16.02.2026, 02:14 ✶
Siedziałem na ziemi naprzeciwko Prudence i patrzyłem na te cholerne karty, jakby były problemem, który mogłem rozwiązać, jeśli tylko wystarczająco długo będę się w nie wpatrywał. Według babci Bletchley były równaniem, nie wyrokiem, ja wolałem wersję, wedle której był to papier, tusz, cudze urojone nadinterpretacje i coś odrobinę obrzydliwego, co powinno natychmiast zniknąć z zasięgu mojego wzroku, a jednak jednocześnie nie potrafiłem przestać słuchać tego, co Ellie miała nam do powiedzenia. O dziwo, nawet nie próbowałem wtrącać w to żadnych własnych komentarzy, nawet jeśli parokrotnie mogłem to zrobić, wbijając szpilę w to, co mówił rozkład Prudence - nie zrobiłem tego, pozwalając Ellie na tę wybujałą, jak na moje standardy, interpretację wyników złego przetasowania.
Mówiła spokojnie, z tą swoją wyważoną pewnością, jakby nie opowiadała o przyszłości, tylko o czymś, co już się wydarzyło - jak gdyby nie zgadywała, tylko wiedziała, „ale oczywiście, to tylko karty”, nie brała za nie odpowiedzialności, klasyka - i o ile to jeszcze jakoś przechodziło, gdy analizowała rozkład swojej wnuczki, o tyle później…
„Ktoś tu przyszedł z tarczą” - parsknąłem cicho pod nosem, bardzo defensywnie, ale jeszcze bardziej odruchowo, chcąc strząsnąć z siebie ten komentarz.
- Zawsze lepiej mieć tarczę niż nie mieć nic. - Mruknąłem, unosząc brwi, i gdybym tylko mógł skrzyżować ręce na piersi, pewnie już zastanawiałbym się, czy tego nie zrobić. - Historia raczej potwierdza tę strategię. - Brzmiało to lekko, prawie żartobliwie, ale czułem, jak coś w mojej szczęce napięło się niemal samoistnie - mięsień drgnął lekko, zupełnie poza moją kontrolą. Nienawidziłem tego, nienawidziłem, kiedy ktoś widział coś, czego nie pokazywałem świadomie. Tak, zdecydowanie trzymałem tarczę, zawsze warto było być przygotowanym na oblężenie, najwyraźniej nawet latem, w salonie przyjaciela.
„To karta ludzi, którzy mają w środku cały ocean, ale pokazują światu szklankę wody”, „Królowa Mieczy na zewnątrz, Kapłanka w środku”, „a to już jest wręcz urocze” - odwróciłem wzrok od kart na sekundę, tylko po to, żeby od razu wrócić do nich z powrotem, jakbym nie chciał, żeby ktokolwiek pomyślał, że mnie to ruszyło. Kolejny raz popatrzyłem na te karty, jakbym mógł je zmusić, żeby przestały istnieć, jeśli tylko wystarczająco długo będę ignorował ich metafizyczne znaczenie - papier, atrament, symbole, nic więcej - nic, co mogłoby mnie dotyczyć. Oczywiście, że to było absurdalne, nie wierzyłem w przeznaczenie, nie wierzyłem w znaki - wierzyłem w wybory, w konsekwencje, w to, że wszystko, co się wydarza, jest wynikiem czyjejś decyzji, a nie ułożenia kart przez czyjąś babcię w salonie pachnącym herbatą i starym drewnem, ale… Chuj, dupa i kamieni kupa - niektóre z tych urojeń brzmiały obrzydliwie trafnie - słuchałem tej samozwańczej metapsychoanalizy w milczeniu, tylko dla zasady, by nie dać po sobie poznać reakcji, z tą samą miną, maską czy tam tarczą, którą zakładałem zawsze, kiedy ktoś próbował zajrzeć pod powierzchnię - lekko znudzoną, lekko rozbawioną, całkowicie obojętną, przynajmniej na zewnątrz. W środku każde słowo trafiało tam, gdzie nie powinno mieć dostępu.
Królowa Mieczy. Kapłanka. Trójka Denarów. Kontrola. Cisza. Działanie zamiast mówienia. Mięsień przy skroni drgnął mi ponownie, zanim zdążyłem go opanować, to nie było właściwe, że ktoś w tak luźny, lekki sposób ubierał w słowa rzeczy, które należały do mnie - rzeczy, które trzymałem zamknięte właśnie po to, żeby nikt ich nie dotykał.
A potem Dwójka Pucharów.
Nie spojrzałem na Prudence, nie od razu, ale poczułem ją - jej obecność, jej ciszę, jej uwagę, której nie musiałem widzieć, żeby wiedzieć, że tam jest.
„Bardzo literackie”, powiedziała Ellie - tak, literackie, kurwa, jak historia, której nikt nie chciał pisać, ale i tak powstała. Milczałem jeszcze przez kilka sekund, patrząc na karty, jakby to one były problemem - jakby to one mnie prowokowały, były winne temu napięciu, które nagle zrobiło się zbyt ciężkie. W końcu wypuściłem powietrze powoli, przez nos, nie poprzez zbyt mocno zaciśnięte zęby, bo chyba bym nimi zazgrzytał z frustracji, i oparłem dłonie o podłogę, unosząc się ostrożnie. Bandaż napiął się na ręce, ból natychmiast dał się we znaki, przypominając mi, gdzie jestem, kim jestem, co tu robię - spojrzałem na Ellie, nie na karty, nie na Prue, unosząc kącik ust w krzywym wyrazie kulturalnej wdzięczności.
- Dziękuję za… Wsparcie. - Powiedziałem spokojnie, z tym swoim uprzejmym, niemal formalnym tonem, który zawsze pojawiał się, kiedy zamykałem coś definitywnie, nie mogąc pozwolić sobie na bardziej impulsywne odniesienie do sytuacji - nie ironicznie, nie złośliwie - szczerze na tyle, na ile potrafiłem. Dopiero wtedy przeniosłem wzrok na Prudence, chociaż tylko na moment, ułamek sekundy, wystarczająco długo, żeby zobaczyć jej twarz - wystarczająco krótko, żeby nie zdradzić nic więcej.
- Ale już dzięki. - Skinąłem lekko głową, bardziej odruchowo niż świadomie, potem odwróciłem się i ruszyłem w stronę wyjścia, bez pośpiechu, bez dramatyzmu, jak ktoś, kto po prostu kończył audiencję, o którą wcale się nie prosił. Dopiero kiedy minąłem próg salonu, pozwoliłem sobie na jeden głębszy oddech, bo to były tylko karty - papier, obrazki, symbole - a jednak wyszedłem tak, jakby powiedziały zbyt wiele i jednocześnie za mało, bym odczuwał chęć zrobienia z tą wiedzą cokolwiek, prócz zduszenia w sobie goryczy.
Mówiła spokojnie, z tą swoją wyważoną pewnością, jakby nie opowiadała o przyszłości, tylko o czymś, co już się wydarzyło - jak gdyby nie zgadywała, tylko wiedziała, „ale oczywiście, to tylko karty”, nie brała za nie odpowiedzialności, klasyka - i o ile to jeszcze jakoś przechodziło, gdy analizowała rozkład swojej wnuczki, o tyle później…
„Ktoś tu przyszedł z tarczą” - parsknąłem cicho pod nosem, bardzo defensywnie, ale jeszcze bardziej odruchowo, chcąc strząsnąć z siebie ten komentarz.
- Zawsze lepiej mieć tarczę niż nie mieć nic. - Mruknąłem, unosząc brwi, i gdybym tylko mógł skrzyżować ręce na piersi, pewnie już zastanawiałbym się, czy tego nie zrobić. - Historia raczej potwierdza tę strategię. - Brzmiało to lekko, prawie żartobliwie, ale czułem, jak coś w mojej szczęce napięło się niemal samoistnie - mięsień drgnął lekko, zupełnie poza moją kontrolą. Nienawidziłem tego, nienawidziłem, kiedy ktoś widział coś, czego nie pokazywałem świadomie. Tak, zdecydowanie trzymałem tarczę, zawsze warto było być przygotowanym na oblężenie, najwyraźniej nawet latem, w salonie przyjaciela.
„To karta ludzi, którzy mają w środku cały ocean, ale pokazują światu szklankę wody”, „Królowa Mieczy na zewnątrz, Kapłanka w środku”, „a to już jest wręcz urocze” - odwróciłem wzrok od kart na sekundę, tylko po to, żeby od razu wrócić do nich z powrotem, jakbym nie chciał, żeby ktokolwiek pomyślał, że mnie to ruszyło. Kolejny raz popatrzyłem na te karty, jakbym mógł je zmusić, żeby przestały istnieć, jeśli tylko wystarczająco długo będę ignorował ich metafizyczne znaczenie - papier, atrament, symbole, nic więcej - nic, co mogłoby mnie dotyczyć. Oczywiście, że to było absurdalne, nie wierzyłem w przeznaczenie, nie wierzyłem w znaki - wierzyłem w wybory, w konsekwencje, w to, że wszystko, co się wydarza, jest wynikiem czyjejś decyzji, a nie ułożenia kart przez czyjąś babcię w salonie pachnącym herbatą i starym drewnem, ale… Chuj, dupa i kamieni kupa - niektóre z tych urojeń brzmiały obrzydliwie trafnie - słuchałem tej samozwańczej metapsychoanalizy w milczeniu, tylko dla zasady, by nie dać po sobie poznać reakcji, z tą samą miną, maską czy tam tarczą, którą zakładałem zawsze, kiedy ktoś próbował zajrzeć pod powierzchnię - lekko znudzoną, lekko rozbawioną, całkowicie obojętną, przynajmniej na zewnątrz. W środku każde słowo trafiało tam, gdzie nie powinno mieć dostępu.
Królowa Mieczy. Kapłanka. Trójka Denarów. Kontrola. Cisza. Działanie zamiast mówienia. Mięsień przy skroni drgnął mi ponownie, zanim zdążyłem go opanować, to nie było właściwe, że ktoś w tak luźny, lekki sposób ubierał w słowa rzeczy, które należały do mnie - rzeczy, które trzymałem zamknięte właśnie po to, żeby nikt ich nie dotykał.
A potem Dwójka Pucharów.
Nie spojrzałem na Prudence, nie od razu, ale poczułem ją - jej obecność, jej ciszę, jej uwagę, której nie musiałem widzieć, żeby wiedzieć, że tam jest.
„Bardzo literackie”, powiedziała Ellie - tak, literackie, kurwa, jak historia, której nikt nie chciał pisać, ale i tak powstała. Milczałem jeszcze przez kilka sekund, patrząc na karty, jakby to one były problemem - jakby to one mnie prowokowały, były winne temu napięciu, które nagle zrobiło się zbyt ciężkie. W końcu wypuściłem powietrze powoli, przez nos, nie poprzez zbyt mocno zaciśnięte zęby, bo chyba bym nimi zazgrzytał z frustracji, i oparłem dłonie o podłogę, unosząc się ostrożnie. Bandaż napiął się na ręce, ból natychmiast dał się we znaki, przypominając mi, gdzie jestem, kim jestem, co tu robię - spojrzałem na Ellie, nie na karty, nie na Prue, unosząc kącik ust w krzywym wyrazie kulturalnej wdzięczności.
- Dziękuję za… Wsparcie. - Powiedziałem spokojnie, z tym swoim uprzejmym, niemal formalnym tonem, który zawsze pojawiał się, kiedy zamykałem coś definitywnie, nie mogąc pozwolić sobie na bardziej impulsywne odniesienie do sytuacji - nie ironicznie, nie złośliwie - szczerze na tyle, na ile potrafiłem. Dopiero wtedy przeniosłem wzrok na Prudence, chociaż tylko na moment, ułamek sekundy, wystarczająco długo, żeby zobaczyć jej twarz - wystarczająco krótko, żeby nie zdradzić nic więcej.
- Ale już dzięki. - Skinąłem lekko głową, bardziej odruchowo niż świadomie, potem odwróciłem się i ruszyłem w stronę wyjścia, bez pośpiechu, bez dramatyzmu, jak ktoś, kto po prostu kończył audiencję, o którą wcale się nie prosił. Dopiero kiedy minąłem próg salonu, pozwoliłem sobie na jeden głębszy oddech, bo to były tylko karty - papier, obrazki, symbole - a jednak wyszedłem tak, jakby powiedziały zbyt wiele i jednocześnie za mało, bym odczuwał chęć zrobienia z tą wiedzą cokolwiek, prócz zduszenia w sobie goryczy.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)