16.02.2026, 18:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.02.2026, 18:29 przez Quintessa Longbottom.)
Pamiętała jeszcze jak koleżanki z biura zazdrościły jej męża.
Każda po kolei wzdychała, kiedy odbierał ją w przerwie na lunch i razem szli coś zjeść. Albo kiedy wyrywał się z własnej pracy, aby wcisnąć czuprynę do jej departamentu, gdzie cichaczem podchodził do jej biurka, aby tam pochylić się nad jej uchem, kiedy ona sama była zatopiona w papierach.
Takiego faceta to z różdżką i Lumos Maxima szukać, Tessa, powtarzały, kiedy przy kawie bezwstydnie wypytywały ją o to, jak partner wygląda bez koszuli, albo nawet o to, jak sprawuje się w łóżku.
Pamiętała też, że takie teksty bardzo ją obruszały — pąsowiała wtedy niczym róża w przyniesionym przez byłego męża bukiecie, aby zbyć pytania biurowych sępów, których mężowie nawet nie myśleli o tym, żeby po całym dniu pracy zapytać je jak się czują. Nie mogła im przecież powiedzieć, że tutaj nie chodziło tylko o to, jak chłop prezentował się pod prysznicem, kiedy przypadkiem podejrzało się jego gołe plecy przez lekko uchylone drzwi. Większość koleżanek była niestety na tyle uprzywilejowana (a może bardziej wyżej srały niż dupę miały) i zapatrzonych w obraz księcia na białym koniu, że Tessa czuła się lekko zgorszona, kiedy wypytywały jedynie o wygląd.
Bo fakt, mąż wyglądał… słusznie. I oczywiście, lubiła zarówno zawiązywać mu krawat, jak i go rozwiązywać.
Ale bardziej chodziło o to, jak jej pomógł. Jak zaprosił do własnej rodziny i do własnego domu już chwilę po trwaniu ich znajomości i sprawił, że zapomniała z jakiego pochodzi domu.
— Dziękuję… — wymamrotała tylko, kiedy oddalił się, aby zanurkować w starociach i poszukać wazonu. Ona sama szybkim krokiem przeszła w kierunku zaplecza i małego pokoiku, w którym przyjmowała klientów, aby zająć się wcześniej wspomnianą herbatą. Wyciągnęła również serwis, który przybył do niej w kufrze jakiś czas temu i który ocalał z jej płonącego domu. Musiała mu potem podziękować.
Ale na razie zajęła się parzeniem czarnej herbaty, wygrzebanej teraz srebrną łyżeczką z starego, lekko zaśniedziałego pudełka po kawie. Ostatnio upodobała sobie bardziej czerwoną, chińską mieszankę, ale wiedziała, że Woody nie tyle, co by jej nie polubił, a bardziej wolał zwykłą.
Bez cukru, bez śmietanki, bez niczego. Barbarzyńca.
Na większy, podłużny talerz wyciągnęła również placek ze śliwkami pod kruszonką, który upiekła wczoraj. Czajnik, wcześniej postawiony przez nią na małym, czarnym piecyku, zaczynał już o sobie dawać znać — wrząca woda zaraz wylądowała w wystawnym, białym imbryku, a który Tessa postawiła zaraz na stoliku do kawy.
Odwróciła się na dźwięk głosu Woody’ego i jedynie przelotnie spojrzała na przyniesioną przez niego zdobycz — wazon, który sama wyhaczyła jakiś czas temu na typowo garażowej wyprzedaży. Klienci lubili takie cacka, bo wyglądały tajemniczo; kusiły perspektywą bycia starodawnym i zakazanym artefaktem. Ale na razie jedyne, co pani Longbottom z niego wyciągnęła, to to, że kurewsko trudno było go domyć z sadzy.
— No proszę — zaczęła, widząc również książkę pod jego pachą. Zaraz uśmiechnęła się delikatnie, przejeżdżając palcami po niezbyt już gładkim policzku. — Nie myślałam, że ją znajdziesz. Możesz ją śmiało wziąć, jeśli chcesz. Albo pożyczyć, jeśli chcesz mieć pretekst do ponownego odwiedzenia antykwariatu, panie Henderson.
Usiadła również na kanapie, wskazując mu miejsce naprzeciwko siebie.
A może powinna pokazać to obok?
Merlinie, naprawdę zachowywała się jak nastolatka.
— Bardzo ciekawa historia — skomentowała dalej, nalewając im herbaty. — Trudno ją zapomnieć, zważywszy na to, że zawsze znajdowałeś pretekst, żeby czytać ją, a nie podręczniki i artykuły na zajęcia…
Uśmiechnęła się trochę szerzej, pokręciła nawet głową, kiedy przypomniała sobie, jak prosił i błagał potem, aby pozwoliła mu spisać wstęp do eseju z Numerologii.
— Przypomnisz mi swój ulubiony fragment? — zapytała w końcu miękko.
Każda po kolei wzdychała, kiedy odbierał ją w przerwie na lunch i razem szli coś zjeść. Albo kiedy wyrywał się z własnej pracy, aby wcisnąć czuprynę do jej departamentu, gdzie cichaczem podchodził do jej biurka, aby tam pochylić się nad jej uchem, kiedy ona sama była zatopiona w papierach.
Takiego faceta to z różdżką i Lumos Maxima szukać, Tessa, powtarzały, kiedy przy kawie bezwstydnie wypytywały ją o to, jak partner wygląda bez koszuli, albo nawet o to, jak sprawuje się w łóżku.
Pamiętała też, że takie teksty bardzo ją obruszały — pąsowiała wtedy niczym róża w przyniesionym przez byłego męża bukiecie, aby zbyć pytania biurowych sępów, których mężowie nawet nie myśleli o tym, żeby po całym dniu pracy zapytać je jak się czują. Nie mogła im przecież powiedzieć, że tutaj nie chodziło tylko o to, jak chłop prezentował się pod prysznicem, kiedy przypadkiem podejrzało się jego gołe plecy przez lekko uchylone drzwi. Większość koleżanek była niestety na tyle uprzywilejowana (a może bardziej wyżej srały niż dupę miały) i zapatrzonych w obraz księcia na białym koniu, że Tessa czuła się lekko zgorszona, kiedy wypytywały jedynie o wygląd.
Bo fakt, mąż wyglądał… słusznie. I oczywiście, lubiła zarówno zawiązywać mu krawat, jak i go rozwiązywać.
Ale bardziej chodziło o to, jak jej pomógł. Jak zaprosił do własnej rodziny i do własnego domu już chwilę po trwaniu ich znajomości i sprawił, że zapomniała z jakiego pochodzi domu.
— Dziękuję… — wymamrotała tylko, kiedy oddalił się, aby zanurkować w starociach i poszukać wazonu. Ona sama szybkim krokiem przeszła w kierunku zaplecza i małego pokoiku, w którym przyjmowała klientów, aby zająć się wcześniej wspomnianą herbatą. Wyciągnęła również serwis, który przybył do niej w kufrze jakiś czas temu i który ocalał z jej płonącego domu. Musiała mu potem podziękować.
Ale na razie zajęła się parzeniem czarnej herbaty, wygrzebanej teraz srebrną łyżeczką z starego, lekko zaśniedziałego pudełka po kawie. Ostatnio upodobała sobie bardziej czerwoną, chińską mieszankę, ale wiedziała, że Woody nie tyle, co by jej nie polubił, a bardziej wolał zwykłą.
Bez cukru, bez śmietanki, bez niczego. Barbarzyńca.
Na większy, podłużny talerz wyciągnęła również placek ze śliwkami pod kruszonką, który upiekła wczoraj. Czajnik, wcześniej postawiony przez nią na małym, czarnym piecyku, zaczynał już o sobie dawać znać — wrząca woda zaraz wylądowała w wystawnym, białym imbryku, a który Tessa postawiła zaraz na stoliku do kawy.
Odwróciła się na dźwięk głosu Woody’ego i jedynie przelotnie spojrzała na przyniesioną przez niego zdobycz — wazon, który sama wyhaczyła jakiś czas temu na typowo garażowej wyprzedaży. Klienci lubili takie cacka, bo wyglądały tajemniczo; kusiły perspektywą bycia starodawnym i zakazanym artefaktem. Ale na razie jedyne, co pani Longbottom z niego wyciągnęła, to to, że kurewsko trudno było go domyć z sadzy.
— No proszę — zaczęła, widząc również książkę pod jego pachą. Zaraz uśmiechnęła się delikatnie, przejeżdżając palcami po niezbyt już gładkim policzku. — Nie myślałam, że ją znajdziesz. Możesz ją śmiało wziąć, jeśli chcesz. Albo pożyczyć, jeśli chcesz mieć pretekst do ponownego odwiedzenia antykwariatu, panie Henderson.
Usiadła również na kanapie, wskazując mu miejsce naprzeciwko siebie.
A może powinna pokazać to obok?
Merlinie, naprawdę zachowywała się jak nastolatka.
— Bardzo ciekawa historia — skomentowała dalej, nalewając im herbaty. — Trudno ją zapomnieć, zważywszy na to, że zawsze znajdowałeś pretekst, żeby czytać ją, a nie podręczniki i artykuły na zajęcia…
Uśmiechnęła się trochę szerzej, pokręciła nawet głową, kiedy przypomniała sobie, jak prosił i błagał potem, aby pozwoliła mu spisać wstęp do eseju z Numerologii.
— Przypomnisz mi swój ulubiony fragment? — zapytała w końcu miękko.
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you