13.02.2026, 18:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.03.2026, 17:39 przez Peregrinus Trelawney.)
Można byłoby dyskutować z tym, czy Peregrinus był delikatny, jak to sądziła Lyssa. Sam o sobie by powiedział ludzki bądź rozsądny. Należałoby jej również przyznać rację: nigdy nie potraktowałby Vakela w tak protekcjonalny sposób, w jaki potraktował nastoletnią królową dramy. Życie nie jest sprawiedliwe.
— Nikt nie mówi o ewakuowaniu się bez niego. Naprawdę, apeluję do was o rozsądek — spróbował jeszcze żałośnie ugasić histerię Lyssy i… cokolwiek kierowało Cassandrą.
Mówił zresztą prawdę. Dopóki Prawa Czasu wydawały się nienaruszone, nie zamierzał opuszczać tych murów i wystawiać się na wyroki szalejącego na zewnątrz żywiołu. Wolałby — podobnie jak one — aby Vasilij był z nimi, chciałby mieć go tej nocy obok siebie, ale nie mógł nic poradzić na jego nieobecność. Gdyby natomiast ich kryjówka miała znaleźć się w sytuacji zagrożenia, należało mieć plan B i uciekać. Z Vakelem czy bez niego. Na nic by mu się nie zdała martwa rodzina. Najrozsądniejsze wydawało się zatem Trelawneyowi ustalenie wspólnego i — jeśli to tylko było możliwe — bezpiecznego miejsca ewakuacji — na wszelki wypadek — aby w razie niebezpieczeństwa nie rozbiegli się po Londynie jak spanikowane kurczęta, każde w swoją stronę.
Lyssa nie patrzyła widać tak daleko w przód. W przeciwieństwie do Peregrina, który z wyprzedzeniem ujrzał trzecim okiem próbę jej uroku (na mocy udanego rzutu widzenia intencji z poprzedniego posta) — i nie próbował nawet go rozpraszać, widząc z góry jej porażkę.
Lyssa stała się nieprzewidywalna, jakby niewystarczająco już chaosu niósł ten wieczór. Wróżbita — jako wielki przeciwnik rzeczy nieprzewidywalnych i potencjalnie niebezpiecznych — widząc, że Dolohovna próbowała podnieść na niego różdżkę, sam w odpowiedzi odruchowo podniósł na nią własną.
// rzut na translokację: unieruchomienie Lyssy zaklęciem
Gdy on próbował spętać Lyssę, Cassandra… Peregrinus ledwo rejestrował, co działo się u drugiej jasnowidzki. Zaczęła mówić. Wieszczyć? Nie potrafił stwierdzić, nie potrafił ocenić, gdy jej słowa wpadały mu jednym uchem, drugim wypadały. Zbyt wiele energii i skupienia musiał wkładać w pilnowanie szalejącej nastolatki, żeby poświęcać uwagę jeszcze wieszczce.
— Cassandro…? — zapytał tylko przelotnie, kątem oka zerkając na kobietę. Po trosze szukał odpowiedzi, po trosze próbował się upewnić, czy wszystko z nią w porządku.
I tak w ogólnym chaosie czekali powrotu pana domu.
— Nikt nie mówi o ewakuowaniu się bez niego. Naprawdę, apeluję do was o rozsądek — spróbował jeszcze żałośnie ugasić histerię Lyssy i… cokolwiek kierowało Cassandrą.
Mówił zresztą prawdę. Dopóki Prawa Czasu wydawały się nienaruszone, nie zamierzał opuszczać tych murów i wystawiać się na wyroki szalejącego na zewnątrz żywiołu. Wolałby — podobnie jak one — aby Vasilij był z nimi, chciałby mieć go tej nocy obok siebie, ale nie mógł nic poradzić na jego nieobecność. Gdyby natomiast ich kryjówka miała znaleźć się w sytuacji zagrożenia, należało mieć plan B i uciekać. Z Vakelem czy bez niego. Na nic by mu się nie zdała martwa rodzina. Najrozsądniejsze wydawało się zatem Trelawneyowi ustalenie wspólnego i — jeśli to tylko było możliwe — bezpiecznego miejsca ewakuacji — na wszelki wypadek — aby w razie niebezpieczeństwa nie rozbiegli się po Londynie jak spanikowane kurczęta, każde w swoją stronę.
Lyssa nie patrzyła widać tak daleko w przód. W przeciwieństwie do Peregrina, który z wyprzedzeniem ujrzał trzecim okiem próbę jej uroku (na mocy udanego rzutu widzenia intencji z poprzedniego posta) — i nie próbował nawet go rozpraszać, widząc z góry jej porażkę.
Lyssa stała się nieprzewidywalna, jakby niewystarczająco już chaosu niósł ten wieczór. Wróżbita — jako wielki przeciwnik rzeczy nieprzewidywalnych i potencjalnie niebezpiecznych — widząc, że Dolohovna próbowała podnieść na niego różdżkę, sam w odpowiedzi odruchowo podniósł na nią własną.
// rzut na translokację: unieruchomienie Lyssy zaklęciem
Rzut Z 1d100 - 41
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Gdy on próbował spętać Lyssę, Cassandra… Peregrinus ledwo rejestrował, co działo się u drugiej jasnowidzki. Zaczęła mówić. Wieszczyć? Nie potrafił stwierdzić, nie potrafił ocenić, gdy jej słowa wpadały mu jednym uchem, drugim wypadały. Zbyt wiele energii i skupienia musiał wkładać w pilnowanie szalejącej nastolatki, żeby poświęcać uwagę jeszcze wieszczce.
— Cassandro…? — zapytał tylko przelotnie, kątem oka zerkając na kobietę. Po trosze szukał odpowiedzi, po trosze próbował się upewnić, czy wszystko z nią w porządku.
I tak w ogólnym chaosie czekali powrotu pana domu.
Koniec sesji
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie