20.02.2026, 22:12 ✶
Potrzeba było wielkiej charyzmy, aby przebić się przez szum i zgiełk portowych knajp, a ta należąca do rodziny Flint skupiała w sobie najweselszych, ale i najgłośniejszych ludzi po tej stronie Tamizy. Dægberht Flint, z całym wachlarzem wad i niepewności, jakie wnosił w życia innych, był również dokładnie tym człowiekiem, na widok którego szanty cichły, a muzyka zdawała się nagle grać w rytym jego kroków. Nie był ani właścicielem, ani dzieckiem właścicieli, ale wszedł tu jak do siebie i wszyscy wokół zachowywali się tak, jakby brak przywitania z młodym jegomościem miał być zniewagą gorszą niż wejście w kapciach do meczetu. On zaś, na wszelkie powitania i gwizdnięcia reagował dokładnie tak, jak powinien zachować się najważniejszy człowiek w okolicy - zagadując, uśmiechając się i słuchając tak dużej liczby zaczepek, że nim znalazł się przy barze i ciotka napełniła jego szklankę, minęło dobrych kilkanaście, może i z dwadześcia minut.
Przez cały ten czas, Flint błyszczał. Miał swój urok. Piękno, w którym chciało się zatopić duszę i zęby, chociaż to co robił i mówił czyniło go trzepoczącą na wietrze, czerwoną jak diabli flagą. Nie powinno to aż zanadto dziwić - kto normalny brałby się z taką powagą za poezję? Nikt. Tego typu artyści, szczególnie mężczyźni, zachowywali się w sposób sugerujący, że świat był zabawką w ich palcach.
Stał tam, wsparty o blat kontuaru i zagadywał kobietę polerującą kubki. Roześmiany, umaczał usta w czerwonym winie i opowiadał jakąś historię. Gestykulował przy tym rękoma, jakby opowiadał coś wyjątkowo porywającego, ale w rzeczywistości dzielił się niewyobrażalnie nudnym narzekaniem na proces naprawienia elementów dopiero co kupionej łodzi. Najwyraźniej nie dogadał się ze szkutnikiem.
Jak się z tego ciotce wyspowiadał, jego wzrok przesunął się po zgromadzonych w sali. Najwyraźniej, sądząc po posyłanych tu i ówdzie uśmiechach, stałych bywalcach Docklands. Kiedy pomiędzy znanymi twarzami dostrzegł burzę rudych włosów, uśmiech ten momentalnie pobladł, a później rozpalił się na nowo, w sposób niewidoczny wcześniej. W przeciwieństwie do niej, oporów nie miał. Zabrał to wino i ruszył w kierunku jej stolika, zgrabnie wymijając biodrami odsuwające się krzesło, które omal w niego nie przygrzmociło.
- Panna Cavendish~! - Rzucił śpiewnie, zbliżając się. - Może mógłbym się dosiąść?
Odurzonego chłopaczka już przed nią nie było. To był coraz sławniejszy wagabunda, w całej swojej ekstrawertycznej osobowości. Ewidentnie nią zainteresowany. Zapewne nie pierwszy i nie ostatni facet, który chciałby poszukać szczęścia w objęciach filigranowej Aurorki, a jednak ani trochę nie pozbawiony pewności siebie.
Przez cały ten czas, Flint błyszczał. Miał swój urok. Piękno, w którym chciało się zatopić duszę i zęby, chociaż to co robił i mówił czyniło go trzepoczącą na wietrze, czerwoną jak diabli flagą. Nie powinno to aż zanadto dziwić - kto normalny brałby się z taką powagą za poezję? Nikt. Tego typu artyści, szczególnie mężczyźni, zachowywali się w sposób sugerujący, że świat był zabawką w ich palcach.
Stał tam, wsparty o blat kontuaru i zagadywał kobietę polerującą kubki. Roześmiany, umaczał usta w czerwonym winie i opowiadał jakąś historię. Gestykulował przy tym rękoma, jakby opowiadał coś wyjątkowo porywającego, ale w rzeczywistości dzielił się niewyobrażalnie nudnym narzekaniem na proces naprawienia elementów dopiero co kupionej łodzi. Najwyraźniej nie dogadał się ze szkutnikiem.
Jak się z tego ciotce wyspowiadał, jego wzrok przesunął się po zgromadzonych w sali. Najwyraźniej, sądząc po posyłanych tu i ówdzie uśmiechach, stałych bywalcach Docklands. Kiedy pomiędzy znanymi twarzami dostrzegł burzę rudych włosów, uśmiech ten momentalnie pobladł, a później rozpalił się na nowo, w sposób niewidoczny wcześniej. W przeciwieństwie do niej, oporów nie miał. Zabrał to wino i ruszył w kierunku jej stolika, zgrabnie wymijając biodrami odsuwające się krzesło, które omal w niego nie przygrzmociło.
- Panna Cavendish~! - Rzucił śpiewnie, zbliżając się. - Może mógłbym się dosiąść?
Odurzonego chłopaczka już przed nią nie było. To był coraz sławniejszy wagabunda, w całej swojej ekstrawertycznej osobowości. Ewidentnie nią zainteresowany. Zapewne nie pierwszy i nie ostatni facet, który chciałby poszukać szczęścia w objęciach filigranowej Aurorki, a jednak ani trochę nie pozbawiony pewności siebie.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr