12.02.2026, 16:21 ✶
Cała się zjeżyła, gdy usłyszała pytanie Dægberhta. Jeszcze chwilę wcześniej przybita zmęczeniem i rezygnacją czarownica, zalegająca niemal bezwładnie na krześle, nagle spięła się, a jej oczy nabrały czujnego wyrazu, gdy skierowała je w milczeniu na Flinta — potrzebowała się upewnić, że nie robił tego ze złej woli.
Nie miała dla niego odpowiedzi od razu. Sugestia idąca za słowem Walia wzbudziła całą chmurę skonfliktowanych myśli. Od wspomnień smętnego poczucia bycia gościem w domu, w którym się urodziła, po przekonanie, że wyprowadzenie się z chaty w Dolinie byłoby zdradą i tchórzostwem. Wiele dostała od Kniei. W lesie jej obecność nigdy nie była niewygodna ani uciążliwa. Zawsze czekało tam na nią schronienie, gdy potrzebowała chować się przed światem, a gdy czuła się zagubiona, mogła szukać rady wśród generacyjnej mądrości drzew.
— Pewnie znalazłabym tam miejsce — powiedziała w końcu ostrożnie, cedząc słowa niechętnie, pokonując z każdym niewidzialny opór. Helloise miała zawsze wiele do powiedzenia, tak długo jak nie chodziło o nią. — Ja stracę z oczu problem, tu się nic nie zmieni. To nie rozwiązanie. Wystarczająco dużo ludzi pozapominało o lesie, szczególnie po pożarach. Trzeba trzymać pamięć o tym, co straciliśmy. Święte miejsce sabatów. Siedzibę starych duchów. Ostoję magicznych zwierząt. — Snując apokaliptyczne wizje, była znów w swoim żywiole. Najbezpieczniej czuła się w tych wyuczonych formułkach podsłuchanych z treści kazań; mogła w nich ominąć siebie. — Bogini jedna wie, co się tam w tej chwili dzieje. Kiełkuje ziarno chaosu, który cofnie nas do czasów sprzed uformowania świata. Nie można tego zostawić.
Bo co z oczu, to z serca. Z moralnego obowiązku Helloise retraumatyzowała się kondycją Kniei raz za razem niczym umartwiający się asceta — w imię czegoś wyższego. Zamalowała ściany swojej pracowni węgielnymi sylwetkami widm, spomiędzy jej notatek wysypywały się pokraczne szkice potworów na luźnych kartkach, a ona sama nie wyniosła się z chaty nawet po posmakowaniu lodowatej grozy upiorów — nie chciała zobojętnieć, jak zobojętniało wielu innych, więc rozdrapywała rany.
Nie miała dla niego odpowiedzi od razu. Sugestia idąca za słowem Walia wzbudziła całą chmurę skonfliktowanych myśli. Od wspomnień smętnego poczucia bycia gościem w domu, w którym się urodziła, po przekonanie, że wyprowadzenie się z chaty w Dolinie byłoby zdradą i tchórzostwem. Wiele dostała od Kniei. W lesie jej obecność nigdy nie była niewygodna ani uciążliwa. Zawsze czekało tam na nią schronienie, gdy potrzebowała chować się przed światem, a gdy czuła się zagubiona, mogła szukać rady wśród generacyjnej mądrości drzew.
— Pewnie znalazłabym tam miejsce — powiedziała w końcu ostrożnie, cedząc słowa niechętnie, pokonując z każdym niewidzialny opór. Helloise miała zawsze wiele do powiedzenia, tak długo jak nie chodziło o nią. — Ja stracę z oczu problem, tu się nic nie zmieni. To nie rozwiązanie. Wystarczająco dużo ludzi pozapominało o lesie, szczególnie po pożarach. Trzeba trzymać pamięć o tym, co straciliśmy. Święte miejsce sabatów. Siedzibę starych duchów. Ostoję magicznych zwierząt. — Snując apokaliptyczne wizje, była znów w swoim żywiole. Najbezpieczniej czuła się w tych wyuczonych formułkach podsłuchanych z treści kazań; mogła w nich ominąć siebie. — Bogini jedna wie, co się tam w tej chwili dzieje. Kiełkuje ziarno chaosu, który cofnie nas do czasów sprzed uformowania świata. Nie można tego zostawić.
Bo co z oczu, to z serca. Z moralnego obowiązku Helloise retraumatyzowała się kondycją Kniei raz za razem niczym umartwiający się asceta — w imię czegoś wyższego. Zamalowała ściany swojej pracowni węgielnymi sylwetkami widm, spomiędzy jej notatek wysypywały się pokraczne szkice potworów na luźnych kartkach, a ona sama nie wyniosła się z chaty nawet po posmakowaniu lodowatej grozy upiorów — nie chciała zobojętnieć, jak zobojętniało wielu innych, więc rozdrapywała rany.
dotknij trawy