15.02.2026, 23:24 ✶
Pandora uśmiechnęła się miękko, łagodnie — jej twarz zawsze zmieniała się, gdy chodziło o Islandczyka. Przestraszyła się na pierwszy rzut oka widoku tej kuźni, zwłaszcza gdy chwilę zajęło jej dostrzeżenie go w jej wnętrzu.
- Ciesze się, że się znacie i może nawet przyjaźnicie. Dziękuję, że sprawdziłaś, co u niego. - powiedziała do przyjaciółki szczerze, tonem pozbawionym jakiejkolwiek zazdrości. Nie mogłaby być o Brennę w ogóle zazdrosna, nie umiałaby. Hjalmar potrzebował tutaj ludzi, wydawało się jej czasem, że poza granicami swojej wyspy, bywał zwyczajnie samotny. Starała się poświęcać mu tyle czasu, ile mogła, ale miała też swoje obowiązki i była zaangażowana w wiele projektów.
- Pieniądze nie są problemem, mam dostęp do funduszy rodziny. Myślałam o utworzeniu czegoś długoterminowego i stabilnego, co mogłoby ulżyć ludziom po tym pożarze, ale brakuje mi czasu na dopracowanie tego pomysłu. Wiesz też przecież, że ja zawsze pomogę. - uśmiechnęła się do niej pogodnie, bo naprawdę, długo już nad tym myślała- odkąd słońce wstało nad spalonym miastem, a popiół tańczył na zgliszczach. Nie mogła wytrzymać ogromu tej tragedii, bo bezczynność była czymś, co Pandorę doprowadzało do szału, nie licząc oczywiście kobiet bezczelnie przymilających się do jej wilka. Gdy przyjaciółka zaczęła mówić, słuchała, wlepiając w nią spojrzenie brązowych oczu i przytakując z uwagą. Na jej twarzy znów pojawiał się entuzjazm, świadczący o tym, że jej umysł już dostrzegał tysiące zalet wynikających z bycia po prostu dobrym człowiekiem. Dla niej samo to poczucie było lepsze niż najskuteczniejszy na rynku narkotyk. - Zajmę się zabezpieczeniami, dołożę Ci tez pieniądze do wyposażenia i zorganizuję dostawy jedzenia, żeby ludzie mogli zaoszczędzić. Kurcze, może powinnyśmy pomyśleć też o tym, aby wykorzystać jeden z budynków należących do mojego ojca? Nie będzie miał nic przeciwko, jak dobrze to uzasadnię i ładnie poproszę, zwłaszcza że jego reputacja tylko wzrośnie. Co o tym sądzisz?
Longbottom jak zwykle podsunęła iskrę, która wywołała w niej pożar. Mogłyby zrobić tyle rzeczy razem, biorąc pod uwagę znajomości Brenny i możliwości finansowe oraz wpływ rodziny Prewett, którą reprezentowała. Chociaż raz robiłaby to chętniej niż na otwarciu kasyna lub wyścigów koni. Pokazanie run Hjalmarowi było dobrym pomysłem, znał się na tym i mógł dopytać zawsze swoją rodzinę i przyjaciół z Islandii. W Pandzie żyło przeświadczenie, że oni tam znali się dużo lepiej na tym odłamie magii, niż czarodzieje z Wielkiej Brytanii.
- Nie brzmisz wiarygodnie. - wzruszyła ramionami, niezbyt przekonana jej deklaracją na temat jedzenia, ale puściła jej zaraz oczko i objęła ją mocniej, sugerując tym samym, aby tego małego droczenia się nie brała poważnie. Chciała trochę o przyjaciółkę zadbać, to wszystko — nawet jeśli jedyne, co mogła zrobić, to przynieść jej jedzenie i ciepłą kawę lub herbatę. - To może zostawmy to, jako otwarte zaproszenie, gdy się trochę uspokoi? Może opanuje nowy przepis i sama coś przygotuje. Gotowanie jest naprawdę, fascynujące.
Przypominało Pandorze trochę alchemię, gdzie również należało odpowiednio przygotowywać składniki i pilnować czasu nad ogniem. - Dla Ciebie ogrom pracy to żadna nowość. Mam wrażenie, że Ty w ogóle nie odpoczywasz. Myślałam, że ja jestem beznadziejna w nic nierobieniu, ale zdaje się, że mnie pokonujesz.
Była w tym naprawdę okropna, zawsze musiała coś robić i wszędzie było jej pełno. Było tyle rzeczy do odkrycia, tyle przygód i nowych książek do przeczytania. Mogła też poświęcić czas na samodyscyplinę i treningi szermierki, które bardzo lubiła. Chciała być użyteczną kobietą, a nie ładnie wyglądającą damą z obrazków, której głównym zadaniem jest pachnieć i rozkazywać, chociaż przecież mogła. Na Merlina, jej rodową posiadłością był zamek.
Potrząsnęła pudełkiem z żabą na jej pytanie, obracając nim w dłoniach.
-A jak wyjmę kogoś okropnego? - zaśmiała się pod nosem, bo sentyment uderzył w nią, jak fala zimnego, jesiennego wiatru. Pamiętała, jak ekscytowało ją zbieranie kart w szkole. Stanęła obok Brenny i już miała otworzyć, ale ostatecznie, nie zrobiła tego, bo ta wspomniała o pracy. - Najpierw zróbmy coś dobrego, a potem sprawdzę kartę. To będzie taka nagroda, lepiej będzie mi się pracowało. Zabezpieczenia, tak? Czy coś jeszcze trzeba naprawić? Jestem przygotowana, mam nawet pędzel. - potrząsnęła wymownie swoim magicznie powiększanym plecakiem pełnym narzędzi. Prawda była taka, że nawet pożyczyła sobie jeden z młotków Hjalmara.
- Ciesze się, że się znacie i może nawet przyjaźnicie. Dziękuję, że sprawdziłaś, co u niego. - powiedziała do przyjaciółki szczerze, tonem pozbawionym jakiejkolwiek zazdrości. Nie mogłaby być o Brennę w ogóle zazdrosna, nie umiałaby. Hjalmar potrzebował tutaj ludzi, wydawało się jej czasem, że poza granicami swojej wyspy, bywał zwyczajnie samotny. Starała się poświęcać mu tyle czasu, ile mogła, ale miała też swoje obowiązki i była zaangażowana w wiele projektów.
- Pieniądze nie są problemem, mam dostęp do funduszy rodziny. Myślałam o utworzeniu czegoś długoterminowego i stabilnego, co mogłoby ulżyć ludziom po tym pożarze, ale brakuje mi czasu na dopracowanie tego pomysłu. Wiesz też przecież, że ja zawsze pomogę. - uśmiechnęła się do niej pogodnie, bo naprawdę, długo już nad tym myślała- odkąd słońce wstało nad spalonym miastem, a popiół tańczył na zgliszczach. Nie mogła wytrzymać ogromu tej tragedii, bo bezczynność była czymś, co Pandorę doprowadzało do szału, nie licząc oczywiście kobiet bezczelnie przymilających się do jej wilka. Gdy przyjaciółka zaczęła mówić, słuchała, wlepiając w nią spojrzenie brązowych oczu i przytakując z uwagą. Na jej twarzy znów pojawiał się entuzjazm, świadczący o tym, że jej umysł już dostrzegał tysiące zalet wynikających z bycia po prostu dobrym człowiekiem. Dla niej samo to poczucie było lepsze niż najskuteczniejszy na rynku narkotyk. - Zajmę się zabezpieczeniami, dołożę Ci tez pieniądze do wyposażenia i zorganizuję dostawy jedzenia, żeby ludzie mogli zaoszczędzić. Kurcze, może powinnyśmy pomyśleć też o tym, aby wykorzystać jeden z budynków należących do mojego ojca? Nie będzie miał nic przeciwko, jak dobrze to uzasadnię i ładnie poproszę, zwłaszcza że jego reputacja tylko wzrośnie. Co o tym sądzisz?
Longbottom jak zwykle podsunęła iskrę, która wywołała w niej pożar. Mogłyby zrobić tyle rzeczy razem, biorąc pod uwagę znajomości Brenny i możliwości finansowe oraz wpływ rodziny Prewett, którą reprezentowała. Chociaż raz robiłaby to chętniej niż na otwarciu kasyna lub wyścigów koni. Pokazanie run Hjalmarowi było dobrym pomysłem, znał się na tym i mógł dopytać zawsze swoją rodzinę i przyjaciół z Islandii. W Pandzie żyło przeświadczenie, że oni tam znali się dużo lepiej na tym odłamie magii, niż czarodzieje z Wielkiej Brytanii.
- Nie brzmisz wiarygodnie. - wzruszyła ramionami, niezbyt przekonana jej deklaracją na temat jedzenia, ale puściła jej zaraz oczko i objęła ją mocniej, sugerując tym samym, aby tego małego droczenia się nie brała poważnie. Chciała trochę o przyjaciółkę zadbać, to wszystko — nawet jeśli jedyne, co mogła zrobić, to przynieść jej jedzenie i ciepłą kawę lub herbatę. - To może zostawmy to, jako otwarte zaproszenie, gdy się trochę uspokoi? Może opanuje nowy przepis i sama coś przygotuje. Gotowanie jest naprawdę, fascynujące.
Przypominało Pandorze trochę alchemię, gdzie również należało odpowiednio przygotowywać składniki i pilnować czasu nad ogniem. - Dla Ciebie ogrom pracy to żadna nowość. Mam wrażenie, że Ty w ogóle nie odpoczywasz. Myślałam, że ja jestem beznadziejna w nic nierobieniu, ale zdaje się, że mnie pokonujesz.
Była w tym naprawdę okropna, zawsze musiała coś robić i wszędzie było jej pełno. Było tyle rzeczy do odkrycia, tyle przygód i nowych książek do przeczytania. Mogła też poświęcić czas na samodyscyplinę i treningi szermierki, które bardzo lubiła. Chciała być użyteczną kobietą, a nie ładnie wyglądającą damą z obrazków, której głównym zadaniem jest pachnieć i rozkazywać, chociaż przecież mogła. Na Merlina, jej rodową posiadłością był zamek.
Potrząsnęła pudełkiem z żabą na jej pytanie, obracając nim w dłoniach.
-A jak wyjmę kogoś okropnego? - zaśmiała się pod nosem, bo sentyment uderzył w nią, jak fala zimnego, jesiennego wiatru. Pamiętała, jak ekscytowało ją zbieranie kart w szkole. Stanęła obok Brenny i już miała otworzyć, ale ostatecznie, nie zrobiła tego, bo ta wspomniała o pracy. - Najpierw zróbmy coś dobrego, a potem sprawdzę kartę. To będzie taka nagroda, lepiej będzie mi się pracowało. Zabezpieczenia, tak? Czy coś jeszcze trzeba naprawić? Jestem przygotowana, mam nawet pędzel. - potrząsnęła wymownie swoim magicznie powiększanym plecakiem pełnym narzędzi. Prawda była taka, że nawet pożyczyła sobie jeden z młotków Hjalmara.