– Cóż… – dokładnie tak było, ale czy to faktycznie był powód do bania się? Opowiadała wtedy o swoim zawodzie miłosnym, w tamtym momencie nie mogło być już nic gorszego, żadna fasolka nie była jej straszna, ale przecież tego nie powie Christopherowi… No a na pewno nie teraz, moment był na to niezwykle wręcz kiepski. – Mogło być tak, że popiłyśmy trochę ognistej, a miałyśmy ze sobą tylko alkohol, herbatę i słodycze, więc… – urwała, pozwalając tym słowom wybrzmieć i osiąść, a można je było zinterpretować w różny sposób. Nie wątpiła jednak, że najpewniej Christopher zrozumie, że jednak jadła je w całości. Wiedziała, że to brzmiało tak, jakby się tam upiły, ale żadna wtedy nie wypiła tej ognistej aż tak dużo, żeby poranek przywitać z kacem, jednak nie było żadną nowością, że nawet w małych ilościach ognista whisky powodowała, że nabierało się śmiałości.
– Fakt – ale nie dało się przemilczeć faktu, że Koloseum spływało krwią niewolników, podludzi… I za takich uważał mugoli i mugolaków Voldemort. W obliczu tego, co powiedział Christopher, nawet Victoria, która nie była jakoś mocno za pan brat z historią, dostrzegła pewną analogię do tego, co się działo… Część uważana za robaków, niegodna praw człowieka, która miałaby służyć tym „lepszym” wedle manifestu Czarnego Pana. Oni mogli się z tego cierpienia cieszyć jak najbardziej, dla nich był to chleb i igrzyska. I być może dlatego, że Christopher mówił to, co mówił, nie podejrzewała go o konszachty z panami i paniami w tych niegustownych pelerynkach, tak bardzo kojarzących się Victorii z szlafrokami. Samo to, że jego dom ucierpiał, nic nie znaczyło. Chodziło o jego słowa. Nie była pewna, czy nikt na tym nie korzysta, na tym chaosie, który zapadł, na gniewnie, który urodził się w ludzkich sercach. Wydawało jej się, że to doskonałe podłoże do radykalizowania się – tak jednych, jak i tych drugich… Ale to rzeczywiście nie był najszczęśliwszy moment na tego typu rozmowę. Nie, gdy siedzieli w weneckiej restauracji na, cóż, randce, bo nie dało się tego nazwać inaczej.
– Na pewno nie zaszkodzi – przyznała z pewnym zamyśleniem. – Może i pył już opadł, ale Londyn to teraz strasznie smętny widok – a ten widok nie poprawiał humoru normalnych ludzi. Zresztą było widać po kiermaszu na Mabon, jak bardzo jest źle. – Tak sobie myślę, że to doskonały moment, żeby skupić się na sobie – i zatroszczyć o zdrowie… to fizyczne jak i psychiczne. Więc kupno domu gdzieś poza ścisłym centrum Anglii, ale też jeszcze jakaś wycieczka, żeby zmienić otoczenie były niezłym pomysłem. – Ano tak, raczej nie mają tam takich magicznych dzielnic… – takich jak w Londynie, rzecz jasna. – Wychowałam się w Dolinie Godryka, tam też było sporo mugoli, ale sprawę zwykle rozwiązuje dom gdzieś na obrzeżach miasta – w magicznym Londynie mieszkało się wygodnie z tej prostej przyczyny, że żyli tam tylko czarodzieje i nie trzeba było się kryć. Drugim tak wygodnym miejscem było Hogsmeade. – I dziękuję. Przyznam, że to, że ten dom jest w pewnym oddaleniu od reszty wioski, trochę przesądził sprawę – podobało jej się w Grasmere, nawet jeśli nie mieszkała tam zbyt długo, bo dopiero niedawno w pełni się wprowadziła.
– Może ten słynny plac? Albo po prostu możemy się przejść i zobaczymy, gdzie wylądujemy – w takich chwilach jak ta okazywało się, że jednak potrafiła działać i funkcjonować bez konkretnego planu.