• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence

[10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
20.02.2026, 18:08  ✶  
Nie pamiętałem, żebym kiedykolwiek wcześniej czuł się aż tak nieruchomy, jak wtedy, przez kilka chwil stojąc w bocznej nawie, w półmroku, pomiędzy zimnym kamieniem ściany i filaru, między światłem płynącym z witrażowych okien i cieniem, który wydawał się bezpieczniejszy niż światło. Byłem tam prawie w idealnym momencie, by usłyszeć słowa przysięgi, a jednocześnie o całe lata za późno, jakby czas postanowił zadrwić ze mnie w najbardziej wyrafinowany sposób, palce miałem wsunięte w kieszenie, nie dlatego, że było mi chłodno, lecz dlatego, że nie wiedziałem, co zrobić z rękami, które pamiętały ją zbyt dobrze. Coś głęboko we mnie pragnęło, aby to właśnie tam znalazł się ten przeklęty symbol, który nie należał i nie miał należeć do mnie. „Nie powinienem był tu być”, to była jedyna myśl, która wracała do mnie konsekwentnie, uporczywie, z niemal zabójczą dla serca i duszy precyzją. Czułem się jak intruz, jak niewłaściwie umieszczona część w starannie wykalibrowanym mechanizmie, a jednak nie mogłem odejść, nie po tym, co dostrzegłem, jeszcze przed tym, gdy nasze spojrzenia spotkały się po raz pierwszy od tamtego felernego dnia na plaży. Zobaczyłem zmianę w jej oczach, zanim zrobiła kolejny krok - zaledwie chwilę temu były przygaszone, zasnute warstwą czegoś ciężkiego, czego nie dało się strząsnąć jednym ruchem głowy, przymknięciem powiek i głębokim oddechem, teraz błyszczały - nie chodziło o światło świec ani o słońce wpadające przez okna, to było coś wewnętrznego, coś, co wróciło na swoje miejsce, nie ten wyraz, którym obdarzało się ludzi z obowiązku, ale coś żywego, prawdziwego. Spoglądała bezpośrednio na mnie, zaciskając palce na brzegu ubrania, robiąc pierwsze ostrożne kroki - ten gest był tak znajomy, że przez sekundę poczułem dezorientację, przez krótką chwilę ogarnęło mnie absurdalne poczucie powrotu, zupełnie tak, jakby czas nie był linią, tylko pętlą, która właśnie się domknęła - jakbym znowu był tym chłopakiem, który nie zastanawiał się nad konsekwencjami, tylko robił to, co wydawało mu się jedyną słuszną rzeczą.
Zawsze spotykaliśmy się w połowie, to nie było coś, nad czym się zastanawiałem, nie była to pierwsza sytuacja, w której jedno z nas ruszało pierwsze, a drugie odpowiadało bez słów - przez lata nauczyliśmy się tego rytmu, i nawet jeśli minęły tygodnie, miesiące, jesienie, zimy i wiosny, całe sezonu życia, nawet jeśli milczenie rozciągnęło się między nami jak ocean, nasze ciała pamiętały. Po prostu skróciłem dystans, wychodząc jej na spotkanie, tak jak robiliśmy to kiedyś setki razy, gdy jedno z nas utknęło gdzieś pośrodku i potrzebowało drugiego, żeby dokończyć drogę. Tak jak kiedyś, gdy pomagałem jej wysiąść z łodzi na śliskim brzegu. Tak jak wtedy, gdy przechodziliśmy przez tłum i wiedziałem, że nie lubi, kiedy ktoś ją potrąca. Nie powiedziałem ani słowa, ona też nie, nie było takiej potrzeby, wystarczyło tylko, że na nią spojrzałem - „masz jakiś plan, czy liczysz na to, że wymyślę coś wystarczająco głupiego dla nas obojga?”, poprzedzone ułamkiem sekundy czegoś innego, głębszego, bardziej bliskiego odzwierciedleniu tego, co dostrzegłem w jej oczach - to spojrzenie było jak klucz wsunięty w zamek, o którym od dawna udawałem, że nie istniał, coś ustąpiło z cichym, wewnętrznym kliknięciem, którego nikt poza mną i nią nie mógł usłyszeć.
Wsunęła się pod moje ramię tak naturalnie, jakby robiła to wczoraj, nie lata temu, a ciepło jej ciała momentalnie uderzyło mnie w sam środek splotu słonecznego, mimo warstw materiału pomiędzy naszą skórą, promieniując pomiędzy nami, w głąb mojego żołądka, z siłą wspomnienia, które nigdy nie wyblakło. Poczułem, gdy wsparła się o mnie - nie dlatego, że nie mogła iść sama, ale dlatego, że nie musiała - czułem ciężar jej obecności, lekki i ogromny jednocześnie, i przez chwilę nie byłem pewien, czy to ona opierała się na mnie, czy ja na niej. Nie wiedziałem, co doprowadziło ją do tej decyzji, nie znałem jej myśli, nie znałem drogi, którą przeszła w swojej głowie w ciągu tych kilku sekund, widziałem tylko efekt - kobietę, która jeszcze chwilę temu stała przy ołtarzu, a teraz znalazła się tuż obok, nie oglądając się za siebie, jakby wszystko inne przestało istnieć. Słyszałem szepty, najpierw pojedyncze, potem nieco bardziej zlane, pochodzące z kilku oddalonych od siebie źródeł, poruszenie, które powoli rozlewało się po katedrze. Cisza wokół nas zaczynała pękać, ludzie powoli próbowali zorientować się w sytuacji, brali głębsze oddechy, rozglądali się w poszukiwaniu odpowiedzi na niezadane pytania - przede wszystkim „dlaczego?” lub bardziej przyziemnej wersji „co do chuja?” - ale nikt nas jeszcze nie zatrzymał, nikt nie krzyknął, wszyscy potrzebowali czasu, żeby zrozumieć, co właśnie się wydarzyło. Czułem na sobie spojrzenia, ciężkie i nieuniknione, ale nie miały one żadnego znaczenia dla naszych dalszych kroków, nie mogły nas zatrzymać, dopóki nie zatrzymaliśmy się sami, a w głębi duszy wiedziałem, że nie zamierzaliśmy tego robić, decyzja została podjęta, niezależnie od zewnętrznych okoliczności. Oczywiście, zdawałem sobie sprawę z tego, że zgromadzeni tu ludzie na pewno na długo zapamiętają ten dzień - „a potem wypadła z katedry i uciekła z jakimś typem na motorze”, co zabawniejsze, jeszcze rano naprawdę nie sądziłem, że będę tym typem, całe szczęście, umiałem szybko weryfikować dostępne opcje - jego echo będzie odbijało się za nią przez lata nie tylko podczas rodzinnych wydarzeń, lecz także w kuluarach Ministerstwa Magii i na salonach Londynu, jednak w tym momencie liczyło się tylko, byśmy opuścili wnętrze głównego budynku kowenu, zanim ktokolwiek spróbuje nam w tym przeszkodzić.
Pierwsze kroki były najtrudniejsze - nie dlatego, że ktoś próbował nas powstrzymać, właśnie dlatego, że nikt tego nie zrobił. Cisza, która się wokół nas rozlała, była gęsta, niemal fizyczna, czułem ją, chłód kamiennych ścian i ciężar tych najbardziej istotnych spojrzeń, które jeszcze nie zdążyły się zamienić w słowa - rodziny, kapłana, mężczyzny, który właśnie uświadamiał sobie, że został porzucony. Każde stuknięcie obcasów o podłogę przybliżało nas do wyjścia, które wydawało się absurdalnie daleko, przestrzeń zdawała się rozciągać bardziej niż kiedykolwiek, wydłużać nam drogę. Czułem napięcie między nami, drżenie, które nie było strachem, tylko nadmiarem wszystkiego naraz - straty, ulgi, decyzji, która nie przewidywała odwrotu - nie przyspieszyłem jednak, ani nie zwolniłem. Wiedziałem, że paniczna ewakuacja mogłaby tylko pogorszyć sprawę, natomiast gdybyśmy zwolnili, wszystko mogłoby wrócić do swojego poprzedniego kształtu, a nie zamierzałem pozwolić światu naprawić tego błędu.
Pchnąłem ciężkie drzwi, których zawiasy odpowiedziały cichym, przeciągłym jękiem, jakby również protestowały przeciwko temu, co właśnie się działo, ale ustąpiły. Świat na zewnątrz był jaśniejszy, niż się spodziewałem, zatrzymałem się na sekundę, pozwalając jej wyjść pierwszej, a potem podążyłem za nią i zamknąłem boczne wrota. Dźwięk, który wydały, był cichy, ale ostateczny. Świeże powietrze uderzyło nas z całą swoją intensywnością, było rześkie, specyficznie ostre, pachniało wilgotną ziemią i wczesną wiosną, mieszanką czegoś nieokreślonego, co zawsze towarzyszyło momentom przejścia. Świat wyglądał absurdalnie normalnie, jakby nic się nie wydarzyło, słońce wisiało nisko nad horyzontem, złoto jego ostatnich promieni przechodziło w chłodniejszy odcień, rzucając długie cienie na żwirowaną ścieżkę. Czas, który jeszcze chwilę temu wydawał się zatrzymany, znowu ruszył.
Przeniosłem spojrzenie na jej suknię, mój wzrok zsunął się po bieli materiału aż do jej butów, spojrzałem na obcasy z wyraźnym sceptycyzmem, potem z powrotem na jej twarz, nie wypuszczając jeszcze Prue spod ramienia, ale zsuwając rękaw wolnej strony płaszcza. Moja druga ręka wreszcie również musiała się wyswobodzić, tylko na tyle, bym mógł bez słowa narzucić okrycie na ramiona niedoszłej panny młodej, już moment później znowu zamykając się na jej drobnej sylwetce.
- Teraz lepiej. - Mruknąłem w końcu cicho, mój głos był niższy niż zwykle, ochrypły od wszystkiego, co wydarzyło się w ciągu ostatnich minut. Nie miałem planu, nie przygotowałem żadnej wersji przemowy, zupełnie nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy, cały mój plan kończył się na „stań tam i nie umrzyj, kiedy ją zobaczysz”. Podejrzewałem jednak, że ta część, w której staliśmy tu - już jednak nie w tym „tam” - bez ruchu, nie mogła trwać długo, bo to, jakkolwiek kuszące, miało bardzo ograniczoną skuteczność strategiczną, za chwilę miało się tu zrobić tłoczno, więc musieliśmy podjąć decyzję. Wybór był raczej prosty, wahał się pomiędzy złą opcją, a jeszcze gorszą.
- Pozwól, że zadam oczywiste pytanie. - Uniosłem brew, patrząc na nią tak, jakbym naprawdę potrzebował tej informacji do podjęcia dalszych działań, w rzeczywistości już słyszałem za plecami przytłumione poruszenie, drzwi jeszcze się nie otworzyły, ale to była kwestia sekund, nie minut, jakieś sto metrów dalej zaczynała się ulica, wąska, prawie pusta o tej porze, z nie do końca legalnie zaparkowanym przy krawężniku jednośladem, który jeszcze kilka minut temu miał być tylko środkiem, żeby przyjechać tu i wyjechać bez śladu. Przesunąłem ciężar ciała lekko na jedną nogę, odruchowo, jakbym już szykował się do ruchu, jednocześnie wolną ręką wyciągnąłem kluczyki z kieszeni i uniosłem je na sekundę, metal błysnął krótko w świetle zachodzącego słońca, zanim znów zacisnąłem je w dłoni. Nie czekałem długo, bo czas właśnie się kończył, przechyliłem głowę lekko na bok, mierząc odległość, jej równowagę, własne możliwości. - Czy jesteś w stanie biec w tym szybciej niż przeciętny, bardzo zdeterminowany narzeczony? - Kącik moich ust drgnął, ale to nie był uśmiech, jeszcze nie, to było coś bliższego koncentracji, tej szczególnej jasności umysłu, która przychodziła zawsze wtedy, gdy sytuacja wymykała się poza granice rozsądku. Przesunąłem wzrokiem po niej bez skrępowania, od ciemnych włosów, przez linię ramion, aż w dół, gdzie biała suknia kończyła się parą obcasów, które wyglądały jak stworzone do wszystkiego poza ucieczką. Za naszymi plecami powietrze już się zmieniało, cisza nie była ciszą, tylko momentem tuż przed ruchem, wiedziałem, że to kwestia sekund, zanim ktoś odzyska zdolność reagowania, zanim drzwi znowu się otworzą, zanim ktoś wypadnie za nami z pytaniami, na które żadne z nas nie miało ochoty odpowiadać. Sto metrów - mniej więcej - niewiele, ale wystarczająco dużo, żeby miało znaczenie, jeśli zaczniemy się wahać.
- Mogę też pójść w coś bardziej widowiskowego. - Dodałem, mierząc jeszcze raz wzrokiem jej suknię i obcasy, zapadające się w żwirze bocznej dróżki. - Porwać cię jak należy. Na ręce. Przez ramię. Na barana. - Pełen repertuar kompromitujących opcji. Nachyliłem się odrobinę bliżej, głos obniżył się do półszeptu, już bez śladu żartu. - Ale musimy zdecydować teraz.
Krótka piłka.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (16691), Prudence Fenwick (8916)




Wiadomości w tym wątku
[10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 10.02.2026, 00:21
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 10.02.2026, 04:50
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 10.02.2026, 12:03
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 10.02.2026, 21:28
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 11.02.2026, 11:15
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 11.02.2026, 23:52
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.02.2026, 11:33
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 20.02.2026, 18:08
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 22.02.2026, 10:41
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 22.02.2026, 16:47
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.02.2026, 22:09
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 24.02.2026, 02:36
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.02.2026, 21:44
RE: [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 25.02.2026, 18:09

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa