach, gdy coś zaczynało się sypać - najpierw ruch, myślenie później. Spróbowałem złapać jej spojrzenie, to było kluczowe, nie mogłem jej wyciągnąć stąd siłą, nie mogłem podjąć decyzji za nią, za to musiałem wiedzieć, czy to było naprawdę to, czy chciała, żebym tam był. Uniosłem lekko podbródek, tak żeby dostrzegła mnie ponad czubkami głów innych, nawet jeśli bez tego też byłbym widoczny, nie robiłem gestów, nie mówiłem nic, to było tylko spojrzenie - obecność bez słów, pytanie zapisane w zaniepokojonych oczach. Byłem tu, ale jeśli to był tylko moment zawahania, zamierzałem się wycofać, wyjść na zewnątrz, przyjąć swoją pomyłkę w ocenie sytuacji. Nie zamierzałem wmawiać sobie, że to właśnie mnie teraz potrzebowała, miała wokół siebie wielu innych ludzi - jeśli jednak pragnęła potwierdzenia, że mogła zrobić krok w bok, zamierzałem jej je dać - uchylić drzwi albo wykonać kilka długich kroków wprzód, otworzyć usta, podsunąć ramię, czegokolwiek potrzebowała, by wyrwać się z zawieszenia. Tego samego, w którym ja znalazłem się razem z nią, gdy stanąłem w miejscu, z którego nie było już łatwej drogi powrotnej, czekając, aż nasze spojrzenia spotkają się pierwszy raz od dawna. Zawsze mieliśmy talent do dramatycznych okoliczności.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (16691), Prudence Fenwick (8916)




Wiadomości w tym wątku
[10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 10.02.2026, 00:21
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 10.02.2026, 04:50
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 10.02.2026, 12:03
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 10.02.2026, 21:28
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 11.02.2026, 11:15
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 11.02.2026, 23:52
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.02.2026, 11:33
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 20.02.2026, 18:08
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 22.02.2026, 10:41
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 22.02.2026, 16:47
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.02.2026, 22:09
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 24.02.2026, 02:36
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.02.2026, 21:44
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 25.02.2026, 18:09

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa