17.02.2026, 16:21 ✶
To było nowe. Rzadko się zdarzało, żeby coś na nią polowało. Większość stworzeń w Kniei Godryka nie było zainteresowanych człowiekim jako posiłkiem, a wśród tych groźniejszych Helloise krążyła jedynie jako niematerialny duch, którego obecność pozostawała przez drapieżniki niezauważona. Ten drapieżnik ją dostrzegał — z całą pewnością.
Dopóki się nie poruszył, i ona się nie ruszała — ogarnięta rozwijającym się lękiem, ale i zaciekawieniem; nie rozumiała, kto to i czego chce.
Wtem znajomy głos przebiegł gęstwinę — obróciła się na sponiewieranego, przemoczonego Dægberhta. Pojawił się w jej śnie tak naturalnie. Już czarownica otwierała usta, aby odezwać się do niego, gdy upiorny nieznajomy — niby kukła pchnięta do życia nagłym demonicznym tchnieniem — zamachnął się ze świstem nożem. Flint krzyknął. W chaotycznym zrywie Helloise rzuciła się do ucieczki. Zbyt wolno i nieskoordynowanie, aby ocalić się w pełni od ciosu, który spadł płytko na jej plecy, zostawiając szramę. Przez chwilę czuła ciepło rozlewające się boleśnie wokół draśnięcia, lecz biegła, wciąż biegła i zaraz cała zgrzała się, a uwagę skupiła na ucieczce przez las, nie skaleczeniu.
Przez pierwszą chwilę po głuchym uderzeniu mordercy gałęzią przez Dægberhta nie słyszała pościgu. Na pewnej odległości odważyła się odwrócić — lecz ów mężczyzna już się zebrał się z ziemi. I mimo że to żeglarz go zaatakował, brzydal na celowniku wciąż miał ją i to w jej stronę ruszył.
Helloise gwałtownymi ruchami dłoni oklepała poły spódnicy na sobie — nie znalazła różdżki. Odbiegła jeszcze o kilka kroków, odwróciła się znów, łapiąc przelotnie kontakt wzrokowy z Flintem — tchnęła strachem i gniewnym niedowierzaniem na śmiałość agresywnej kreatury, lecz nie było czasu na wyrażanie oburzenia.
— Masz różdżkę?! — krzyknęła do Dægberhta. — Też uciekaj!
Nie znała się na walce. Czy coś by zmieniło, gdyby się znała? Gdyby była silniejsza? Czy niezależnie od tężyzny to aby nie hazard z pięściami rzucać się na dzierżącego nóż?
Człowiek zbliżał się, nie bacząc na Flinta. Ostrze oklejone jej krwią wciąż dzierżył w dłoni, złowieszczo zapowiadając, że to jeszcze nie koniec. Nie umiała go zaatakować. Musiała znów biec. Ile kroków jeszcze jej zostało, zanim zwolni za bardzo? Niedoszły morderca nie dyszał nawet i niestrudzenie parł do przodu, gdy jej oddech szalał ze strachu i wysiłku.
Przed czarownicą wyrosło niewielkie wzniesienie terenu, na którym pod drzewami rozrzucone były omszałe skałki. Ominąć je i biec płasko czy ryzykować wspinaczkę? Strach napiął nerwy, przyspieszył i tak spieszne serce, gdy w sekundy kobieta musiała podjąć decyzję. Pobiegła ku wzniesieniu. Wspinała się, chwytając dłońmi wystających korzeni drzew, gdy gleba osypywała się spod jej stóp. Dotarła do skałek niemal na kolanach. Wygrzebała z ziemi spory kamień i bez myślenia cisnęła go na wspinającego się za nią człowieka.
Dopóki się nie poruszył, i ona się nie ruszała — ogarnięta rozwijającym się lękiem, ale i zaciekawieniem; nie rozumiała, kto to i czego chce.
Wtem znajomy głos przebiegł gęstwinę — obróciła się na sponiewieranego, przemoczonego Dægberhta. Pojawił się w jej śnie tak naturalnie. Już czarownica otwierała usta, aby odezwać się do niego, gdy upiorny nieznajomy — niby kukła pchnięta do życia nagłym demonicznym tchnieniem — zamachnął się ze świstem nożem. Flint krzyknął. W chaotycznym zrywie Helloise rzuciła się do ucieczki. Zbyt wolno i nieskoordynowanie, aby ocalić się w pełni od ciosu, który spadł płytko na jej plecy, zostawiając szramę. Przez chwilę czuła ciepło rozlewające się boleśnie wokół draśnięcia, lecz biegła, wciąż biegła i zaraz cała zgrzała się, a uwagę skupiła na ucieczce przez las, nie skaleczeniu.
Przez pierwszą chwilę po głuchym uderzeniu mordercy gałęzią przez Dægberhta nie słyszała pościgu. Na pewnej odległości odważyła się odwrócić — lecz ów mężczyzna już się zebrał się z ziemi. I mimo że to żeglarz go zaatakował, brzydal na celowniku wciąż miał ją i to w jej stronę ruszył.
Helloise gwałtownymi ruchami dłoni oklepała poły spódnicy na sobie — nie znalazła różdżki. Odbiegła jeszcze o kilka kroków, odwróciła się znów, łapiąc przelotnie kontakt wzrokowy z Flintem — tchnęła strachem i gniewnym niedowierzaniem na śmiałość agresywnej kreatury, lecz nie było czasu na wyrażanie oburzenia.
— Masz różdżkę?! — krzyknęła do Dægberhta. — Też uciekaj!
Nie znała się na walce. Czy coś by zmieniło, gdyby się znała? Gdyby była silniejsza? Czy niezależnie od tężyzny to aby nie hazard z pięściami rzucać się na dzierżącego nóż?
Człowiek zbliżał się, nie bacząc na Flinta. Ostrze oklejone jej krwią wciąż dzierżył w dłoni, złowieszczo zapowiadając, że to jeszcze nie koniec. Nie umiała go zaatakować. Musiała znów biec. Ile kroków jeszcze jej zostało, zanim zwolni za bardzo? Niedoszły morderca nie dyszał nawet i niestrudzenie parł do przodu, gdy jej oddech szalał ze strachu i wysiłku.
Przed czarownicą wyrosło niewielkie wzniesienie terenu, na którym pod drzewami rozrzucone były omszałe skałki. Ominąć je i biec płasko czy ryzykować wspinaczkę? Strach napiął nerwy, przyspieszył i tak spieszne serce, gdy w sekundy kobieta musiała podjąć decyzję. Pobiegła ku wzniesieniu. Wspinała się, chwytając dłońmi wystających korzeni drzew, gdy gleba osypywała się spod jej stóp. Dotarła do skałek niemal na kolanach. Wygrzebała z ziemi spory kamień i bez myślenia cisnęła go na wspinającego się za nią człowieka.
dotknij trawy