• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy

[Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
16.02.2026, 04:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.02.2026, 04:31 przez Benjy Fenwick.)  
„Ona się dostosowuje”, „dlaczego by nie?” - powiedziała to jak ktoś, kto już podpisał umowę, tylko jeszcze nie odebrał kluczy - nie wyśmiałem jej, nawet przez sekundę nie zamierzałem tego robić, w Hogwarcie i poza nim widziałem chłopców, którzy przechwalali się odziedziczonymi nazwiskami, przyszłością zaplanowaną przez ojców, pieniędzmi, które nigdy się nie kończyły, ale ona nie mówiła jak oni. Oni brzmieli jak więźniowie złotych klatek - ona brzmiała jak ktoś, kto nie widział żadnych krat, zupełnie tak, jakby nie istniały w miejscach takich jak Walia. Może to naprawdę była magiczna kraina? Wszyscy wydawali się tu zdecydowanie szczęśliwsi, nawet jak byli poirytowani, nawet jak częściowo udawali lekkość ducha, w tym momencie Snowdonia brzmiała jak zupełnie inne miejsce niż Yorkshire.
Patrzyłem na nią z zainteresowaniem, którego nawet nie usiłowałem ukrywać, kiedy mówiła o świecie, jakby był czymś, co można było po prostu wziąć do ręki i mieć dla siebie, jak kamień znaleziony na drodze, bez żadnego namysłu, tylko dlatego, iż chciało się go zdobyć, i przez chwilę - krótką, ale przyjemnie orzeźwiającą, jak zimowe powietrze w płucach - uwierzyłem, że może naprawdę jest to możliwe, bo w niektórych miejscach, takich jak Snowdonia, władza rzeczywiście należy do tych, którzy nie mają w sobie wątpliwości, a nie tych manipulujących otoczeniem, by je nagiąć, zdobyć i wykorzystać do ostatniego ziarenka piasku. Tych, którzy potrafili zasiać tam wyłącznie niepokój, odbierać, nie dawać.
- To ma sens - byłem z nią zaskakująco zgodny, zdecydowanie bardziej, niż z którąkolwiek z moich własnych młodszych sióstr, co tylko potwierdzało magię tego miejsca - ziemia zawsze należy do kogoś. Lepiej, żeby należała do ciebie niż do kogoś gburowatego. - Nie żartowałem, wolałem już, żeby to wszystko należało do niej, niż do ludzi takich jak mój ojciec, którzy traktowali otoczenie jak coś, co trzeba było kontrolować, zamykać, uciszać. -A jak już zdobędziesz cały świat, to pamiętaj, żeby zostawić mi kawałek. Nie potrzebuję dużo. Wystarczy las i jeden głupi pagórek, i trochę nieba, żebym mógł latać, jak mi się znudzi chodzenie. - W końcu latanie było równie fajne, co jazda w saniach, a przynajmniej tak mi się wydawało, gdy dyskutowaliśmy o śmiertelnych ofiarach, których tu i tu musiało być wiele. - Ja też ci zostawię, a nawet oddam, ile chcesz, bo po co mam to mieć sam. Samemu jest nudno, nie? - Spytałem z powagą, która mogła brzmieć irracjonalnie, jak żart, ale nie do końca nim była, bo rzeczywiście byłem starszy, też chciałem osiągnąć duże rzeczy, jednak przecież świat był wielki, prawda? Lepiej było mieć sojusznika, niż brać wszystko dla siebie, a potem siedzieć w jednym miejscu i tylko się tym przechwalać. - Sztama? - Nie dodałem nic więcej, bo nie miałem nic, co by do tego pasowało, skinąłem tylko głową, krótko, jakby to był fakt, z którym nie ma sensu dyskutować - jak chciała, to sztama.
Odwróciłem wzrok na chwilę, niby przypadkiem, niby zainteresowany końmi, śnieg skrzypiał pod płozami, gdy niecierpliwie przebierały kopytami, lina napinała się i luzowała, a ja próbowałem wyobrazić sobie, jak to jest mieć kogoś, kto jest bohaterem nie tylko dla innych, ale przede wszystkim dla ciebie, to była trochę abstrakcja, chociaż starałem się to ukrywać. To było dziwne uczucie, słyszeć pewność w jej głosie, trochę jak przy słuchaniu historii o jakimś magicznym stworzeniu, które istnieje naprawdę, tylko nie w twoim lesie. Nie śmiałem się z jej wiary w ojca, nie potrafiłem, to było coś zbyt miłego, żeby to zepsuć słowami o bajkach - skinąłem więc tylko głową, jakby to było oczywiste, że bohaterowie istnieją naprawdę, i że niektórzy z nich wracają wieczorem do domu, zdejmując rękawiczki przy kominku. Nie pokusiłem się o komentarz, tylko przesunąłem grudkę śniegu spod buta, podskórnie ciesząc się ze zmiany tematu, bo naprawdę lubiłem z nią rozmawiać, tyle że o rzeczach, o których oboje mogliśmy się wypowiadać.
- Jasna sprawa! - Rzuciłem, szczerząc zęby, chociaż mróz coraz bardziej szczypał mnie w policzki i usta, kiedy obiecała, że będziemy się najlepiej bawić - i to też nie było kłamstwo, na pewno mieliśmy się bawić lepiej od wszystkich innych sanek, a już zwłaszcza od pierwszych sań - gdy zaś wspomniała jeszcze raz o łosiach, parsknąłem cicho, kiwając, już bez wahania.
- Dobra. Łosie. Zapamiętam. Jak zniknę, to znaczy, że mnie adoptowały. - To słowo zabrzmiało dziwnie w moich ustach - „adoptowały” - jakby ktoś mógł wybrać, że cię chce do swojego oficjalnego stada, koniec, kropka.
A potem wreszcie ruszyliśmy, jedno szarpnięcie i już jechaliśmy, świat zamienił się w ruch, w biel, w dźwięk dzwonków i krzyk wiatru. Pędziliśmy przez śnieg, lina naprężała się i drgała, konie ciągnęły nas przez zakręty, które wydawały się zbyt ostre, żeby mogły się udać. Pierwszy podskok był świetny, drugi jeszcze lepszy, trzeci wyrzucił nas w powietrze. Uderzenie wybiło mi powietrze z płuc, śnieg wdarł się wszędzie, w rękawy, za kołnierz, do ust. Spadliśmy, i to nie był elegancki upadek - nie było w nim nic z latania bez skrzydeł, ale nie był też taki straszny, jak powinien. Wylądowałem na dupie, przewracając się na plecy, powietrze uciekło mi z płuc z cichym „uff”, a śnieg wdarł się wszędzie, za kołnierz, w rękawy, nawet do ust. Leżałem tak przez chwilę, patrząc w niebo, które wyglądało dokładnie tak samo, jak sekundę wcześniej, tylko ja byłem już gdzie indziej, po czym zaśmiałem się odruchowo, jeszcze zanim zdążyłem się podnieść do siadu. Oddychałem ciężko, z ust wydobywała mi się para, jakbym był jednym z tych koni, które właśnie mnie zgubiły, było idealnie. Bolało, jasne, ale to był uczciwy ból - taki, na który sam się zgodziłem - nie narzucony, nie niespodziewany. Najpierw była chwila nieważkości, ta jedna zdradliwa sekunda, w której naprawdę myślisz, że może się uda, może jakimś cudem zostaniesz w powietrzu, a potem ziemia przypomniała sobie o nas obojgu. Wybrałem ostatnie sanki, wybrałem prędkość, wybrałem to, ona też to wybrała, i chyba właśnie dlatego teraz się śmiała, zamiast płakać, jak dziewczyna. Nie jęczała, nie była zła, śmiała się tak, jakbyśmy właśnie zrobili coś naprawdę superowego.
Parsknąłem jeszcze głębszym śmiechem, nie umiejąc inaczej, i otrzepałem śnieg z płaszcza, niedbale poprawiając rękawy, zupełnie cały i w jednym kawałku, co znaczyło, że tym razem kulig nie zgarnął - jeszcze - żadnych ofiar, chociaż ręce trochę mi drżały od zimna i od tego wszystkiego, co zaledwie przed chwilą było ruchem. Wstałem, otrzepałem się gwałtownie, jak pies po kąpieli, i rozejrzałem się wokół, dokonując oceny na skali zniszczeń - było doskonale, dziesięć na dziesięć, może jedenaście - co prawda, moje jedno kolano pulsowało tępo, ale mogłem na nim stanąć, więc to się nie liczyło do minusów sytuacyjnych. Według kryteriów bólu, to było słabe dwa,
- No to zostaliśmy porzuceni na pastwę łosi. - Powiedziałem poważnie, w przypływie dorosłej odpowiedzialności, która tak samo szybko się pojawiła, co wyparowała. - No i super. - Uśmiechnąłem się krzywo, tym uśmieszkiem, który pojawiał się zawsze wtedy, kiedy coś było jednocześnie głupie i idealne. - Teraz jesteśmy nieoficjalnie oficjalnie zaginieni. To dużo lepsze niż bycie znalezionym. - Oznajmiłem z dumą, z pełnym przekonaniem, jakby to była nasza zasługa, że spadliśmy.
Spojrzałem w stronę, gdzie zniknęły sanie - były już tylko kropką w chmurze śniegu, śladem po czymś, co wydarzyło się szybko i bez zamiaru oglądania się za siebie, tak jak to zakomunikowała wcześniej - nikt nie zamierzał się na nas oglądać, nikt nie wiedział, gdzie jesteśmy, i przez to nikt nie mógł niczego od nas chcieć. Zostaliśmy sami, ale wcale nie czułem strachu, wcale a wcale, czułem ulgę, która sprawiła, że miałem nadzieję, że jak najdłużej nikt nie dostrzeże naszego nieoficjalnie oficjalnego zaginięcia. „Mamy czas dla siebie” - to zdanie zabrzmiało jak coś prawie zakazanego, a przecież wiedziałem, że zakazany owoc smakował lepiej niż te dostępne w każdym momencie dnia, dlatego nie zastanawiałem się zbyt długo nad tym, by skorzystać z okazji. Praktycznie nie patrzyłem na moją kompankę, wystarczyło, że zauważyłem moment, gdy praktycznie od razu klękła w śniegu i zaczęła toczyć kulę, jakby to było najważniejsze zadanie na świecie. Bez wahania dołączyłem do niej, kopiąc śnieg butem, zbierając go rękami, dociskając, aż zaczął się sklejać - kucnąłem obok niej i zacząłem zgarniać śnieg, formując własną kulę, jak największą, specjalnie, bo to miał być naprawdę solidny bałwan!
- Jak wrócą, pomyślą, że zrobiliśmy to magią. - Dodałem z błyskiem w oczach, który zawsze pojawiał się, kiedy robiłem coś, czego nie powinienem, albo coś, co było po prostu zbyt dobre, żeby się zatrzymać, potrząsając głową na zgodę.
Śnieg wciąż osypywał się z moich rękawów, zimno wgryzało się w palce, ale nie zwracałem na to uwagi - było mi lżej niż zwykle, jakby coś ciężkiego zostało gdzieś z tyłu, razem z saniami, które nas zgubiły. Palce miałem już czerwone pod rękawiczkami, włosy mokre od topniejących płatków, kolano bolało mnie od upadku, ale to wszystko było nieważne, byliśmy sami, zgubieni gdzieś pomiędzy drzewami i ścieżką, porzuceni przez cały porządek tamtego świata.
- Potrzebujemy oczu. - Stwierdziłem po chwili toczenia, nie bez entuzjazmu, bo nie zamierzałem się powstrzymywać przed reakcjami, tym bardziej, że i ona miała w sobie coś, co sprawiało, że opanowanie wydawało się nudne, a nuda była najgorszą rzeczą, jaką mogłem sobie wyobrazić. - I nosa. I czegoś, co sprawi, że będzie wyglądał tak, żeby wilki wiedziały, że to zaklepany teren.
Zacząłem rozglądać się po śniegu w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby się nadać - patyków, kamieni, czegokolwiek - to było ważne, bałwan nie mógł być zwyczajny, musiał być strażnikiem.
- Damy mu twarz twojego brata. Albo trolla. Albo jedno i drugie. Żeby się wkurzył, że przegapił najlepszą część. - Dodałem konspiracyjnie, szczerząc zęby w uśmiechu, który bardziej przypominał wyzwanie niż sugestię, bo przecież to był kawał frajera, co nie?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4490), Geraldine Greengrass-Yaxley (4253)




Wiadomości w tym wątku
[Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.12.2025, 23:37
RE: [Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - przez Benjy Fenwick - 10.12.2025, 01:01
RE: [Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 10.12.2025, 12:41
RE: [Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - przez Benjy Fenwick - 10.12.2025, 20:26
RE: [Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.12.2025, 00:23
RE: [Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - przez Benjy Fenwick - 11.12.2025, 23:45
RE: [Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 16.12.2025, 09:50
RE: [Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - przez Benjy Fenwick - 21.12.2025, 21:01
RE: [Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.12.2025, 22:10
RE: [Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - przez Benjy Fenwick - 16.02.2026, 04:30
RE: [Yule 1951] last christmas | Geraldine, Benjy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 19.02.2026, 12:45

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa