14.02.2026, 15:42 ✶
Po jakimś czasie trzeba było wrócić do normalności.
Do przecierania antykwariatowych półek z nagromadzonego kurzu i wygrzebywania popiołu z miejsc, które sprzątała już przecież kilkakrotnie. Ale popiół zawsze wracał i Tessa miała wrażenie, że już nigdy się go nie pozbędzie.
Witryna na powrót zachęcała do zatrzymania się i nacieszenia widokiem nowej wystawki — nie straszyła już popękaną szybą ani prowizoryczną zasłoną w postaci poplamionego farbą brezentu, który wygrzebała z zakamarków zaplecza. Wymieniono szkło, chwała ci Moody, wymalowała ją nawet magiczną farbą, która miała zmieniać kolor pod wpływem temperatury, a wystawa składała się teraz na podniszczone tomiszcza w otoczeniu klimatycznego, ciepłego światła. Z boku leżały również owocowe instalacje, ale wypadało nadmienić, że wszystko było sztuczne. Porcelanowe granaty, których pestki były tak naprawdę świecącymi koralikami; gipsowe dynie, wieńce z plastikową żurawiną, która w żadnym wypadku nie wyglądała tandetnie!
Wystawiła również biżuterię, a także wypchaną sowę, bo kiedy przymierzała się do wystawienia sroki, Muninn patrzył na nią z dezaprobatą, wypisaną i wymalowaną w jego paciorkowych oczach.
— Dobrze, teraz jeszcze pan Henderson — wymamrotała pod nosem. Skreśliła poprzednich klientów z listy w swoim skórzanym rejestrze, jednocześnie zapisując na innej kartce, aby nie zapomniała: Zamówić pergamin do pakowania.
Przejechała palcami prawej ręki po perłowym kolczyku w uchu, a potem machinalnie wygładziła poły morelowej kamizelki. Musiała na nowo przygotować zestaw do wyceniania, potem zaparzyć jeszcze herbatę i może nakroić ciasta, które zostało jej po pannie Murray… Krótkie spojrzenie na zegarek na lewej dłoni dał jej do zrozumienia, że miała jeszcze kwadrans przed ostatnim klientem.
Zanuciła cicho pod nosem, a jej dłoń sama powędrowała w kierunku różdżki, leżącej teraz naprzeciwko kałamarza, a równolegle do stery listowego pergaminu. Musiała odgarnąć parę kartek, żeby w ogóle ją zauważyć. Machnęła zatem lekko nadgarstkiem, a gramofon po drugiej stronie pomieszczenia zatrzeszczał, aby już po chwili odpowiedzieć pani Longbottom i razem z nią powoli zaintonować nuconą przed nią piosenkę.
I wtedy dzwonek przy drzwiach zapowiedział ewidentnie nadgorliwego klienta, który—
Podniosła spojrzenie znad otworzonej teraz księgi rachunkowej i oddech na chwilę uwiązł jej w gardle. Musiała zamrugać kilkakrotnie, żeby doszło do niej, że faktycznie miała przed sobą swojego byłego męża. I to z bukietem kwiatów pod pachą. Zagryzła lekko dolną wargę, powstrzymując się od automatycznego uśmiechu.
Uspokój się, kretynko, nie jesteś z powrotem w siódmej klasie.
— Woody? — odpowiedziała z wyraźnym zdziwieniem w głosie, które wbrew jej samej zabarwiło jej głos w lekko nieprzyjemny ton. Zaraz odchrząknęła i trzasnęła otwartym tomiszczem. Szybko przeszła drogę zza kontuaru aż do drzwi, żeby zaraz zmienić plakietkę z Otwarte! na wymowne Zamknięte. Potem odwróciła się z powrotem w stronę starego Longbottoma i otworzyła usta, żeby coś powiedzieć. Ale nie była w stanie znaleźć słów. Zamiast tego spojrzała nieco niżej. Na kwiaty.
— Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałam cię z kwiatami — skomentowała z lekko kłującym przekąsem, którego jednak nie mogła się pozbyć. Lata praktyki. — Mam nadzieję, że są dla mnie? Są… bardzo ładne, Woodrow.
Wyciągnęła rękę po bukiet, a potem z lekko kołatającym sercem (naprawdę miała nadzieję, że to arytmia), ścisnęła go delikatnie za dłoń. Ale tak szybko, jak go dotknęła, tak szybko zabrała palce.
— Napijesz się… czegoś? Zostaniesz, prawda?
Do przecierania antykwariatowych półek z nagromadzonego kurzu i wygrzebywania popiołu z miejsc, które sprzątała już przecież kilkakrotnie. Ale popiół zawsze wracał i Tessa miała wrażenie, że już nigdy się go nie pozbędzie.
Witryna na powrót zachęcała do zatrzymania się i nacieszenia widokiem nowej wystawki — nie straszyła już popękaną szybą ani prowizoryczną zasłoną w postaci poplamionego farbą brezentu, który wygrzebała z zakamarków zaplecza. Wymieniono szkło, chwała ci Moody, wymalowała ją nawet magiczną farbą, która miała zmieniać kolor pod wpływem temperatury, a wystawa składała się teraz na podniszczone tomiszcza w otoczeniu klimatycznego, ciepłego światła. Z boku leżały również owocowe instalacje, ale wypadało nadmienić, że wszystko było sztuczne. Porcelanowe granaty, których pestki były tak naprawdę świecącymi koralikami; gipsowe dynie, wieńce z plastikową żurawiną, która w żadnym wypadku nie wyglądała tandetnie!
Wystawiła również biżuterię, a także wypchaną sowę, bo kiedy przymierzała się do wystawienia sroki, Muninn patrzył na nią z dezaprobatą, wypisaną i wymalowaną w jego paciorkowych oczach.
— Dobrze, teraz jeszcze pan Henderson — wymamrotała pod nosem. Skreśliła poprzednich klientów z listy w swoim skórzanym rejestrze, jednocześnie zapisując na innej kartce, aby nie zapomniała: Zamówić pergamin do pakowania.
Przejechała palcami prawej ręki po perłowym kolczyku w uchu, a potem machinalnie wygładziła poły morelowej kamizelki. Musiała na nowo przygotować zestaw do wyceniania, potem zaparzyć jeszcze herbatę i może nakroić ciasta, które zostało jej po pannie Murray… Krótkie spojrzenie na zegarek na lewej dłoni dał jej do zrozumienia, że miała jeszcze kwadrans przed ostatnim klientem.
Zanuciła cicho pod nosem, a jej dłoń sama powędrowała w kierunku różdżki, leżącej teraz naprzeciwko kałamarza, a równolegle do stery listowego pergaminu. Musiała odgarnąć parę kartek, żeby w ogóle ją zauważyć. Machnęła zatem lekko nadgarstkiem, a gramofon po drugiej stronie pomieszczenia zatrzeszczał, aby już po chwili odpowiedzieć pani Longbottom i razem z nią powoli zaintonować nuconą przed nią piosenkę.
I wtedy dzwonek przy drzwiach zapowiedział ewidentnie nadgorliwego klienta, który—
Podniosła spojrzenie znad otworzonej teraz księgi rachunkowej i oddech na chwilę uwiązł jej w gardle. Musiała zamrugać kilkakrotnie, żeby doszło do niej, że faktycznie miała przed sobą swojego byłego męża. I to z bukietem kwiatów pod pachą. Zagryzła lekko dolną wargę, powstrzymując się od automatycznego uśmiechu.
Uspokój się, kretynko, nie jesteś z powrotem w siódmej klasie.
— Woody? — odpowiedziała z wyraźnym zdziwieniem w głosie, które wbrew jej samej zabarwiło jej głos w lekko nieprzyjemny ton. Zaraz odchrząknęła i trzasnęła otwartym tomiszczem. Szybko przeszła drogę zza kontuaru aż do drzwi, żeby zaraz zmienić plakietkę z Otwarte! na wymowne Zamknięte. Potem odwróciła się z powrotem w stronę starego Longbottoma i otworzyła usta, żeby coś powiedzieć. Ale nie była w stanie znaleźć słów. Zamiast tego spojrzała nieco niżej. Na kwiaty.
— Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałam cię z kwiatami — skomentowała z lekko kłującym przekąsem, którego jednak nie mogła się pozbyć. Lata praktyki. — Mam nadzieję, że są dla mnie? Są… bardzo ładne, Woodrow.
Wyciągnęła rękę po bukiet, a potem z lekko kołatającym sercem (naprawdę miała nadzieję, że to arytmia), ścisnęła go delikatnie za dłoń. Ale tak szybko, jak go dotknęła, tak szybko zabrała palce.
— Napijesz się… czegoś? Zostaniesz, prawda?
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you