– W sensie, że biorą to wszystko na przeczekanie, aż sytuacja uspokoi się sama? – uśmiechnęła się uprzejmie, ale to był uśmiech do szefów i Ministry, nie do Anthonego, pełny zresztą kpiny i cichej złości, bo oni zapierdalali od rana do nocy (a czasami i w nocy, jak wtedy, gdy była na służbie dobre 20 godzin, bo płynęli sprawdzić niepokoje na morzu), żeby inni mogli robić… nic.
– Ja nie mam co do tego wątpliwości – stwierdziła, patrząc wprost na Shafiqa. – Zaniedbania i ignorancji. Pod pewnymi względami dla nas to lepiej, dla kraju zdecydowanie gorzej. Ale sami to na siebie sprowadzili – mruknęła i spróbowała się uśmiechnąć, bo niekoniecznie miała ochotę na powtórkę tego, co było z nekromantką z Egiptu. Stamtąd mogła zwiać, a gdyby byli regularnie śledzeni i chciano na nich eksperymentować tu, na Angielskiej ziemi, to zrobiłoby się bardzo nieciekawie. Wierzyła, że w niej i Atreusie drzemie ogromny, energetyczny potencjał, ale nie byli jedyni i to było martwiące – ich personalia były znane, a tej trójki co weszła do Limbo za Voldemortem niestety nie.
Anthony wydawał się być zdziwiony słowami Atreusa o wizjach, za to Victoria nawet nie mrugnęła. Słyszała o tych wizjach. Od Brenny. Od Laurenta. Dodała sobie dwa do dwóch. Nawet chciała podpytać o sprawę Vasilija Dolohova, ale nigdy nie otrzymała odpowiedzi na swoją wiadomość, nie wiedziała więc, czy doznał jakiegokolwiek objawienia. Lecz to, że wiedzieli w niczym nie pomogło. Myśleli, o Samhain. O Mabon. Nie o losowym piątku na początku września. Nie obróciła głowy do Atreusa, tylko obróciła oczy, jakby chciała na niego spojrzeć i przygryzła wargę. Jej dłoń podniosła się, ale zaraz lekko zacisnęła ją w pięść. Wiedziała, że Florence musiała mieć wizję. Że wiedział coś od siostry, której już nie było pomiędzy nimi… I w tym jednym, krótkim momencie chciała wyciągnąć do Atreusa dłoń, by złapać go za rękę i dodać otuchy. Nie zrobiła tego jednak. Jej dłoń z powrotem opadła na udo, gdzie za chwilę się rozprostowała. Nie wydawało jej się, by Atreus chciał takiego pocieszenia od niej.
– Jasnowidzowie już przed Ostarą mieli wizje na temat Beltane i nic nie zrobiono. Teraz były wizje i znowu żadnego przygotowywania, nawet mobilizacji, nic. Nie wiem, co potrzeba, żeby tych na samej górze otrzeźwić – stwierdziła w końcu z westchnięciem. – Chyba, że w Komnacie Tajemnic mają jakichś sabotażystów i nie przekazują informacji wyżej, bo nie wierzę, że żaden jasnowidz stamtąd nie doznał żadnej wizji. No albo góra jest naiwna, nie wiem – postukała się palcem po dolnej wardze w zamyśleniu. – Z drugiej strony Demartament Tajemnic zawsze był oporny. Mijają miesiące i nic… Poprosiłam nawet niedawno o zgodę na wejście na Polanę Ognisk, ciekawe jak długo będę musiała czekać na zgodę z ich strony, bo Moody się zgodziła – i obiecała jej, że da znać, jak tylko się czegokolwiek dowie.
A potem sięgnęła ponownie po swoją czarkę i uśmiechnęła się dużo pogodniej, gdy Anthony poinformował Atreusa, że to on ją uczył. To był miły czas, znacznie bardziej beztroski, kilka lat temu, gdy Anthony szkolił ją w magii rozpraszania i ćwiczył z nią panowanie nad emocjami, co było niezbędne, by móc później opanować oklumencję.
– Założyliśmy się po prostu. Uczciwie przegrałam, ale o włos, teraz mam trochę więcej raportów do wypełnienia – i gdy to powiedziała, to nawet puściła do Shafiqa oko tak, by Bulstrode tego nie widział. Nie, nie dała mu wygrać, wygrał uczciwie, ale uważała, że dobrze się stało, że wynik był właśnie taki. – Oczywiście, że też coś z tego miałam – uśmiechnęła się lekko. Nie, nie chodziło wcale o to, że miała z tego ból głowy, chociaż to trochę też. Ale dobrze było poćwiczyć, zmierzyć się z kimś, kto był jakimś wyzwaniem. – Tak jak ty się jeżysz, kiedy nie możesz dostrzec naszych aur na zawołanie – odbiła zresztą piłeczkę do Atreusa. To były dwie strony tej samej monety: oklumenci nie lubili, gdy patrzyło się na coś, co celowo kryli, a aurowidzowie nie lubili, gdy ukrywa się przed nimi coś, co dostrzegają normalnie bez wysiłku. Rozsiadła się wygodniej, zamierzając popatrzyć na to przedstawienie, które najpewniej miało zaraz mieć miejsce.